Na początku sierpnia zgłosił się do nas czytelnik, którego pies uciekł w trakcie spaceru, a następnie zaginął.
Mimo prowadzonych samodzielnie poszukiwań oraz zamieszczonego w mediach społecznościowych ogłoszenia, miejsca pobytu zwierzaka nie udało się od razu ustalić.
Dopiero po kilku dniach okazało się, że niemal przez cały czas przebywał w schronisku, dokąd w dniu zaginięcia przywiozła go straż miejska.
- Gdybyśmy samodzielnie nie szukali i nie dopytywali, mimo że pupil ma mikrochipa, dalej nic byśmy nie wiedzieli. Moim zdaniem to zwlekanie z poinformowaniem właściciela ma na celu nabicie licznika za doby pobytu - twierdzi.
Kolejny problem mężczyzna miał napotkać, gdy chciał odebrać swojego zwierzaka.
- Mam urzędowe zaświadczenie z pieczątkami i numerem chipa, które potwierdza, że jestem jego właścicielem. Przy odbiorze nie miałem za to wyznaczonej kwoty w gotówce, ale zobowiązałem się do zapłacenia za niego i poprosiłem o możliwość wystawienia faktury przelewowej z odroczoną płatnością - opisuje.
W schronisku na tę propozycję jednak nie przystano.
Zwierzak zaginął i trafił do schroniska. Tak wygląda dalsza procedura
Sytuację zweryfikowaliśmy również w placówce.
O swojej perspektywie opowiedziała nam zastępca dyrektora schroniska, pani Mirella.
Standardowa procedura w przypadku zagionego zwierzęcia przebiega następująco: gdy trafia do schroniska, w pierwszej kolejności jest badane przez weterynarza. Jeżeli nie było szczepione lub odrobaczane, przechodzi te zabiegi. Następnie sprawdza się chipa i jeśli ten był zarejestrowany, pracownicy kontaktują się z właścicielem, który od poniedziałku do piątku w godzinach pracy biura może odebrać swojego pupila po udowodnieniu własności i opłaceniu jego pobytu.
Cały regulamin można przeczytać TUTAJ.
Dlaczego więc tym razem wyglądało to inaczej?
- Pies trafił do nas w sobotę późnym wieczorem, przywieziony przez straż miejską. Miał chipa, ale nie był on zarejestrowany, dlatego nie mogliśmy nic zrobić, ponieważ nie mieliśmy możliwości kontaktu z właścicielem. Gdyby chip był zarejestrowany, kontakt nastąpiłby od razu w poniedziałek - usłyszeliśmy.
Po kontakcie ze strony właściciela, problemem była opłata. Pani Mirella wyjaśniła, że pobyt zwierzęcia można opłacić kartą lub gotówką, jednak odroczone płatności nie są akceptowane.
- Proszę mi wierzyć, że nam również zależy, by psy jak najszybciej wracały do domów lub znajdowały właścicieli, bo wiemy, że pobyt w schronisku wiąże się ze stresem. Są jednak pewne zasady, które obowiązują wszystkich, a my nie możemy ich naginać - dodała.
Musiała interweniować policja
Jak przekazał nam właściciel czworonoga, sytuacji nie udało się rozwiązać polubownie, a na miejscu musiała interweniować policja.
Po interwencji mężczyzna odzyskał psa i zobowiązał się opłacić jego pobyt w ciągu 14 dni.
Dalej zwraca jednak uwagę na problem z komunikacją.
- Myśleliśmy, że skoro pobierano nasze dane, chip był zarejestrowany. A nawet jeśli nie - schronisko prowadzi przecież chociażby media społecznościowe, gdzie można było wstawić post informujący o tym, że trafił do nich zaginiony pies - sugeruje.
Choć perspektywy obu stron są odmienne, pozostali właściciele czworonogów mogą z lokalnego przykładu wyciągnąć kilka cennych wniosków. Przede wszystkim sprawdzając, czy mikrochip zwierzęcia został właściwie zarejestrowany, a dane kontaktowe pozostają aktualne. Dodatkowo, choć internet potrafi mieć wielką moc, w kryzysowej sytuacji warto również skontaktować się ze schroniskiem.
Komentarze (0)