Reklama

Reklama

Opisał nasze miasto. Książka już w księgarniach

Opublikowano: sob, 22 paź 2016 06:06
Autor:

Opisał nasze miasto. Książka już w księgarniach - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości - Nie przejmowałem się tym, jaki wyłoni się obraz miasta, czy będzie on dobry, a może zły, ktoś będzie urażony - tłumaczył Filip Springer, autor zbioru reportaży "Miasto Archipelag". Opisał także Płock. - Na okładce książki widnieje moje imię i nazwisko. Jeśli ktoś bierze ją do ręki, to zgadza się, aby spojrzeć na te wszystkie historie moimi oczami.

Reklama

- Nie przejmowałem się tym, jaki wyłoni się obraz miasta, czy będzie on dobry, a może zły, ktoś będzie urażony – tłumaczył Filip Springer, autor zbioru reportaży „Miasto Archipelag”. Opisał także Płock. - Na okładce książki widnieje moje imię i nazwisko. Jeśli ktoś bierze ją do ręki, to zgadza się, aby spojrzeć na te wszystkie historie moimi oczami.

O Płocku i niekoniecznie tylko o Płocku, chociaż z drugiej strony te historie miały posłużyć za lustro. Historie opisane przez Filipa Springera mogły wydarzyć się równie dobrze w różnych miastach bez wskazania na żadne konkretne. Akurat książka „Miasto Archipelag” to kompilacja, subiektywne zestawienie zebranych elementów z podróży po 31 byłych miastach wojewódzkich, w tym świadectwo jego obecności w naszym. Autor podróżował od jednego do drugiego punktu na mapie, zbierając materiał, który najpierw ukazał się na blogu. Równocześnie można było o tym usłyszeć w radiowej Trójce. A teraz, kiedy książka już figuruje w rankingach sieci księgarskich, ponownie zjawił się w piątek w Płocku, spotkał ze swoimi bohaterami i czytelnikami w księgarni „Czerwony Atrament”. Także i to miejsce umieścił w jednym z rozdziałów. O Płocku poczytamy w sumie w dwóch, przy czym te są skrajnie różne, pisane z innej perspektywy.

[ZT]11615[/ZT]

Na spotkanie ze Springerem przyszło sporo osób. Księgarnia przy Kolegialnej to małe miejsce, ale dzięki temu wszystko jest bardziej kameralne, w sam raz do snucia opowieści. Pierwsze pytania były tak wysterowane, aby dotyczyły Płocka. Zaczęło się od tematu wyludnionej starówki.

- Odnoszę wrażenie, jakby w tym mieście ciągle były niedziele, nic się nie działo, co nie znaczy, że tak faktycznie jest. Nie widać ludzi na ulicy. Jakby napotkać jedną osobę i pójść za nią, nie spotkałoby się po drodze nikogo innego – rozpoczął rozmowę właściciel „Czerwonego Atramentu” Krzysztof Blinkiewicz. Springer odpowiadał:

Najtrudniejsze są niedziele

- W Białej Podlaskiej śledziłem jednego, schludnie ubranego pięćdziesięciolatka. Zabijał czas przechadzką. Było tak pusto, że niemal odnosiło się wrażenie, jakby było się samemu na świecie. W niedzielę ludzie wyjdą z domu do kościoła i wracają. Odwołuje się seanse w kinach, bo nie ma komu usiąść w fotelach. 

Według Springera miasta możemy podzielić na codzienne albo na weekendowe, także na takie wielkanocno-bożonorodzeniowe, pierogowe, bo na te pierożki chętnie wraca się do domu na święta. - Myślę, że wy plasujecie się pomiędzy codziennym a weekendowym, przepływ między wami a Warszawą odbywa się pod koniec tygodnia. To wszystko wynika m. in. z tego, że upatruje się szans na życie w innym miejscu, a z kolei ci, którzy wrócili, muszą się tłumaczyć jakby w życiu im coś nie wyszło, a często bywa wręcz przeciwnie. Mamy taką kliszę. Zaraz generalizujemy, że pewnie ponieśli porażkę, wielki świat kopnął ich w tyłek. Lokalne władze wydają krocie na promocję, zamiast skupić się na tym, by ludzie stąd nie wyjeżdżali. Moje ulubione hasło to „Przemyśl. I przyjedź” - drwił. Również te nasze „Płock zero dryfu” albo „Płock wrażeń moc” raczej go nie zachwyciły.

Nawiązywał do reformy, kiedy liczba województw z 49 utworzonych w 1975 roku skurczyła się zaledwie do 16. - Miała być decentralizacja, a wyszła centralizacja. Rząd obiecał w ramach rekompensaty pakiet pomocowy, tworzenie Państwowych Wyższych Szkół Zawodowych. Pamiętam, jak premier Jerzy Buzek zapewniał, że będzie dobrze. Na sali gruchnął śmiech, bo wszyscy wiedzieli, że utworzenie PWSZ-ów to rzucony ochłap. Te mniejsze miasta odstawiono na boczny tor. Z drugiej strony nie można wiązać utraty tego statusu ze wszystkimi nieszczęściami i bolączkami, dotyczącymi regionu. Upadek kopalni w Wałbrzychu nie ma nic wspólnego z tym, że miasto nie jest już stolicą województwa, chociaż znajdą się tacy, co tak uważają. Obietnice utworzenia województwa to taki kotlet podrzucany przed wyborami, który lokalni politycy radośnie podgrzewają w mikrofalówce.

Springer mówi wprost „chcesz dowiedzieć się czegoś o Płocku, to kup książkę o Płocku”. Lepiej nie traktować wydawnictwa „Miasto Archipelag” jak vademecum. Bez względu na to, ile miejsca poświęcił konkretnemu miastu, a dla nas zostawił go całkiem sporo. Śmieje się nawet, że w recenzjach wytykają mu teraz ilość poświęconego miejsca dla jakiegoś miasta, jakby ta miała być nieadekwatna do liczby mieszkańców, bo tak, w dodatku błędnie, niektórzy zakładają. - Może to skutek zaniedbania w ogólnopolskim przekazie, stąd kompleksy - dodawał.

Uderzyło go w gębę…

Po co ruszył w trasę? Po części po to, aby pokazać, że warto jeździć do mniejszych miast. W ten sposób dotarł również do nas. - Zacząłem się szwendać. Wiedziałem, że macie skarpę, ale nie spodziewałem się takiej!. Człowiek wydawał się z tej wysokości maleńki. To uderzyło mnie w gębę jako pierwsze. Potem zobaczyłem genialny budynek katedry Mariawitów. Odbyłem cały cykl spotkań. Właśnie to jest najlepsze w reportażu, że nie trzeba niczego wymyślać. Sam nie wymyśliłbym historii o kobiecie szyjącej skrzydła do tańca brzucha. Michał Nogaś z radiowej Trójki ogłosił na antenie, że Springer dotarł do Płocka. Powiedział, że można zgłosić chęć pomocy na Facebooku. Na profilu po prostu się zagotowało. Tylko obiadu nikt mi jakoś nie zaproponował – śmiał się. W każdym mieście spędzał od trzech do czerech dni.

Przygotowanie do wydania przypominały zbieranie klocków w jedną całość. Tyle że on najpierw porozkładał wszystkie na podłodze, aby ułożyć je na nowo odsączając z ewentualnych powtórek. Czasem ktoś do niego podejdzie, by powiedzieć „moje miasto nie jest takie, jak pan opisał, reszty nie przeczytałem, zresztą już nie zamierzam”. Reportażysta tłumaczy, że te historie miały być uniwersalne. I tak ucieszył się, bo całość wyszła bardziej pozytywnie niż oczekiwał. - Dyskutowaliśmy w wydawnictwie o wymowie książki. Powiedziałbym, że jakieś 63 proc. zawiera elementy negatywne, a pozostałe 37 pozytywne, a to nie jest moja najstraszniejsza książka.

Na koloryt opowieści wpływała pogoda. W części o Płocku dziwi się, że wieje u nas jak nad morzem. Im szybciej przemieszczał się z terenu przy Orlen Arenie w stronę starówki, tym barwy stawały się bledsze. - Tak to zobaczyłem – rozkładał ręce. - Redaktorka na czerwono podkreślała później słowa „wiatr” i „deszcz” - mówił w piątek w „Czerwonym Atramencie”. - W jednej z recenzji nawet napisano, że wyszło pesymistycznie, bo gdyby Springer podróżował wiosną, to książka wyszłaby zupełnie inna – spuentował tę część rozmowy Krzysztof Blinkiewicz.

Naszego gościa na próżno można pytać o „najfajniejsze lub najbardziej przygnębiające miejsca” w kraju, on i tak nie poda nazw. - Nie chcę się narażać – bronił się. Twierdził, że można to jednak wyczuć w tekście. Najlepsze byłoby zlepkiem wielu innych, chociażby mostu z Włocławka, płockiej skarpy. Z Leszna byłby to porządek. Zobaczył tam sprzątających panów „szczypczykami”, a mimo wszystko i tak narzekano. Usłyszał, że dawniej było lepiej, ponieważ jeździli także w... niedzielę.

W mniejszych miastach ludzie są fajniejsi!

Reportażysta uważa, że spora część Polski wygląda już tak samo, chociaż dostrzega wyjątki. W Przemyślu zachwala architekturę i przepiękne położenie, wymienia Wałbrzych, Słupsk czy Bielsko-Białą, drewniane chałupy na terenie Suwałk. Za często, jak sądzi, urzędnicy obiecują przeanalizowanie jakiejś sprawy, a później ta analiza, czy warto przesunąć jeden przystanek, trwa latami i potrafi zniechęcić do pracy na rzecz lokalnej społeczności. Na pocieszenie dopowiadał, że w tych mniejszych miejscowościach ludzie są „fajniejsi” niż ci z tych większych miastach. Nikt nie odmówił mu zdjęcia, nie miał pretensji, dostawał zaproszenia do domów. Mieszkańcy coraz częściej zdają sobie sprawę, że są kowalami własnego losu.

Może będzie to zaproszenie na obiad

Teraz dostaje wiadomości, że może najwyższy czas na jeszcze mniejsze miasta, które nie były stolicami województw. Według niego wyzwaniem byłaby opowieść o wsi, takiej prawdziwej, bez otoczki wykreowanej w serialach telewizyjnych. Nikt również nie napisał reportażu książkowego o korporacji. Na razie jednak powołano do istnienia fundację „Miasto Archipelag”, a książka stoi na półkach w księgarniach. Springer zdaje sobie sprawę, że maleje liczba odbiorców reportaży. - Jak sprzeda się 10 tys. egzemplarzy to super, jak 80 tys. to już prawdziwy hicior – powiedział na koniec spotkania nim ustawiła się do niego kolejka chętnych po autografy. On będzie wracał do kolejnych byłych miast wojewódzkich. - Może tym razem dostanę zaproszenie na obiad – zażartował. 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (7)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.