Reklama

Reklama

Lekarze o dramatycznej sytuacji. - Szpital funkcjonuje tylko dzięki koleżeńskiej solidarności

Opublikowano: Ostatnia modyfikacja:
Autor: | Zdjęcie: Michał Wiśniewski

Lekarze o dramatycznej sytuacji. - Szpital funkcjonuje tylko dzięki koleżeńskiej solidarności - Zdjęcie główne

foto Michał Wiśniewski

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Postępu w rozmowach lekarzy z dyrekcją szpitala na Winiarach nie ma. 21 lekarzy specjalistów złożyło wypowiedzenie, co grozi zamknięciem oddziałów, kolejni zaczęli wypowiadać klauzule opt-out. Dyrektor Stanisław Kwiatkowski wskazuje, że placówki nie stać na proponowane podwyżki. Lekarze nie zgadzają się jednak na takie stawianie sprawy: - Dyrektor odnosi się tylko do postulatów finansowych. Ich jest znacznie więcej i nie chodzi tylko o pieniądze. Dotyczą przede wszystkim warunków i jakości pracy w szpitalu - mówi nam nieoficjalnie jeden z lekarzy.

Reklama

  • Lekarze, z którymi udało nam się porozmawiać, wskazują, że najważniejsze jest odciążenie kadry medycznej,
  • mówią o krzywdzącym sposobie rozliczania dyżurów dla pracowników etatowych,
  • wskazują na niebezpieczne trendy w zatrudnianiu lekarzy na kontrakty, 
  • oskarżają dyrektora o złe zarządzanie placówką,
  • opowiadają o walce o przyszłych lekarzy już na poziomie szkoły średniej. 

Brak kadry medycznej to nie jest nowy problem w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Płocku. Sytuacja narastała od wielu lat, aż w końcu lont został podpalony. Czy dojdzie do wybuchu? Póki co 21 specjalistów z kilku oddziałów złożyło wypowiedzenia - na tę chwilę do zamknięcia jest oddział chorób płuc, co może nastąpić już z końcem września, ale pod ogromnym znakiem zapytania stawia to działanie takich oddziałów jak dziecięcy, nefrologia czy chorób wewnętrznych. Kolejni lekarze wypowiedzieli klauzule opt-out, które pozwalają im pracować w większym wymiarze. Sypie się praca na praktycznie każdym oddziale. 

Dyrektor Stanisław Kwiatkowski rozkłada ręce i wskazuje, że placówki nie stać na danie podwyżki lekarzom. 

- Jeśli 350 lekarzy dostanie podwyżkę do 3 średnich krajowych, to jest to 100 mln złotych rocznie. 100 mln złotych rocznie to w tym momencie roczne wynagrodzenie wszystkich 1500 pracowników szpitala – mówił kilka dni temu Stanisław Kwiatkowski, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Płocku.

Udało nam się porozmawiać z dwoma lekarzami, którzy nie zgadzają się z takim stawianiem sprawy. Przyznają, że owszem, finanse są jednym z punktów żądań, ale nie jedynym i na pewno nie najważniejszym. O co więc chodzi?

Personelu medycznego w Polsce jest mało, a w dodatku średnia wieku wciąż się podnosi. Lekarze zarzucają dyrektorowi, że nie robi wystarczająco dużo, żeby zatrzymywać pracowników w szpitalu. Każdy lekarz czy pielęgniarka są dziś na wagę złota.

- Sposób wynagradzania spowodował, że mamy gigantyczny odpływ pracowników ze szpitala. Chodzi o kwoty i warunki pracy. Okoliczne placówki oferują dużo większe pieniądze, za znacznie mniej obowiązków - wskazują. 

Szpital nazywany umieralnią

Wojewódzki Szpital Zespolony jest placówką o II stopniu referencyjności (w Polsce są III stopnie referencyjności). Na Winiarach jest Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR), do którego trafiają przeróżni pacjenci - od tych, którzy złamią rękę, przez zamroczonych alkoholem bezdomnych, aż po ofiary wypadków komunikacyjnych czy pacjentów w sepsie. Płocki SOR obejmuje obszar, na którym mieszka ok. 300-350 tys. osób, ale to nie wszystko.  

- Między szpitalem wojewódzkim, któremu podlega Szpitalny Oddział Ratunkowy, a szpitalem, np. w Gostyninie, jest przepaść. Szpital w Płocku jest nazywany umieralnią, bo na SOR zwożeni są pacjenci w najcięższym stanie. Skoro są w takim stanie, to logiczne jest, że część z nich umrze. Pacjentów w ciężkim stanie z Płocka, Sierpca czy Gostynina przywozi się do nas. Zdarza się, że leci do nas pacjent z Siedlec, które są 200 km stąd. Po prostu wykazujemy wolne łóżko, a w Warszawie nigdy takich nie ma. Koordynatora wojewódzkiego nie interesuje, że nie będzie łóżka dla kogoś z tej populacji. Szpital jest wpisany w sieć i okej - to jakoś działa. Wszyscy jednak unikają SOR-u. Co robi dyrektor? Zatrudnia na kontraktowe dyżury każdego, kto tylko zechce pracować, nie patrząc na jego kompetencje. Czasami w ramach etatu oddelegowuje do pracy na SOR-ze [dyrektor może oddelegować każdego pracownika na 3 miesiące - red.], co sprawia, że pracy na oddziale jest jeszcze więcej. To wywołuje także konflikty między nami, bo każdy stara się tego uniknąć. To jest tak nieatrakcyjne miejsce pracy, że dyrektor sobie z tym nie radzi - nie ukrywa nasz rozmówca. 

Jak wylicza, kiedy jest w pracy, często jednocześnie przebywa w 3 miejscach - na oddziale, na konsultacji w SOR-ze, w poradni. 

- Ja dla Narodowego Funduszu Zdrowia jestem w tym czasie 3 osobami. Ludzi jest coraz mniej. Z mojego oddziału w ciągu ostatnich lat odeszło kilku lekarzy, a młodzi nie chcą przyjść - przekonuje.  

Jak dodaje, wielu młodych medyków nie chce tu nawet odbywać rezydentury. Na Winiarach  pracuje ok. 150 lekarzy specjalistów. Jeśli nie pojawi się pewna zastępowalność, za kilka lat problem będzie jeszcze większy.

- Mnie postulat płacowy np. w ogóle nie interesuje. Muszę pracować mniej, bo po prostu nie daję już rady. Szpital przestał praktycznie funkcjonować. Jest nas za mało i mamy za dużo obowiązków - przekonuje drugi. - Lekarze w pracy umierają, ostatnio w Wałbrzychu. To już kolejny. Czy coś to zmienia? Nie interesuje mnie trumna wypchana studolarówkami - zapewnia. 

Jak wskazuje, w miesiącu pracuje od 200 do 220 godzin. Dodaje, że to norma wśród lekarzy na Winiarach. Składa się na to etatowa praca i 4-5 dyżurów w miesiącu. 

- Często wykonuję pracę za 2-3 osoby. Tak naprawdę jest. W Warszawie jest  38 szpitali, oddziałów ratunkowych 10. SOR decyduje o ciężkości dyżuru. W warszawskim szpitalu na 30 łóżek jest 7 specjalistów plus 5-6 rezydentów. U nas na 1 lekarza przypada 10-15 pacjentów, na każdym oddziale, nieważne czy specjalista czy nie. Nie bawimy się w to. Po prostu dzielimy pracę.

Czy odsypiają na dyżurach pracę w swoich prywatnych gabinetach?

- Mam prostą odpowiedź: nie mam gabinetu. Poza tym zapraszam na dyżur. Czasami śpię godzinę-dwie, ale wybudzony muszę natychmiast działać. Owszem, są oddziały, które mają spokojne dyżury, ale większość nie ma. Cały szpital nie ma, bo tutaj jest SOR. Pacjenci często czekają z bólem do wieczora, bo może minie. No cóż, nie mija, a o 1:00 w nocy trzeba dzwonić po karetkę. Większość złych rzeczy dzieje się w nocy.

Zdarzają się przypadki, że pacjent zgłasza się na SOR i mówi, że od 2 tygodni boli go noga. Norma.

Jakość usług dla pacjentów 

Przy zamawianiu jedzenia, wyborze hotelu czy korporacji taksówkarskiej często kierujemy się ocenami innych internautów. Sprawdźmy. Szpital wojewódzki w Płocku ma na Google 1,9 na 5 możliwych gwiazdek. Dramatyczny wynik. Co prawda to tylko 15 ocen, ale w wielu komentarzach w internecie przewija się temat jakości obsługi pacjentów. Płocczanie od lat narzekają na swój szpital.

- Jaka jest jakość usług? Proszę przeczytać komentarze w internecie. Ludzie nie kłamią. Mając 12 ciężkich pacjentów, część z nich jest 1 nogą na tamtym świecie, jestem jeszcze odesłany do poradni. Muszę w 2 godziny zaopiekować się 12 osobami, a każdy z nich chciałby porozmawiać, uzyskać informację o swoim zdrowiu. Wyłącza się empatia, bo z tyłu głowy mam myśl, że za 2 godziny w zupełnie innym miejscu czeka kilkanaście innych osób. Po prostu nie mamy czasu, bo brakuje pracowników i to jest odbierane jako brak empatii - przekonuje. 

W serialach medycznych kręconych w Stanach Zjednoczonych często widać obrazek: lekarz diagnozuje pacjenta i zleca badania. Po jakimś czasie dostaje wyniki i zaczyna się rozważanie: co dalej? Na Winiarach nie ma nawet dedykowanej pracowni, do której można by zlecić wykonanie echo serca czy USG.

- Żeby było jasne: to są odrębne jednostki, za które płaci NFZ. Wielu kolegów na kardiologii potrafi zrobić echo, więc jak potrzebują, to sobie zrobią. U nas wielu kolegów potrafi zrobić USG brzucha - jak potrzebują, to zrobią. A powinna być taka pracownia dla wszystkich pacjentów. Dlaczego nie ma? Brakuje ludzi - odpowiada sam sobie lekarz. 

- Jedziemy, uczymy się, zdobywamy kompetencje za swoje pieniądze, a mówimy o tysiącach złotych. Potem dostajemy jeszcze kolejne obowiązki, bo potrafimy wykonać coś nowego. Jesteśmy po prostu wykorzystywani - musimy zrobić więcej rzeczy w tym samym czasie - irytuje się drugi. 

Są szkolenia z różnych dziedzin, medycyna pędzi cały czas do przodu. Medycy uczą się nie tylko o nowych terapiach, ale ćwiczą tzw. kompetencje miękkie. To znaczy mogliby, ale jak przekonują - nie mają na to czasu.

- Trzeba na to brać zwykły urlop - rozkładają ręce. - Mógłbym czytać o swojej dziedzinie przed snem, chłonąć ją jak kryminały, ale nie mam czasu i czuję się wypalony.

Lekarze nie mają wątpliwości: w takich warunkach są rzeczy, które można zrobić lepiej lub szybciej. 

- Większość radiologów zrezygnowała, są na kontraktach zadaniowych. Czasami potrzeba USG naczyń. Robi  je 2 radiologów, którzy są raz w tygodniu! Jeszcze do niedawna byli codziennie, bo pracowali na etacie. Ze względu na konkurencyjność innych jednostek odeszli - słyszę przykład.  

- Jeśli pacjenci się skarżą, to pewnie tak - jakość opieki się pogarsza. Choć uważam, że szpital, przy takich warunkach, wciąż pracuje bardzo dobrze, ale to właśnie się kończy... - mówią.  

Dlaczego jakość opieki się pogarsza? Jak wskazują rozmówcy, jest coraz więcej lekarzy przyjeżdżających tylko na poszczególne dyżury. Nazywają ich lekarzami “plecakowymi”. Lekarz po dyżurze pakuje plecak i jedzie dalej, a jak przekonują, to ze szkodą dla pacjenta. Bo w leczeniu chodzi też o ciągłość.

- Dla dyrektora najważniejsze jest spięcie grafików, czyli żeby był lekarz na dyżurze. Przyjedzie lekarz plecakowy i co zrobi? Przyjmie, może opisze pacjenta, wyda zlecenia do rana i “do widzenia”. Leczenie pacjentów to tzw. prowadzenie. Sedno pracy polega na ciągłości opieki specjalisty - kiedy specjalista jest codziennie i chodzi do tych samych pacjentów od początku do końca. Zdarza się, że pacjent mnie zaczepia na dyżurze i o coś pyta. Odpowiadam, że przecież rano przyjdzie lekarz, który pana prowadzi, a pacjent wtedy odpowiada, że on nie wie kto go prowadzi, bo codziennie przychodzi ktoś inny. To nie jest tak, że my widzimy pacjenta i od razu wiemy co zrobić. Czasami pewne rzeczy wychodzą w trakcie obserwacji i leczenia. 

Kasa, bądź co bądź, ważna 

Lekarz i lekarz, a czasami zarobki są różne. Lekarze zatrudnieni na etacie zarabiają inaczej od lekarzy, którzy swoje usługi świadczą na tzw. kontraktach. Kwoty kontraktów mogą rzucać na kolana. Oficjalnie rzadko można usłyszeć kwotę -  wszystko zależy od specjalizacji i problemów danego szpitala. Kto ma nóż na gardle, jest w stanie zapłacić więcej.

To ma jednak swoją cenę, bo lekarz na kontrakcie musi pokryć koszt ubezpieczenia OC, nie ma świadczeń socjalnych, płatnych urlopów, a kontrakt lekarki w ciąży może być po prostu rozwiązany. Z drugiej strony kontrakt daje pewną niezależność - nie można takiego lekarza przenieść, nie obowiązują go normy zatrudnienia. 

- Nie spotkałem się z naciskiem na przejście na kontrakt - przyznaje rozmówca. - Dyrektor kilkukrotnie to proponował, ale z takimi stawkami, które są o połowę niższe niż w okolicy. Na każdym spotkaniu dyrektor zarzuca nam, że kłamiemy, bo on wie jakie stawki proponują jego koledzy. Zaproponowaliśmy kiedyś telefon do innego szpitala, ale dyrektor się na to nie zgodził. Wszystkie okoliczne placówki - Płońsk, Sierpc, Gostynin,  Kutno, Toruń, Warszawa - płacą więcej.

Kolejne pytanie, które się nasuwa: skąd zatem biorą na to pieniądze? Chwila zawahania. 

- Ze sposobu zarządzania? Jest np. wysoko płatna procedura, która może być wykonana w naszym szpitalu, z satysfakcją dla pacjenta. Według tej dyrekcji ona się nie opłaca. Opłaca się wszystkim w Polsce, ale u nas nie. Osoby odpowiedzialne wyliczyły, że doba w naszym szpitalu kosztuje tyle, co w Marriocie - około 400 zł - dziwi się. 

- To jest szpital wojenny. Jesteśmy na froncie od rana do wieczora i przez noc. Tak to wygląda, w covidzie było dramatycznie, ale na co dzień też żyjemy jak na wojnie. Dlatego to często pomoc tylko doraźna. Trzeba zostawić pacjenta, bo komuś innemu ratujemy życie. A potem? Potem jakoś to będzie. 

- Niestety wiele rzeczy w tym szpitalu robi się w pewnym sensie po znajomości. Wykonanie pewnych procedur i konsultacji dla naszych normalnych, oddziałowych pacjentów, załatwiamy przez swoje prywatne kontakty z kolegami-lekarzami, którzy wykorzystują tu umiejętności, nabyte w ramach własnego, płatnego szkolenia. Dokładnie tak - ponieważ każdy chce się rozwijać, wiedzieć i potrafić więcej. Szczytem działań dyrekcji w tym kierunku jest udzielnie urlopu z prawem do zachowania wynagrodzenia. Przez pewien okres pracowałem dla innej placówki, prywatnej. Tam wręcz naciskano mnie na konkretne szkolenia, które miałem sponsorowane tylko i wyłącznie po to, żeby później móc wykorzystać tę umiejętność - pozwalało to zarobić firmie dzięki kolejnym badaniom, za które NFZ mógł zapłacić, a jednocześnie ja dostawałem za to wynagrodzenie. W tym szpitalu nawet już nie ma czasu, żeby na szkolenia jeździć, bo ktoś musi pracować - w sensie świadczeń podstawowych, ktoś musi dyżurować. Być może to trudno wytłumaczyć, ale korzystamy ze swoich prywatnych kontaktów, żeby prawidłowo diagnozować i leczyć naszych chorych, ponieważ dyrekcja nie zapewnia w tym zakresie właściwie nic. Zdecydowanie nie wystarczy inwestować w sprzęt, jeszcze trzeba mieć wyszkolonego pracownika do jego właściwego użycia. Medycyna jest niesamowicie dynamiczną dziedziną, postęp jest ogromny. W tym szpitalu, przy tych działaniach dyrekcji najłatwiej i najlepiej byłoby leczyć przez nałożenie rąk - niski koszt, wystarczy kilka osób zatrudnić, może jedna będzie miała taki dar.

Za takie dodatkowe czynności nie przysługuje wynagrodzenie. Jak mówią lekarze, to obecnie norma w większości placówek, chociaż wskazują, że dyrekcja twierdzi, że na to nie pozwoli. Odbywa się to kosztem czasu lekarza, który wykonuje to badanie. 

- Nie jest tak, że pacjent zapłaci kilkaset złotych w prywatnym gabinecie i w szpitalu ma wszystko od ręki. To tak nie działa. Ludziom może się w głowach nie mieścić to co mówimy - uśmiechają się. - Jesteśmy specjalistami od wielu lat, obaj nie mamy gabinetów prywatnych.

Ile powinien zarabiać lekarz? To trudne pytanie. A ile powinien pracować? Norma wskazuje na 4 dyżury w miesiącu. A ile pracują lekarze na Winiarach?

- No dużo więcej. Policzyłem. W ubiegłym roku samymi dyżurami przepracowałem ponad 2 bite miesiące. Oznacza to wyrok osadzenia na ponad 90 dni - tyle, że z własnym jedzeniem, najczęściej bez snu, z ogromną odpowiedzialnością, bez świąt z rodziną, bez weekendu z przyjaciółmi - ci są już zdenerwowani moją ciągłą niedostępnością i towarzystwo wykrusza się. Z reguły miałem po 6-7 dyżurów. Normy w Europie wskazują na 4 i praktycznie wszystkie kraje podchodzą do tego rygorystycznie - odpowiada. 

Lekarze wskazują też, że rozliczanie pracy odbywa się w niejasny sposób. 

- U nas liczy się w ten sposób, że spośród 24 godzin dyżuru połowa jest wliczana do etatu, a pozostałe 12 jako dyżur. To oczywista nieprawda. Od 8:00 do 15:00 jest “w pracy”, ale obok niego jest 5-6 osób, które mogą pomóc. Od 15:00 do 20:00 też jest w pracy, ale sam, za stawkę normalnego etatu. Dopiero potem dostaje stawkę dyżurową. Moim zdaniem to ewidentne poświadczenie nieprawdy. Ten sposób rozliczania czasu pracy według mnie się wyczerpał - mówi.

- Młodzi dziś tak nie chcą - oni chcą pracować normalnie. Biorą tyle dyżurów, ile przewiduje norma i potem żyją jak normalni ludzie - podkreśla drugi. 

Jak wygląda tygodniowy grafik lekarza, który ma 6 dyżurów w miesiącu?

  • poniedziałek: 8:00-15:35
  • wtorek: 8:00-8:00 (24 godziny)
  • środa: po dyżurze
  • czwartek: 8:00-15:35
  • piątek: 8:00-8:00 (24 godziny)
  • sobota: po dyżurze
  • niedziela 8:00-8:00 (24 godziny)

Były dziury, jest wyrwa 

- Dyrektor zawsze powtarza, że musi gasić pożary, ale nie zauważył, że walą mu się fundamenty. 

We wrześniu na oddziale kardiologii, jednym z większych na Winiarach, są dni, które są nieobsadzone. Co to w ogóle oznacza?

- Są dni, kiedy jeśli coś się będzie działo, na oddziale po prostu fizycznie nie będzie lekarza - mówi z trochę ze spokojem, trochę z lękiem rozmówca. - Co się stanie jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy? Trzeba zapytać dyrektora. On odpowiada za zorganizowanie pracy i zatrudnienie odpowiedniej liczby personelu. Nie wywiązuje się z tego w żaden sposób od lat. Lekarze ciągle są, tylko trzeba podejmować realne kroki. Dyrektor od dawna podejmuje pozorowane działania. Powtarza to samo ogłoszenie: zatrudnię. Dziś odbywa się to zupełnie inaczej i powinna być to wiedza nieobca osobom zarządzającym. Wiemy, bo dyrekcja pechowo rozmawiała z kolegami z m.in. z Warszawy. W trakcie rozmowy pojawił się oczywiście temat stawki. Pan dyrektor był zaskoczony, bo usłyszał, że nie ma co marnować czasu. Dla dyrektora, tak szczerze, to zawsze jest za dużo - rozkłada ręce. 

Słowo “pożar” przewija się zresztą w rozmowie kilkukrotnie. Jak wskazują rozmówcy, dyrektor przez ostatnie lata próbował przymusić pozostały personel do większej liczby godzin. 

- Przy czym zawsze kłamał w propozycjach. Mówił, że wszystkim daje tak samo, a to nieprawda. Mamy różne wynagrodzenia. Udawało się, bo my też chcemy, żeby to działało, szpital funkcjonował. Kiedy ratowałem mój oddział, było super, jeśli miałem 1 weekend w miesiącu wolny. Coś pękło. Głównie dlatego, że przyszli młodzi, a oni tak nie chcą. Dziury były już wcześniej, teraz zrobiła się wyrwa. Chcemy pracować, ale chcemy normalnych warunków. Za warunki odpowiada dyrektor. W wielu placówkach jakoś udaje się to zapewnić. W Płocku przez wiele lat pewne rzeczy były spychane na zasadzie: jakoś to będzie. 

Jak przekonują, lekarze są, nawet w na miejscu w Płocku. Pracują w poradniach lub okolicznych placówkach. 

- Wszyscy, którzy odeszli ze szpitala, zawsze powtarzają: ojej, jakie życie jest piękne poza tym miejscem. Każdy to powie. To są nasi koledzy, my się spotykamy. Mówią, że życie po odejściu ze szpitala jest wspaniałe. Pracują tu, na miejscu, w Płocku. Poza tym to nie problem dojechać 30-40 km - mówi. 

- Od dyrekcji zawsze słyszymy, że trzeba poczekać. Ja już po prostu nie mam siły. Dzień po dyżurze jest wolny, ale jaki to jest dzień? - pyta retorycznie. - Mamy dziś ponad 50 lat. Wie pan, dlaczego w Polsce na Covid zmarło więcej lekarzy niż pielęgniarek? Bo są starsi. To oficjalne dane. 

W czasach kryzysu covidowego Włosi ściągali lekarzy z emerytury do pomocy. W Polsce nie było kogo ściągać, bo tacy lekarze po prostu pracują.

- Jeśli wydarzy się coś nagłego: nie wiem, mam biegunkę i dziś nie mogę, to nikt nie weźmie dyżuru. Zaczyna się łatanie. 4 osoby wezmą po parę godzin i w papierach się zgadza. To funkcjonuje już tylko dzięki koleżeńskiej solidarności - mówi wprost.

Młodzi lekarze nie ratują sytuacji 

Studia medyczne w Polsce rocznie kończy kilka tysięcy osób. W roku akademickim naukę na kierunku lekarskim może zacząć 9039 osób. Nie wszyscy oczywiście kończą studia, nie wszyscy zostają specjalistami. Gdzie jednak są ci lekarze? Niektórzy wyjeżdżają, niektórzy nie w ogóle są zainteresowani pracą w szpitalu, inni pracują w sektorze prywatnym. 

- Nie opłaca się dziś w Polsce być lekarzem w szpitalu. Rozmawiałem ostatnio z jedną z rezydentek. Oni są młodzi, mają swoje grupy na Facebooku, rozmawiają. Mówi otwarcie, że po zakończeniu specjalizacji odchodzi ze szpitala. Dziwi się, że ja ciągle tu jestem. Praca w szpitalu powinna być lepiej wynagradzana, bardziej prestiżowa, a tak nie jest. Jestem idiotą, proszę mi wierzyć. W sylwestra potrafiłem zostać do 20:30, żeby młody pacjent przeżył. Satysfakcja ogromna, to pozwala na kolejne godziny kolejnego dnia. Ja wyszedłem zadowolony, gorzej z moimi znajomymi, których się traci, nie czekali już na mnie. Robimy to, bo my to lubimy. Chcemy pracować i się rozwijać - przekonują. 

Co dalej ze szpitalem? Podkreślają po raz kolejny: kwestie finansowe absolutnie nie załatwiają sprawy. Sytuację może poprawić zatrudnienie lekarzy, pielęgniarek, asystentów i opiekunów medycznych. Jak mówią, na Winiarach nie ma dziś oddziału, na którym nie ma braków w personelu. Na niektórych braki są tak duże, że żeby chcieć dotrzymać normy europejskiej, trzeba by zatrudnić ich drugie tyle. W skali całej placówki to kilkadziesiąt osób.

- Zamknięcie oddziału to pozbawienie grupy osób dostępu do pewnych usług. Zamykamy oddział płucny, a obok szpitala stawiamy Centrum Radioterapii, gdzie będziemy leczyć m.in. raka płuc. W Płocku chyba całkiem dużo pacjentów. Paradoks - dziwi się. 

- Dyrektor nie podejmuje rozmowy z osobami, które odchodzą. Nie pyta dlaczego, czy może coś zrobić. Wypowiedzenie jest  po prostu przyjęte i tyle - dziwią się. - Żeby coś poprawić trzeba liczyć na napływ nowych pracowników, utrzymać obecnych, rozwijać kadrę. Twarde inwestycje mają sens, jeśli pojawią się nowi pracownicy. Tylko tak poprawi się jakość. Jednym z narzędzi, którym może posłużyć się dyrektor, są finanse. Może trzeba zapytać dyrektorów innych placówek jak sobie radzą. Ten dyrektor… nie powiem jak się zachowuje. Ja na żadnym spotkaniu z dyrektorem ani razu nie wspomniałem o pieniądzach. 

Jak wskazują, to jednak póki co zamknięte koło. Pieniądze i warunki nie zachęcają lekarzy do pozostania, nowi nie chcą przyjść. 

- Wśród młodych lekarzy powstał nowy sposób na życie: etatowy lekarz plecakowy. W ten sposób można w miejscach z dużymi problemami wynegocjować bardzo dobre stawki, obskoczyć kilka dyżurów w miesiącu i to takim osobom wystarczy, ale to niebezpieczeństwo. Ja też 2 razy pomogłem kolegom, wziąłem taki dyżur, ale reagowałem tylko na bieżąco. Są placówki, które sobie radzą, a są takie, które nie. Ten szpital sobie nie radzi - rozkłada ręce, poraz kolejny. - Dyrektor przyznaje, że nigdy nie będzie miał konkurencyjnej oferty. 

Choć z drugiej strony dodają, że w młodych jest też zapał. Wyobrażenia i ideały zderzają się jednak z rzeczywistością i zaczyna się zadawanie sobie pytania: po co? 

- Proszę zobaczyć, kto jest w radzie społecznej szpitala. Politycy zawsze mogą skorzystać z usług szpitala MSWiA w Warszawie, o zwykłych mieszkańcach chyba nie myślą. Organy założycielskie przestały brać odpowiedzialność za cokolwiek. Nie wierzę jednak, że jeśli wojewoda powoła zarząd komisaryczny, to ten wyciągnie różdżkę i wszystko się zmieni na lepsze. Większość szpitali, w których powołano zarządy komisaryczne, została zamknięta. Ten szpital nie może istnieć bez oddziału płucnego czy nefrologii. Jeśli któryś z tych oddziałów wypadnie, reszta nie da sobie rady. Co się stanie z chorymi? Winni będą lekarze, którzy nie chcą pracować - ironizują. - Chcemy pracować, ale chcemy, żeby dyrektor zapewnił warunki. Tylko o to chodzi. Dyrektor stwierdził, że lekarz musi liczyć się z przemęczeniem i przepracowaniem. Mam pytanie - a nie mogę normalnie pracować? Robić tego, co mnie fascynuję, wykonywać jak najlepiej się da? Pomagać ludziom? Czy nie mogę tego robić w normalnych warunkach? Bez naginania liczby godzin? Czy nie mogę zajmować się realną liczbą pacjentów? W tym szpitalu nie mogę. Tu trzeba być zmęczonym, sfrustrowanym. Na spotkaniu z dyrektorem powiedziałem, że nie chcę jego pieniędzy, chcę normalnie pracować. Usłyszałem w odpowiedzi, że wybierając taki zawód trzeba się było liczyć z tymi konsekwencjami i tego nie da się w tym szpitalu rozwiązać. Więc teraz taka uwaga - w Warszawie, Łodzi, w miastach akademickich większość pacjentów zachwycona - lekarz przychodzi pięć razy dziennie, rozmawia przez godzinę, wspaniale! Tyle, że tam na jednego lekarza przypada trzech pacjentów. Ja ich mam kilkunastu, plus poradnie, dyżury w liczbie powyżej jakiekolwiek normy! To właśnie się wyczerpało. Przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy z komfortu pracy, za te same pieniądze, lekarza w szpitalu w mieście akademickim a w szpitalu wojennym jakimi są tzw. szpitale wielospecjalistyczne.

Jak wskazuje, jest jeszcze kolejny problem. Lekarz w trakcie specjalizacji ma obowiązek odbycia kursów i staży, wielokrotnie musi jechać do miasta akademickiego na wiele miesięcy, a w tym czasie musi też dyżurować w swojej macierzystej placówce. Zwykle młodzi ludzie, często mają rodzinę, dzieci. Codzienne dojazdy do Łodzi, Warszawy, codzienne koszty. To zniechęca do podejmowania pracy.

- Chętniej zostają w klinikach, chociaż nie ma co ukrywać, znacznie szybciej, z przymusu, nabywają umiejętności u nas - muszą, ponieważ na dyżury trafiają znacznie wcześniej, niż ich koledzy w klinikach - mówią. 

Na zakończenie opowiadają też o nowym trendzie rekrutacji kandydatów na medyków.

- Na rynku są świetnie radzące sobie firmy, ściągające naszych maturzystów na dość tanie studia na wydziale lekarskim na Ukrainie. Studia anglojęzyczne. Jadą tam, wracają na staż do Polski, dzięki czemu uzyskują pełne prawo wykonywania zawodu w Unii Europejskiej. Na Ukrainę przyjeżdżają pracodawcy z Europy, rozmawiają ze studentami 5-6. roku i jest po prostu targ pracy. Już podpisują umowy wstępne - pracodawca płaci stypendium, a przyszły lekarz zobowiązuje się przepracować 3 lata. Po zakończeniu stażu kierunek lotnisko w Modlinie i podróż np. do Oslo. To już potężny biznes. To kilkuset lekarzy rocznie, nawet nie próbują szukać perspektyw w tym kraju.

Kto będzie leczył płocczan za 10 lat? - Też się tego boimy - przyznają. 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy