reklama

Radosław Kucharski o transferach, odejściu Andriasa Edmundssona, zatrzymaniu Wiktora Nowaka i pracy w Wiśle Płock: Przede wszystkim lubię wyzwania [WYWIAD]

Opublikowano:
Autor:

Radosław Kucharski o transferach, odejściu Andriasa Edmundssona, zatrzymaniu Wiktora Nowaka i pracy w Wiśle Płock: Przede wszystkim lubię wyzwania [WYWIAD] - Zdjęcie główne
Autor: Tomasz Miecznik/Portal Płock

reklama
Udostępnij na:
Facebook
SportRadosław Kucharski rzadko zabiera głos, ale nam udało się namówić dyrektora sportowego Wisły Płock na dłuższą rozmowę. Przed meczem z Motorem Lublin rozmawialiśmy o tym jak w ogóle przyjął pracę w klubie z Łukasiewicza 34, jak wyglądała kwestia budowy drużyny latem zeszłego roku oraz o perspektywach budowy drużyny i klubu na kolejny sezon.
reklama

Radosław Kucharski nie jest postacią z pierwszych stron gazet czy bardziej oddając realia 2026 roku - jego wypowiedzi nie są nagłówkami portali internetowych czy fragmentami rolek w mediach społecznościowych. Dyrektor sportowy Wisły Płock nie bryluje w mediach, rzadko zabiera publicznie głos. Jak mówi, taki jest jego styl pracy. 

Po kilku próbach udało nam się namówić dyrektora na dłuższą rozmowę. Przez godzinę rozmawialiśmy w sali konferencyjnej przy biurach zarządu na Orlen Stadionie. W międzyczasie telefon dyrektora kilkukrotnie dawał znać, że po drugiej stronie słuchawki ktoś chce porozmawiać. Dziennie dyrektor sportowy Wisły Płock dostaje wiadomości od kilkuset osób, a im bliżej otwarcia okna transferowego, tym liczba połączeń będzie jeszcze większa. 

reklama

Z Radosławem Kucharskim rozmawiamy o tym jak to w ogóle się stało, że przyjął ofertę pracy w Wiśle Płock, o tym co można zrobić przy Łukasiewicza 34, jak wygląda budowa kadry na przyszły sezon oraz o tym, jak wyglądała budowa kadry na ten sezon. 

"Przede wszystkim lubię wyzwania"

Jak to się dzieje, że po pracy w Legii Warszawa, jakby nie patrzeć największym polskim klubie, i trzyletniej pracy w AEK Ateny jako dyrektor techniczny, przyjmuje Pan ofertę beniaminka PKO Ekstraklasy? Jak to się wewnętrznie w Radosławie Kucharskim wydarzyło?

Radosław Kucharski: Przede wszystkim lubię wyzwania. Wydaje mi się, że moment, w którym znalazłem się w klubie, był bardzo dużym wyzwaniem dla mnie, bo raz, że to jest powrót do Polski po trzech latach, do całkowicie innej ligi, a dwa — wejście w momencie, kiedy okno transferowe trwa. Analizując moment swojej decyzji z perspektywy czasu, myślę, że była to bardzo dobra decyzja dla mnie. Szukam przede wszystkim projektów w swoim życiu, w którym mogę pracować z ludźmi z którymi będę mógł wspólnie rozwijać projekt. Uznałem, że w tym projekcie mogę dokładnie to właśnie robić.

reklama

Praca w klubie miejskim jest na pewno innym wyzwaniem niż Legia Warszawa czy AEK Ateny. Uczy cierpliwości. Trzeba zmierzyć się z ostrożnością, może nieco asekuracyjnym podejściem. Wszystkie decyzje muszą być zaakceptowane przez kilka szczebli, bo to jednak są samorządowe pieniądze i samorządowy klub.

Ale ja, szczerze mówiąc, nie odczuwam tutaj różnic. Pracowałem do tej pory tylko w klubach, które były w rękach właścicieli prywatnych, ale w samym podejmowaniu decyzji zawsze były osoby, które są nade mną — czy to w postaci zarządu, czy również właściciela, więc tutaj nie widzę takich różnic w samej strukturze funkcjonowania klubu.

I na pewno przez te miesiące, przez te dwa okienka, budując ten zespół, powiem szczerze: w każdym momencie mojego dnia pracy zawsze czułem tutaj wsparcie i nadal je czuję — od właściciela klubu, rady nadzorczej, prezesów, trenera Misiury.

reklama

Ale inaczej na pewno podpisuje się Anthony’ego Martiala, a powiedzmy Deniego Juricia czy Giannisa Niarchosa. Podzieli się dyrektor jakąś anegdotą? Jak wygląda podpisywanie kontraktów z takimi zawodnikami?

To na pewno nie są łatwe procesy. Sama renoma piłkarza powoduje, że jest duża rywalizacja o zawodnika. Anthony Martial to piłkarz, który strzelił 90 bramek na poziomie Premier League w Manchesterze United, więc można sobie uzmysłowić, jak duża była rywalizacja o niego. Samo przyjście zawodnika do Aten uważam za bardzo duże wydarzenie w greckiej piłce.

A czy tacy piłkarze jak Anthony Martial, który już trochę schodził z tej topowej półki, ale to nadal była bardzo wysoka półka, czymś się różnią w swoim zachowaniu, mentalu od zawodników z Ekstraklasy? Na pewno się różnią, już widzę po reakcji!

reklama

Z pewnością zawodników z najwyżej półki łączy jedno - ciągły głód wygrywania trofeów oraz zdolność do szybkiej regeneracji po porażce. Są powtarzalni w meczach i treningach. Mają bardzo dużo swobody połączonej z pewnością siebie co do swoich umiejętności. Potrafią cieszyć się swoim talentem, a jednocześnie radować się i celebrować każdy wygrany mecz. Wiedzą co znaczy słowo "drużyna" i jak bardzo muszą wspierać kolegów z zespołu. Pomimo, że potrafią zrobić różnicę w meczu to doskonale czują, że każdy w drużynie w przeciągu sezonu jest potrzebny, aby wygrać trofea. Nie spotkałem zawodnika, który był mistrzem świata albo grał w finale mistrzostw świata i nie był inteligentnym piłkarzem. Uważam, że każdy sportowiec, jeżeli jest na szczycie, jest bardzo inteligentny.

Inteligentnym boiskowo czy życiowo?

W obu przypadkach. Nie rozgraniczam boiska i życia. Uważam, że to są po prostu naczynia połączone.

OK, ale sprowokował mnie dyrektor do pytania. Mam wielki szacunek do Paula Pogby jako piłkarza, a jednak trochę się pogubił w życiu. I nie jest jedynym, który się pogubił. Wielu piłkarzy pogubiło się w trakcie kariery albo tuż po niej.

Tak, tylko że to są być może troszeczkę inne sytuacje, o których ja do końca nie wiem i nie umiem się wypowiedzieć na temat Paula Pogby. Odnoszę się w swojej ocenie do piłkarzy, z którymi pracowałem w jednej szatni.

Za czasów pracy w Legii Warszawa dorobił się dyrektor łatki człowieka, który nie lubi rozmawiać, introwertyka. Pewnie trochę coś w tym jest. Dziennikarze bardzo lubią dyrektorów, do których można zadzwonić, czegoś się dowiedzieć, którzy podsuną jakiegoś newsika. Szukałem wypowiedzi z czasów Legii — to były trzy lata — i nie było ich bardzo dużo. Nie mówię, że to źle, ale czy ta łatka jakoś uwiera? Czy to coś, z czym dyrektor się nie zgadza?

Dokładnie było 3,5 roku na stanowisku dyrektora sportowego w Legii. W żaden sposób mnie to nie uwiera. Po prostu to mój styl pracy i staram się całą swoją energię przełożyć na rozwój klubu i zespołu. Wydaje mi się, że jestem osobą, która przekazuje swoją pracę poprzez obraz boiska i też tak swoją robotę postrzegam. Spotykam — zarówno z waszej perspektywy, jak i mojej — bardzo dużo dyrektorów, którzy mają troszeczkę inny styl pracy, ale każdy z nas jest inny i każdy ma do tego prawo. Myślę, że czy to Legia, czy dzisiaj Wisła Płock, mój styl pracy jest zbliżony.

No i tak jesteśmy w Płocku, siedzimy w sali konferencyjnej przy Łukasiewicza 34. Wspomniał dyrektor, że praca rozpoczęła się w trakcie okna transferowego, co jest zawsze mega wyzwaniem. Procesy budowy drużyn ruszyły dużo wcześniej. Trudno jest zbudować w kilka tygodni drużynę, która ma się bić o utrzymanie w Ekstraklasie? W programie na Meczykach padło zdaje się stwierdzenie, że czasami trzeba było tłumaczyć, czym jest Wisła Płock.

Bardzo trudno. Rozłożę to na kilka czynników.

Pierwszy czynnik — jeżeli nie pracuje się w jakiejś lidze, to mimo że jestem Polakiem, pierwszą rzeczą było dla mnie zaadaptowanie się do możliwości Wisły Płock, do zespołu, trenera, piłkarzy, których mamy, zarządu i wszystkich płaszczyzn, które są dzisiaj w klubie, żeby jak najszybciej je zrozumieć i wejść w całą przestrzeń funkcjonowania klubu, z którym się wiążesz. To była moja pierwsza część pracy.

Pierwszy dzień mojej pracy, jak pamiętam, był 16 czerwca. To było bardzo późno. Natomiast myślę, że ta pierwsza część — zaadaptowanie się do trenera i obserwacja piłkarzy, z którymi dzisiaj pracujemy i z którymi trener chwilę temu zrobił awans — była dla mnie najważniejsza. Najważniejsze było pomóc trenerowi i klubowi osiągnąć cel na ten sezon. Potem przyszła bardzo duża ilość pracy, z każdym dniem jej przybywało i trwa to do dzisiaj, bo to nie jest tak, że ta praca kończy się po okienku transferowym. Powiem szczerze — jest nawet odwrotnie.

[W międzyczasie dzwoni telefon — w czasie całej rozmowy telefon będzie dzwonił jeszcze kilka razy. Tak wyglądają realia pracy dyrektora sportowego.]

Tak że ta praca cały czas polega na tym, żeby mój serwis dla zespołu i klubu był jak najlepszy. Okienko było bardzo specyficzne. Może nie tyle samo okienko, co przygotowanie i zrozumienie momentu, w którym jestem w klubie. Kiedy udało mi się to bardzo szybko „posegregować”, z każdym dniem było łatwiej. Nie ze względu na ilość pracy, bo tej było cały czas bardzo dużo, tylko pod kątem tego, żeby projekt pod tytułem „Wisła Płock” jak najlepiej — przepraszam za wyrażenie — sprzedać. Zachęcić piłkarzy i agentów do współpracy z klubem.

fot. Tomasz Miecznik/Portal Płock 

Świadomi kibice muszą przyznać, że niewielu piłkarzy wiesza sobie plakaty Ireneusza Jelenia czy Łukasza Sekulskiego nad łóżkiem, więc siłą rzeczy ograniczona liczba zawodników marzy o grze w Wiśle Płock. Trafiają tu pewnie z różnych powodów. Ile razy zderzył się dyrektor z sytuacją, że podczas rozmowy zawodnik czy agent sprawdzali w telefonie, co to w ogóle jest Wisła Płock?

Zanim odpowiem na pytanie, powiem, że uważam ten projekt za bardzo ciekawy — zarówno klub sportowy, jak i Płock jako miasto na mapie Polski. Ostatni raz byłem w Płocku jeszcze na starym stadionie, więc to było dawno temu.

Jeszcze z Legią?

Tak, w 2021 roku. To spory kawałek czasu. Kiedy dostałem propozycję, żeby pracować jako dyrektor sportowy Wisły Płock, pierwsze co zrobiłem, to przyjechałem do Płocka zobaczyć miasto. Uczciwie mówiąc, wcześniej byłem tylko na stadionie i wracałem z niego do swojego biura. Zrobiłem sobie bardzo długi spacer po mieście, przeszedłem się kilka razy dookoła stadionu, żeby zwizualizować sobie, co mogę zrobić w i dla Wisły Płock. To też mnie pchnęło, kiedy zobaczyłem pewne obrazy, które nakreśliły mi się w głowie. Chciałem i chcę tu pracować, bo uważam, że to miejsce na mapie Polski jest bardzo fajne. Ten projekt jest na tyle interesujący, że można go bardzo dobrze rozwinąć. To mnie zachęciło, żeby w nim uczestniczyć i być za niego odpowiedzialnym.

Renoma naszego kraju rośnie na Zachodzie

Wróćmy do tego zdziwienia. Zdarzało się pytanie: „Wisła Płock? A co to jest?”

W gruncie rzeczy nie było tak, że musieliśmy sprzedawać projekt Wisły Płock. Sam początek był rzeczywiście ciężki. Pierwsze telefony, kiedy informacje nie były jeszcze przemielone przez zagraniczne portale internetowe i Wisła Płock widniała jako klub drugoligowy, generowały dłuższe rozmowy. Ale po pierwszej części tych rozmów, im dalej w ligę, tym bardziej wszystko zaczynało płynąć w odpowiednim kierunku.

Natomiast ważne było to, żeby skorzystać z trendu, który mamy w polskiej piłce. Uważam, że mamy bardzo dobry trend i renoma naszej ligi, naszego kraju oraz gospodarki rośnie na Zachodzie, właściwie w całej Europie. Nasz kraj jest bardzo dobrze odbierany, co też pomogło zachęcać piłkarzy do przyjścia tutaj. Tak stopniowo budowaliśmy zespół z trenerem i zarządem, żeby z jednej strony uszanować pracę zawodników, którzy wywalczyli awans do Ekstraklasy, a z drugiej strony rozwijać drużynę krok po kroku. Obserwowaliśmy zespół, uczyliśmy się go i patrzyliśmy, co jest kolejnym elementem do dołożenia.

Pamiętam naszą pierwszą rozmowę w czwórkę — z trenerem i zarządem. Oceniłem perspektywę okienka i wskazałem, że skończymy je w dzień moich urodzin — 8 września. Tak też się stało. Ostatniego dnia doszli do nas Deni Jurić i Żan Rogelj.

Zaczyna się liga — wygrana z Koroną, potem wygrana w Częstochowie. Spodziewał się dyrektor, że Wisła Płock pójdzie aż tak piorunująco przez rundę jesienną i będzie liderem po rundzie jesiennej? Tego chyba nie można było zakładać.

Wchodząc do klubu, na pewno nie można było tego zakładać. Myślę, że żaden z nas tego nie zakładał. Naszym celem było utrzymanie się w Ekstraklasie. Weszliśmy w ligę, zdobywając w sześciu spotkaniach 16 punktów — fantastyczny wyczyn. To napędziło zespół. Dodało wszystkim pewności siebie, że nie ma się czego bać w Ekstraklasie i że można w niej osiągać bardzo dobre rezultaty, mądrze grając w piłkę. Widać było, jak w pierwszej części sezonu z każdym tygodniem, z każdym rozegranym meczem, piłkarze coraz szybciej uczyli się i adaptowali do wymagań Ekstraklasy. Przede wszystkim udało nam się stworzyć zespół, połączyć piłkarzy z poprzedniego i nowego sezonu. Coraz lepiej i coraz śmielej to wyglądało. Sam wynik — 30 punktów po pierwszej rundzie — był znakomity i myślę, że nieczęsto zdarza się coś takiego w polskiej piłce. Życzyłbym klubowi jak najczęściej powtarzać takie rezultaty, bo to, uważam, super wynik. Taki efekt daje kopa motywacyjnego do dalszej pracy.

Wisła Płock wygrała na wyjeździe z Rakowem Częstochowa 1:2, fot. Wisła Płock S.A.

Czy wynik osiągnięty w pierwszej części sezonu nie rozbudził aż nadto apetytów? Pojawiły się głosy, że powinniśmy włączyć się do walki o puchary, zainwestować. Rozpoczęły się poszukiwania piłkarzy, którzy wyraźnie podnieśliby poziom zespołu. Okno się przeciągało, a zespół miał spore problemy na początku rundy.

Tak. Spore problemy z punktowaniem. Pracowałem w zespołach, które grały w pucharach i o puchary cyklicznie. Uważam, że żeby grać o puchary, przede wszystkim wymagana jest regularność punktowania. Jeżeli przez cały sezon ta regularność jest zachowana, wtedy dużo łatwiej o dobre miejsce. Natomiast żeby dziś marzyć o pucharach, musimy wrócić do regularności punktowania. Jeżeli nam się to nie uda, nie będziemy grali w pucharach. Tu nie ma co się oszukiwać. To bardzo prosta matematyka.

Dokładnie. Tak z perspektywy czasu, bo taka analiza jest zawsze łatwiejsza — czy zimą nie pomyśleliście już, że „musimy to zrobić, bo jest niepowtarzalna szansa”?

Ja może powiem bardziej o sobie, bo wydaje mi się, że zawsze w klubach, w których pracowałem, staraliśmy się uczestniczyć w tej części tabeli, żeby grać o puchary. I bardzo się cieszę, że w moim pierwszym sezonie w Wiśle Płock też taka sytuacja miała miejsce. Cieszę się, trener Misiura z zawodnikami wykonują tak świetną pracę, że doświadczamy smaku takiej rywalizacji. I nie ma się też co obawiać gry o puchary, bo to przywilej i niesamowite osiągnięcie dla każdego piłkarskiego klubu w Europie. Tak traktowałem moment po pierwszej rundzie i to spojrzenie, które właściwie cały czas mamy. Jeżeli dziś jesteśmy tak wysoko, to na podstawie naszej energii i fantastycznej pierwszej rundy postaramy się nie zamazać efektów wykonanej pracy.

Pięć porażek z rzędu to był trudny czas. Jak to wyglądało z pana perspektywy? Pojawiła się nerwowość?

Z mojej strony na pewno pojawiło się wsparcie dla trenera i piłkarzy. Uważam, że moment, przez który mogłem tu przejść z perspektywy dyrektora sportowego, był bardzo wyjątkowy. Mogłem poznać szatnię i sztab szkoleniowy na różnych płaszczyznach.

Pierwsza to wygrana z Koroną Kielce i niesamowite tętno u trenerów, którzy zadebiutowali w Ekstraklasie raptem chwilę wcześniej. Te obrazy zostają w głowie. Niesamowite momenty, kiedy kończymy rundę na pierwszym miejscu, a potem przechodzimy ze sztabem szkoleniowym, który miał raptem 20 meczów w Ekstraklasie, przez moment pięciu porażek z rzędu.

Z tego, co kojarzę, jesienią mieliśmy 12 meczów bez porażki. Potem przychodzi moment pięciu porażek i obserwujesz sztab szkoleniowy, piłkarzy, to, jak szatnia reaguje na taki moment i jak chce się z nim zmierzyć. Jak szuka rozwiązań, jak możesz im pomóc, żeby uspokoić sytuację i otoczyć wszystkich dobrym słowem, opieką, jeszcze większym poświęceniem, żeby mogli wrócić do grania. Generalnie bardzo się cieszę z tych sytuacji, bo one budują moje doświadczenie na przyszłość jako dyrektora sportowego. Zmierzyliśmy się z tymi pięcioma porażkami i po dwóch wygranych z powrotem znaleźliśmy się w górnej części tabeli. To automatycznie powodowało dużą emocjonalność — niby idziesz w dół tabeli, a potem wracasz i masz szansę zakończyć sezon bardzo dobrze. Powiem szczerze: to bardzo duże doświadczenie wyniesione z tego sezonu.

Najważniejszy jest pomysł i projekt 

Zdziwiły dyrektora wymagania finansowe zawodników w polskiej lidze?

Nie.

W polskiej piłce pojawiły się niesamowite pieniądze. Porównując obecne stawki z tymi sprzed kilku sezonów, różnica jest znaczna. To dziś inna Ekstraklasa pod względem finansowym.

Tak, pod tym względem to na pewno inna liga. Na rynku jest więcej pieniędzy i sądzę, że w przyszłym roku będzie ich więcej. Widać progres na liczbach, transferach w lidze, prawach telewizyjnych oraz popularności Ekstraklasy. Ekstraklasa będzie się rozwijać. Natomiast ja w żaden sposób nie oceniam tego, kto ile płaci i dlaczego tyle płaci. Każdy klub ma inne możliwości i budżety. Najważniejsze jest po prostu to, żeby rozwijać się jako klub, jeśli chce się być w Ekstraklasie i konkurować na najwyższym szczeblu. Nie tylko rozwijać pierwszą drużynę, ale cały klub — fundamenty, strukturę. Jednocześnie trzeba nadążać za rozwojem budżetu pierwszego zespołu. Nie ukrywajmy: pieniądze w piłce są bardzo ważne.

Simon Kuper i Stefan Szymański w „Futbonomii” udowodnili, że wyjątki się zdarzają, ale co do zasady w piłce nożnej wygrywają ci, którzy płacą najwięcej.

To widać na wielu płaszczyznach funkcjonowania współczesnej piłki, nie tylko naszej ligi, ale choćby w Champions League. I jest dokładnie tak samo, jak było pięć czy dziesięć lat temu. Nazwy klubów za bardzo się nie zmieniają.

Zdarza się, że kluby pokroju Ajaxu Amsterdam czasami się przebiją, ale to jeden sezon, rozbiórka i koniec.

Dokładnie tak. Jeżeli mówimy o cykliczności, trzeba sobie pewne rzeczy uzmysłowić. Uważam, że najważniejszy jest pomysł na klub i projekt, który można mądrze rozwijać. To daje gwarancję ciągłości pracy, a zarazem powtarzalności sukcesów. Myślę, że z perspektywy mojego dzisiejszego dnia w Wiśle Płock, jeśli klub będzie sezon po sezonie w pierwszej części tabeli, to będzie to bardzo bardzo dobre osiągnięcie na poziomie Ekstraklasy, adekwatne do możliwości finansowych.

fot. Tomasz Miecznik/Portal Płock 

Czy odejście Andriasa Edmundssona zimą było nieuniknione?

Bardzo trudne pytanie. Składa się na to wiele wątków.

Z mojej perspektywy są takie momenty w życiu piłkarza, które decydują o tym, jak duża jest chęć dalszej współpracy. Jeżeli ktoś jest bardzo gotowy na kolejny krok i pokazuje ku temu determinację, to mimo że mam poczucie, iż w krótkim czasie bardzo trudno zastąpić kogoś takiego jak Andrias Edmundsson — zwłaszcza po zakończonym już praktycznie okienku transferowym w Europie — jest to moment, z którym trzeba się zmierzyć. Odejście Edmundssona do Werony było momentem, w którym musieliśmy jak najszybciej zbalansować emocje w szatni.

Pierwszy mecz zagraliśmy z Rakowem Częstochowa przy minus 13 stopniach. Była super determinacja i ten moment związany z Edmundssonem nie był jeszcze aż tak odczuwalny dla zespołu. Kolejne tygodnie już były. I myślę, że dużą sztuką dla trenera i całego sztabu było wyjście z tego momentu, kiedy przyszły porażki, oraz odnalezienie się w rzeczywistości, w której tego piłkarza już z nami nie ma.

Czy powrót Wiktora Nowaka do Górnika Zabrze jest nieunikniony? Wisła ma tu bardzo słabe karty, ale rozmawiać zawsze warto.

To prawda. Transferując Wiktora, nie było w ogóle przestrzeni, żeby znaleźć rozwiązanie dotyczące wykupu zawodnika. Mimo tego zdecydowaliśmy się budować zespół z Wiktorem i myślę, że z perspektywy czasu na 100 procent podjęlibyśmy dokładnie taką samą decyzję, bo budując zespół, trzeba też urealniać swoje możliwości. Przede wszystkim ten transfer dawał nam możliwości sportowe.

Natomiast czy Wiktor odejdzie? Myślę, że mamy małe szanse na jego zatrzymanie, mimo lokalnych przywiązań. Podchodzę do tego realnie, ale powalczymy do samego końca o Wiktora.

Prawda jest taka, że w Górniku Zabrze Wiktor Nowak był kolejnym zawodnikiem, daleko poza pierwszym wyborem. Nie był do końca chciany latem w Zabrzu, przyszedł do Płocka do pracy z Mariuszem Misurą, z którym współpracuje od lat, i to Wisła dała mu rozwój. Rozumiem, że Górnik ma kontrakt i nie musi się nikogo o nic pytać, ale czy jest jakieś pole do rozmów? Jak sam zawodnik na to reaguje?

Cały czas jesteśmy w kontakcie z Wiktorem oraz jego otoczeniem. Wiktor ma świetne liczby, naprawdę świetne jak na pozycję, na której gra. Przy tak dobrych głębokich statystykach myślę, że trudno będzie go dalej utrzymać w Płocku, a być może i w polskiej lidze. Jednakże tak jak wcześniej wspomniałem rozmawiamy o wspólnej przyszłości z Wiktorem.

Pewnie żaden klub w Polsce tyle nie zapłaci. Słyszę, że na każdym meczu przy Łukasiewicza 34 siedzi wielu skautów, w tym z czołowych lig europejskich.

Oczywiście. Nie sposób przejść obok tego obojętnie. Dzisiaj piłka jest tak zobrazowana w liczbach, do tego dochodzi wiek piłkarza — Wiktor ma dopiero 21 lat. Jeśli ktoś pracuje w klubie sportowym, ma dostęp do pewnych narzędzi analitycznych i pewne rzeczy można bardzo szybko wyłapać.

Trener Misiura mówi, że Wiktor Nowak jest gotowy na grę w Europie, czyli co trzy dni. To dyrektor chce powiedzieć?

Myślę, że jest jeszcze nieoszlifowany, ale ma predyspozycje do gry w piłkę na bardzo wysokim poziomie. Ma wiele cech na wysokim poziomie, które uprawniają go do grania w ligach TOP 5. Nie ma się co oszukiwać, widzę, co dzieje się w moim telefonie. Podobna sytuacja była z Andriasem Edmundssonem, który też generował świetne liczby. To są naturalne rzeczy. Myślę, że przed Wiktorem wiele dobrego w piłce. Najważniejsze, aby w wieku którym jest optymalizował kroki swojego rozwoju.

fot. Tomasz Miecznik/Portal Płock

Czy takie kluby jak Wisła Płock powinny dziś funkcjonować w ten sposób, że wyszukują młodych zawodników, 16–17-letnich, stawiają na nich i po dwóch, trzech latach próbują ich sprzedać? Widzimy choćby, co Jagiellonia zrobiła z Oskarem Pietuszewskim. Tylko to wymaga inwestycji, bo wiemy też, jakie są wymagania finansowe takich utalentowanych zawodników. Czy to jest model pracy dla klubu ze średniej półki?

Na pewno tak. Powiedziałem wcześniej, że nie możemy dziś patrzeć na Wisłę Płock tylko przez pryzmat tego, że mieliśmy świetną pierwszą rundę albo że kręcimy się w górnej części tabeli, bo to jest wynik pracy pierwszego zespołu. Natomiast żeby to trwało i żeby klub się rozwijał, trzeba cyklicznie inwestować — w scouting, akademię. To są przestrzenie, na których w dłuższej, ale też krótszej perspektywie można zrobić różnicę. To dwa departamenty, które mimo początkowej inwestycji w dłuższej perspektywie przynoszą największe zyski. My jako klub możemy się tutaj rozwijać.

Samo położenie Płocka jest dobre. Miasto leży pomiędzy centralną a północną Polską, więc to bardzo duży obszar do znalezienia perspektywicznych chłopaków. Natomiast to wymaga inwestycji i spojrzenia w kierunku wykorzystania dynamiki, którą dziś mamy w klubie. Tak jak zauważyłeś, to moment, w którym ja przynajmniej nie chciałbym, żebyśmy wszystko zrzucali na trenera Misiurę. Chciałbym, żebyśmy stwarzali możliwości płynnego rozwoju klubu, żeby było czuć, że kierunek inwestycji jest słuszny i dobry, co skutkuje mądrym rozwojem Wisły Płock i korzyściami za rok, dwa czy pięć lat.

Mówimy tutaj o inwestycjach w infrastrukturę czy ludzi?

W ludzi. Infrastruktura jest OK.

Drugi zespół nadal gra swoje mecze na sztucznej murawie i uważm, że to problem.

Może inaczej: jest przestrzeń, żeby coś poprawić i ulepszyć. Dookoła stadionu mamy na dobrą sprawę cztery boiska. To bardzo dużo. Jeśli podniesiemy ich jakość, to naprawdę będzie super. Uważam, że na obecnym etapie rozwoju Wisły to naprawdę dobra baza.

Mówię o stworzeniu „off the pitch team”, który jest dla mnie kluczem i sercem klubu.

Tak zwani ludzie z cienia.

Ludzie z cienia wykonują ekstremalnie żmudną pracę. Są pasjonatami, którzy po prostu lubią odkrywać talenty, budują i stwarzają możliwości rozwoju dla piłkarzy. Cieszą się tym i wydaje mi się, że jeśli ten off the pitch team będzie na bardzo dobrym poziomie, to sam Płock jako region bardzo na tym skorzysta. Dziś na poziomie Ekstraklasy nie ma zbyt wielu chłopaków z Płocka.

To prawda.

I gdyby nie było awansu, byłoby ich jeszcze mniej.

Oprócz Wisły jest jeszcze Adam Radwański w Zagłębiu Lubin i to chyba tyle.

A miasto ma ile? 110 tysięcy mieszkańców? Plus region — widzimy, że mamy chłopaków z okolic, jak Wiktor Nowak i Bartek Borowski. Jeśli to wszystko zbierzemy i będziemy pracować cyklicznie, będą z tego owoce.

Nie jest pan pierwszym dyrektorem sportowym, który mówi mi o potrzebie rozwoju działu scoutingu, a on nadal po dekadzie Wisły w Ekstraklasie, z dwuletnią przerwą, jest jednoosobowy. Siedzi Arek Stelmach, który zresztą odpowiada też za drugi zespół. Tego działu jak nie było, tak nie ma.

Może nie jestem pierwszy, może też nie ostatni, ale jestem osobą, która budowała takie działy w różnych klubach i która wywodzi się z piłki młodzieżowej. [Radosław Kucharski zaczynał jako skaut — red.] Budowałem dział skautingu w jednym i drugim klubie. Wiem, jak jest to istotne, ważne i przyszłościowe, ale też potrzebne tu i teraz. Mam nadzieję, że kiedyś, wychodząc z tego klubu, zostawię po sobie bardzo dobrze działający dział skautingu.

Trzymam za słowo! Porozmawiajmy o kadrze Wisły, która jest mocno oparta na zawodnikach wypożyczonych. Jakie dziś są szanse na zatrzymanie Żana Rogelja? Osobiście uważam, że to bardzo udany ruch, ale na tę chwilę Słoweniec 30 czerwca wraca do Belgii.

W tym przypadku sytuacja została wynegocjowana jeszcze przed podpisaniem kontraktu. Jest umowa z klubem i mamy termin, do którego musimy podjąć decyzję. Jeżeli będą możliwości finansowe, żeby ten transfer zrealizować, to Żan zostanie z nami na następny sezon. Ja też jestem z niego bardzo zadowolony, zresztą tak samo jak z całego zespołu. Uważam, że stworzyliśmy sztabowi szkoleniowemu wiele możliwości i w momentach, gdy zderzamy się z kontuzjami czy zawieszeniami, mamy chłopaków na tyle uniwersalnych, że mogą płynnie wchodzić do zespołu.

Z wypożyczonych jest jeszcze Dion Gallapeni z Widzewa Łódź. Tu też Wisła ma opcję pierwokupu, choć wiem, że kwota jest sporo wyższa. To jednak młody zawodnik, reprezentant Kosowa, otarł się o wyjazd na mistrzostwa świata, ma liczby w Ekstraklasie i wygląda na to, że dobrze wprowadził się do zespołu.

Z mojej perspektywy chciałbym, żebyśmy mieli obu tych chłopaków na następny sezon. Uważam, że wahadła mamy na naprawdę wysokim poziomie. Do tego dołączy do nas Michał Król, który też ma powtarzalność na poziomie Ekstraklasy. Dion jest z tej grupy najmłodszy, rocznik 2004. Przez kilka tygodni pokazał, że ma bardzo duży potencjał ofensywny. Jeśli będą możliwości skorzystania z zapisów, to… mamy dobre wahadła na kolejny sezon.

fot. Tomasz Miecznik/Portal Płock

Mamy też sporą grupę zawodników, którym 30 czerwca wygasają kontrakty — Dominik Kun, Fabian Hiszpański, Nemanja Mijusković, Quentin Lecoeuche czy Iban Salvador. Rozmowy już się toczą?

Na tę chwilę nie. Przy niektórych zawodnikach mamy możliwość podjęcia decyzji do końca maja — są opcje kontraktowe pozwalające automatycznie przedłużyć umowę. Na dziś rozmów jeszcze nie ma.

To decyzja podjęta ze względów sportowych czy ma na to wpływ zamieszanie związane ze sprzedażą części akcji klubu?

Nie odnoszę się do tematu sprzedaży akcji klubu. Jestem pracownikiem Wisły Płock, nie mam na to żadnego wpływu ani wiedzy.

Przede wszystkim najważniejsza zawsze jest relacja i analiza piłkarza przez sztab szkoleniowy. Jesteśmy w trakcie dogłębnej analizy każdego zawodnika.

Ta grupa jest spora, czyli przed całym pionem sportowym dużo pracy. Niektórzy mogliby mieć już gdzieś podpisane kontrakty.

Oczywiście każdy z tych piłkarzy już 1 stycznia mógł podpisać kontrakt, ale nie mamy takich sygnałów. Nikt nie przyszedł do nas i nie poinformował o zmianie pracodawcy. Zresztą widać po chłopakach, że w każdym meczu staramy się uzyskać jak najlepszy rezultat. Myślę, że każdy z nich — zarówno w oczach pracodawcy, klubu, jak i dla samego siebie — jest na tyle zaangażowany w ten projekt emocjonalnie, sportowo i pod każdym innym względem, żeby końcówkę ligi rozegrać jak najlepiej. Widać to na treningach, widać to w meczach, bo dziś mierzymy się z takim momentem, że jako sportowiec chcesz osiągnąć jak najlepszy rezultat dla siebie. Obserwuję tych chłopaków i nie mam poczucia, że ktoś nie chciałby grać dla Wisły Płock w następnym sezonie. Mówię konkretnie o grupie zawodników, którym kończą się kontrakty.

I nie mam też takiego poczucia, że osoby będące tutaj na wypożyczeniu, nad którymi nie mamy kontroli na przyszły sezon, nie chcą zdobywać punktów dla Wisły. Myślę, że jest wręcz odwrotnie. Czy to Nowak, czy Sarapata, czy Matchoi Djalo — każdy chce łapać minuty, każdy chce zaistnieć w oczach trenera i wyjść na najbliższy mecz w pierwszej jedenastce.

Wspomniał dyrektor o Matchoi Djalo… Mówiło się, że ma potencjał na zostanie gwiazdą ligi i przyznam szczerze, że też dużo się po tym zawodniku spodziewałem, a jednak jest klapa.

Ja nie powiedziałbym, że to klapa. Powiem tak: wszystkich piłkarzy, w których transferach uczestniczyłem — a to naprawdę bardzo duża grupa, bo zrobiliśmy 17 transferów — będę analizował po sezonie razem z trenerem i całym sztabem.

To podsumowanie będzie dla mnie bardzo ważnym momentem. Słuchając wniosków, patrząc na statystyki i na to, co osiągnęliśmy z danym piłkarzem, jeśli dobrze przeprocesujemy ten okres i wyciągniemy odpowiednie wnioski przed następnym okienkiem, mamy szansę zrobić jeden czy dwa kroki do przodu.

Przyszły sezon będzie takim samym wyzwaniem

Wielu ekspertów wskazuje, że drugi sezon dla Wisły Płock będzie trudniejszy. Tak zazwyczaj jest w przypadku beniaminków. Prawdopodobnie odejdzie między innymi Wiktor Nowak, cały czas jest też niepewna sytuacja na kilku pozycjach. Skonstruowanie kadry mogącej rywalizować w Ekstraklasie z dzisiejszej perspektywy wydaje się dużym wyzwaniem. Czy są już przemyślenia, co trzeba zrobić — oprócz pozyskania Michała Króla — żeby zabezpieczyć Wisłę Płock na kolejny sezon?

Nie sądzę, żeby to było większe wyzwanie niż rok temu. Powiedziałbym nawet szczerze, że będzie dokładnie takim samym wyzwaniem.

Czyli skala wyzwania nadal jest ogromna.

Oczywiście. Generalnie uważam, że budowanie zespołu w każdym sezonie zawsze jest wyzwaniem. Wprowadzamy nowych piłkarzy i nigdy nie mamy pewności, czy zaadaptują się w danym momencie swojej kariery i jak wejdą do Wisły Płock. Natomiast myślę, że naszą dużą siłą będzie to, że jesteśmy już rok z tą grupą — zarówno piłkarzy, jak i sztabu. Mamy swoje sposoby dotyczące Ekstraklasy, jej wymogów i tego, co zrobić, żeby im sprostać. To na pewno będzie trudne.

Nie chodzi nawet o to, że to będzie drugi sezon. Już w pierwszym widzimy w tabeli, że beniaminkowie mają ogromne problemy, by utrzymać się w Ekstraklasie. Może na koniec będzie inaczej, ale dziś wygląda na to, że Wisła Płock będzie jedynym beniaminkiem, który zostanie w lidze.

Natomiast na pewno drugi sezon, tak samo jak każdy kolejny, będzie bardzo podobnym wyzwaniem. Trzeba się z tym mierzyć i nie ma się czego bać, bo sama praca w Ekstraklasie jest przyjemnością.

Ja nie twierdzę, że mamy usiąść, płakać i załamywać ręce, że Legia czy Widzew wyciągną wnioski i się wzmocnią, tylko zakasać rękawy i pracować. Czy to, że już w połowie kwietnia mamy pewne utrzymanie, daje pewien komfort? Plany na pewno tworzone są wcześniej, część decyzji można już podejmować. Cracovia jest dziś w zupełnie innym miejscu, bo nie wie jeszcze, w jakiej lidze będzie grała, a Wisła Płock już to wie. To chyba jakiś handicap.

Na pewno to handicap, ale nie jest tak, że moje spojrzenie zmieniło się po utrzymaniu. Ono cały czas jest dostosowywane do momentu, w którym jesteśmy, i do tego, kiedy chciałbym, żeby Wisła Płock była gotowa na następny sezon. To zaczęło się już trochę wcześniej niż w kwietniu. Może jeszcze nie jest sfinalizowane, ale w dużej mierze zostało już wypracowane.

Na pewno moment, w którym wspólnie wewnątrz klubu podejmiemy decyzje dotyczące następnego sezonu — jeśli chodzi o naszych piłkarzy, zwłaszcza tam, gdzie są zapisy kontraktowe albo możliwości skorzystania z opcji wykupu — będzie już bardzo dużą odpowiedzią na pytanie, jak mocno ten zespół trzeba będzie przemodelować w oknie transferowym. Każda decyzja o tym, że nie będziemy mogli kontynuować współpracy z jakimś piłkarzem, będzie oznaczała jeszcze więcej pracy. Dochodzi kolejna przestrzeń działania. Każda dłuższa kontuzja w okresie przygotowawczym czy pod koniec sezonu również sprawi, że pojawi się następna praca do wykonania. Mamy jednak dużo pomysłów na to, jak chcielibyśmy, żeby zespół wyglądał w przyszłym sezonie. Myślę pozytywnie, choć na pewno będzie trudno.

Nie martwi was liczba kontuzji w tym sezonie, zwłaszcza w tej rundzie? Momentami trener Misiura musi wręcz szyć skład. Kadra może i jest szeroka, ale jednak te braki się pojawiają.

Najtrudniejszy moment jest wtedy, gdy na jednej pozycji mamy jednocześnie kontuzję i kumulację kartek. Wtedy bardzo ciężko to zastąpić i mimo że kadra jest w miarę szeroka, wiadomo, że w trakcie meczu najważniejsze jest utrzymanie intensywności i jakości wszystkich piłkarzy, którzy pojawiają się na boisku.

Podchodzę do tego szeroko, bo za każdą kontuzją stoi konkretna informacja — dlaczego się pojawiła, jaki to rodzaj urazu i czym jest spowodowany. Inaczej wyglądają kontuzje mięśniowe, a inaczej mechaniczne, które też mieliśmy w trakcie sezonu. Przykład Łukasza Sekulskiego, gdzie była obręcz barkowa, czy teraz Kyriakosa Savvidisa — to kontuzje, na które nie mamy większego wpływu. Czasami są to po prostu wypadki losowe czy zderzenia z innym piłkarzem i trzeba z tym żyć.

Natomiast tam, gdzie możemy pomóc, przewidzieć kontuzję albo zatrzymać piłkarza w treningu, gdy ma zwiększone ryzyko urazu, to jest moment, w którym — korzystając z wiedzy trenera przygotowania fizycznego — trzeba pewne rzeczy zahamować i dać zawodnikowi odpocząć, żeby uraz nie stał się poważniejszy.

Na pewno ciężko się tym zarządza, ale to część piłki nożnej i sportu zespołowego. W momencie, w którym nie możemy skorzystać z Jimeneza, Savvidisa czy umiejętności Sekulskiego, ktoś inny bardzo ciężko pracuje na swoją szansę, żeby wykorzystać ten moment i pokazać trenerowi, że jest gotowy.

Od kontuzji w sporcie nie uciekniemy. Czy to będzie ten sezon, czy przyszły — one zawsze będą się zdarzać.

fot. Tomasz Miecznik/Portal Płock

Trener Mariusz Misiura chce mieć cztery „dziewiątki” w swoim zestawieniu, bo dwie wystawia i chce mieć możliwość zmian, ponieważ te „dziewiątki” muszą bardzo mocno pracować w pressingu. Tych nominalnych napastników, powiedzmy naciągając trochę Jime i Ibana Salvadora, jest nawet sześciu, a czasami przychodzi co do czego i musi tam grać Kevin Custović, bo Giannis Niarchos kontuzjowany, Deni Jurić kontuzjowany, teraz nie ma Saida Hamulicia… Mamy pewność, że wróci na ostatnie mecze? Kumulacja kontuzji, zwłaszcza w ofensywie, jest duża.

Tak jest, ale jak mówię — to są sytuacje, z którymi też się mierzymy i uczymy się nimi zarządzać. Mamy mądrego trenera, który potrafi wykorzystać innych piłkarzy w momentach, gdy pojawiają się kontuzje. Nie znam trenera, który nie chciałby mieć wszystkich swoich zawodników do dyspozycji i pewnie nigdy takiego nie poznam. Tak samo nie znam dyrektora sportowego, który nie chciałby mieć wszystkich piłkarzy dostępnych.

Najważniejsze jest uczenie się organizmu piłkarza, zwłaszcza nowego zawodnika, i adaptowanie go do rytmu pracy. To duży sukces trenera, że w taki sposób do tego podchodzi, bo później ułatwia to funkcjonowanie całego mechanizmu. Nie sądzę, żeby w przyszłym sezonie nie było podobnych sytuacji. Jeden czy drugi zawodnik wypadnie, pojawią się kartki i trzeba będzie nieco inaczej poukładać któryś z obszarów zespołu na pewną część sezonu.

Generalnie zawsze podchodzę do tego tak, żeby analizować kontuzje — dlaczego się pojawiają, kiedy się pojawiają — bo pewne sytuacje można sobie zobrazować, zilustrować i lepiej poznawać konkretnych piłkarzy.

Piłka nożna to show biznes

Wisła Płock ma w tym sezonie bardzo wyraźnie określony styl. Gra w niskim pressingu, broni własnego pola karnego. Kilkukrotnie Wisła próbowała bardziej ofensywnej gry, między innymi na Legii, gdzie dobrze się to oglądało, ale skończyło się porażką, co się zdarza. Jakie macie odczucia przed kolejnym sezonem? Bo rozumiem, że na te trzy ostatnie mecze nie ma sensu wywracać systemu do góry nogami, ale czy będziecie pracować nad tym, żeby futbol był trochę bardziej atrakcyjny dla oka? Czy jednak taki jest styl, takie są możliwości i tak będziecie grać?

Patrząc na ten sezon, gramy pragmatyczny futbol i futbol adekwatny do tego, żeby stworzyć sobie możliwości osiągania założonych celów. Przede wszystkim nie możemy być romantykami na boisku, jeśli ten romantyzm ma nas pokonać. Z całą pewnością chciałbym, żeby ten zespół swoją atrakcyjnością tworzył więcej sytuacji bramkowych. Myślę, że każdy by tego chciał, bo pracujemy w show-biznesie.

Każdy chciałby, żeby zespół grał ładnie, atrakcyjnie i wygrywał, ale czasami po prostu się nie da.

Tak jest. Jak mówiłem — to show-biznes. Fajnie mieć przyjemność z oglądania, ale z pewnością każdy kibic przede wszystkim chce aby jego drużyna wygrywała. W tym konkretnym sezonie graliśmy i nadal gramy bardzo pragmatycznie. Jeśli będziemy przebudowywać nasz sposób gry, musimy robić to na tyle umiejętnie, żeby wykorzystać potencjał ludzi, których mamy dziś do dyspozycji. Nie jestem osobą — i myślę, że trener Misiura tym bardziej — która skacze z kwiatka na kwiatek. To nie jest tak, że dziś gramy w jeden sposób, a w przyszłym sezonie wywrócimy wszystko o 180 stopni. To nie zadziała. Moglibyśmy się spotkać w listopadzie czy grudniu i okazałoby się, że rozmawiamy z perspektywy zespołu, który zamiast być w górnej części tabeli, szoruje po dnie.

Przede wszystkim trzeba zachować realność, żeby realizować cele założone w klubie.

Przed nami trzy finały do końca sezonu. Dwa mecze u siebie i finał finałów w Poznaniu. Jakie ma pan odczucia przed ostatnimi dwoma tygodniami Ekstraklasy?

Jak już mówiłem — jeśli chce się o coś grać, trzeba przede wszystkim regularnie punktować. Jeżeli ma się tego świadomość, pozostaje wejść na wyżyny i grać dużo lepiej niż w tej rundzie. To była dla nas duża huśtawka — przegrywaliśmy zdecydowanie więcej meczów, niż wygrywaliśmy. Jeżeli chcemy wrócić i być dumni z tego sezonu, trzeba do samego końca walczyć i wrócić do punktowania z pierwszej rundy.

Ja nie patrzę na trzy mecze. Patrzę na najbliższy mecz z perspektywy zespołu. Wydaje mi się, że spotkanie z Motorem Lublin jest dla nas bardzo ważne w kontekście kolejnych meczów i emocji, które będą nam towarzyszyły.

Może brzmi to bardzo racjonalnie i chłodno, ale właśnie tak do tego podchodzę. Dzisiaj dla mnie mecz z Motorem będzie odpowiedzią na pytanie, o co walczymy w tym sezonie.

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo