Reklama

Reklama

Kazik w Płocku. Była też... Mama Kazika

Opublikowano: wt, 22 gru 2015 00:47
Autor:

Kazik w Płocku. Była też... Mama Kazika - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości To był wyjątkowy wieczór i nie tylko dlatego, że zakończył się krótkim akustycznym koncertem w wykonaniu Kazika. Przypomniano jego ojca, Stanisława Staszewskiego, także z czasów imprez do białego rana. A wspominał oczywiście inżynier z Petrobudowy.

Reklama

To był wyjątkowy wieczór i nie tylko dlatego, że zakończył się krótkim akustycznym koncertem w wykonaniu Kazika. Przypomniano jego ojca, Stanisława Staszewskiego, także z czasów imprez do białego rana. A wspominał oczywiście inżynier z Petrobudowy.

Obrodziło nam w wydawnictwa związane z liderem Kultu, Kazikiem Staszewskim. Na poniedziałkowe spotkanie w Domu Darmstadt przyszło mnóstwo osób. - To ważne, że spotykamy się w jednym z miejsc, które odcisnęło niebagatelne piętno na życiu mojego ojca – mówił Kazik, który wraz z Przemysławem Lembiczem odwiedza różne miejsca w kraju. Trafili do Płocka, w którym przed laty Stanisław Staszewski pełnił funkcję głównego architekta miasta. Wcześniej, jeszcze przed wieczorem autorskim, odwiedzili tereny kombinatu. Spotkanie, podobnie jak wycieczkę, zorganizowało płockie Towarzystwo KULTuralne Przyjaciół Kazika.

W trójkącie życia, a może w czworokącie...

Kazik wpisał życie swojego ojca w trójkąt. - Najpierw pojechaliśmy do Pabianic, gdzie się urodził i spędził pierwszych osiem lat życia. Mój dziadek był tam dyrektorem podstawówki - później rodzina przeniosła się do Warszawy, a dalej, na początku lat 60., Staszewski ruszył do Płocka. Działał wtedy klub „Marabut”, zaczęła się budowa Petrochemii. A jeśli miałby powstać czworokąt, trzeba koniecznie dopisać Paryż.

Rodzice Stanisława Staszewskiego rozwiedli się, jego ojciec wyjechał z kraju już bez najbliższych.

60 godzin

Rafał Księżyk nie był przypadkowym gościem. Gdy zasiedli do wywiadu rzeki, miał już na koncie rozmowy z Robertem Brylewskim, Tymonem Tymańskim, Tomaszem Stańko. - Zazdrościłem im. Żałowałem, że mi nie przydarzy się taka okazja – ale się pomylił. Jakiekolwiek negocjacje można było pominąć. Ustalono tylko datę. - I słowo ciałem się stało, kiedy w październiku autobiografia „Idę tam gdzie idę” pojawiła się na rynku wydawniczym – opowiadał lider Kultu. Nagrano przeszło 60 godzin wywiadu. - Śmiało można postawić zarzut, że skoro były już inne książki, „Biała księga Kultu”, „Kult Kazika”, „Tata mimo woli”, to po co kolejna? Co tu jeszcze można nowego napisać? - a jednak dało się, tylko bardzo subiektywnie, co odróżnia „Idę tam gdzie idę” od pozostałych. Nieco też mniej miejsca poświęcono muzyce. Staszewski przyznaje, że to po prostu jego wersja historii, która nadal się toczy, a nie zbiór faktów. - Jeśli zdrowie dopisze, to chętnie spotkam się za 20 lat i powstanie ciąg dalszy. To bardziej stan rzeczy na teraz. Więcej we mnie namysłu niż energii, która miałem w wieku 30 lat. Chociaż wolałbym więcej energii...

Taki nieszkodliwy wariat

Kiedy jeszcze autobiografa czekała na przysłowiową kropkę nad „i”, już rozpoczęła się drobiazgowa selekcja materiałów do kolejnej książki, „Samotni ludzie. Wiersze i piosenki”. Kazik archiwizował w domu nagrania i materiały związane z ojcem. Pewnego dnia upomniał się o nie Lembicz. - Wyrzucić je byłoby zbrodnią, o ile nie grzechem śmiertelnym – uważał lider KULT-u.

Kazik nie był zresztą pierwszym wokalistą, który postanowił sięgnąć po twórczość Stanisława Staszewskiego. Był też Jacek Kaczmarski. - Uważa go za jednego z największych bardów XX wieku, ale z piosenkami taty przedobrzył – potem KULT nie miał łatwo z przełożeniem twórczości na język sześcioosobowego zespołu znajdującego się w szufladce z muzyką rockową. Na pierwszej płycie „Tata Kazika” zamieścili największe hity, słynną „Celinę”, „Baranka”, „Inżynierów z Petrobudowy”. - Druga płyta, „Tata 2”, okazała się dla mnie najdroższa – komentował, a to dlatego, że zapłacił w związku z nią najwięcej kar umownych. O jedną z piosenek upomniał się syn Jerzego Petersburskiego, o kolejną Kira Gałczyńska, córka poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Nie napisał ich Staszewski. Kazik sadził, że dwie płyty niemal całkowicie wyczerpią dorobek ojca, a tu niespodzianka. Skontaktowała się z nim koleżanka Staszewskiego, mieszkająca obecnie w Monachium. Podesłała parę zdjęć i kilka nowych piosenek. To był ten moment, kiedy dotarło do niego, że może ich być około setki.

Lembicz podkreśla, że w jego przypadku wszystko zaczęło się od hobby. Trafił na pracę magisterską poświęconą tekstom Stanisława Staszewskiego. - Studentka z Poznania wytknęła zawarte w nich błędy. Dostęp do nagrań był swobodny, tylko dźwięk kiepski, fragmenty porwane – dlatego, pełen wiary, że jest jeszcze coś więcej, zapukał do drzwi syna, Kazika Staszewskiego. Tym bardziej, że według niego „Tata mimo woli” w należytym stopniu nie wyczerpuje tematu. - Właśnie zbliżała się 90. rocznica urodzin Staszewskiego (urodził się 18 grudnia 1925 roku), dlatego zdecydowałem się niemal na misję samobójczą i poszedłem. Zacząłem mu wiercić dziurę w brzuchu o rękopisy i kasety, on tratował mnie trochę jak nieszkodliwego wariata – tyle że ilość mrówczej pracy do wykonania była zatrważająca. - Miałem pewne obawy przy rozpoczynaniu współpracy – przyznał muzyk. - Z natury jestem dość nieśmiały, wstydliwy w kontaktach z ludźmi. Tu musi być obopólne dostrojenie, aby taka współpraca zadziałała.

Rękopisów odnaleźli więcej niż maszynopisów. - Na pewnym etapie istniały obawy, że trzeba będzie zagiąć rzeczywistość. Broń Boże jednak coś dopisywać, prędzej żmudnie odszyfrować to, co nieczytelne – opowiadał Lembicz. Nie wiedzieli, w jaki sposób poukładać wiersze. - Postanowiłem zrobić zestaw przypominający program koncertowy. Zacząłem od mocnych, wyrazistych tekstów, potem dobrałem te bardziej refleksyjne, następnie grupę bardziej żartobliwych, aż powróciłem do poważniejszego tonu z mocną puentą.

Co ciekawe, poza czterema, reszta nie miała tytułów. I bynajmniej myli się ten, kto sadzi, że chodzi o te najbardziej spopularyzowane utwory. Akurat te dopisał zespół. Staszewski wiersze wpisał do zeszyciku, tam je ponumerował i podopisywał daty z myślą o wysłaniu ich do wydawnictwa. Zachowała się nawet odpowiedź od jednej z redakcji, że owszem, pewne zacięcie poetyckie przejawiają, ale nie są wolne od usterek. Staszewski, poza rękopisami i maszynopisami, sporządzał jeszcze takie szybkie ściągawki do śpiewania. Bywały inne wersje tego samego utworu. - Sam znam dwie wersje „Celiny” - twierdzi Kazik. Niektóre zostały tylko na kasetach magnetofonowych. Tak było z piosenką „A gdy będę umierał”. - Niektórzy rozpowiadają, że spisał ją na dzień przed śmiercią, a to zwykła plotka – kontynuował wykład Lembicz. - Zostawmy to, bo czy warto zmieniać legendę? - pytał retorycznie wokalista. - Niby tekst łatwy, znany, zachował się w dobrym stanie – ale jego uwagę przykuł wers z trzeciej zwrotki „piórko z głową poprawić”. Okazało się, już po przestudiowaniu obyczajów pogrzebowych w różnych częściach Polski, aby piosenka miała sens, wers powinien brzmieć: „wiór pod głową poprawić”. Wiór miałby pochodzić z heblowania trumny. Ewentualnie sypało się go w trakcie niesienia trumny na cmentarz.

To ja, inżynier z Petrobudowy

W spotkaniu brała udział mama Kazika, pani Krystyna. Pojawili się także znajomi jej byłego męża. Jednym z nich był Kazimierz Kokoszczyński. Przedstawił się, jako wzorzec słynnego inżyniera z Petrobudowy. - To mi pierwszemu ją odśpiewał i pokazał tekst. Wtedy trzeba było bardzo uważać ze względów politycznych. Dwadzieścia lat późnej, z okazji 20-lecia Petrobudowy, odśpiewałem ją publicznie znajomym z pracy. Bardzo przepraszam, nie było to wykonanie komercyjne, dlatego nie uważam, abym miał cokolwiek płacić. Stanisław Staszewski to był prawdziwy talent. Od ręki potrafił odegrać piosenkę, Kaziowi sporo z tego zostało – komplementował mężczyzna.

- Każde takie spotkanie wprowadza coś nowego – cieszył się z kolei Staszewski z tych opowieści. - Kiedy wyjechał, miałem cztery lata – potem opiekowała się nim mama z babcią. Tylko raz pojechał do ojca do Francji. - Miał tam małe mieszkanko, bez telewizora, ale za to pełne płyt i instrumentów. Stała gitara. Pamiętam cały stos egzemplarzy Charlie Hebdo. Niektóre z historyjek zawartych w komiksach wydawały się dziecku szokujące.

Wspominano sobotnie wieczorne imprezy u Staszewskiego. - Jak nie miałem montażu popołudniu, to przychodziłem – dzielił się swoimi wspomnieniami pan Kazimierz i Antoni Lorens. - Ludzie dzielili się na mniejsze grupy, tu inżynierowie, tam urzędnicy miejscy, ludzie z podwórka, Celina i jej siostra, wszystkich spajał Staszewski, który grał na gitarze jakąś piosenkę. Imprezy potrafiły przedłużyć się nawet do rana – a zdarzyła się nawet taka sytuacja, że jedna dziewczyna otworzyła drzwi do mieszkania sąsiadowi Staszewskiego „prawie topless”. Kokoszczyński potem pracował w Libii. - A tam, siedząc w głębi Afryki, włączyliśmy radio „Wolna Europa”. Odtwarzał jego piosenki Kaczmarski w swoim programie „Kwadrans Jacka Kaczmarskiego”.

Okazało się także, że Staszewski miał napisać przemówienie dla kandydata z Warszawy, Izydora Maćkowiaka, kiedy ten ubiegał się o funkcję sekretarza powiatowego partii. - Pospieszał Stanisława, ale i tak mu się nie udało, ponieważ miejscowi go nie chcieli i tak proza się nie przydała – chociaż ów Maćkowiak zgarnął fotel dyrektorski w PERN-ie. Albo inna historia. Skręcając na lewo od Domu Darmstadt, mieścił się zakład pogrzebowy. Wtedy nie było jeszcze samochodów, więc przy pogrzebach przejeżdżały kondukty konne. Staszewski opisał te „czarne kity na łbach” z opowieści mieszkającej nieopodal płockiej licealistki, w piosence „Dziewczyna się bała pogrzebów”.

Plany

17 stycznia zespół wchodzi do studia nagrywać nowy materiał. - Z 96 piosenek taty nagraliśmy 21, więc zostaje 75. Tym razem mam same teksty, do których trzeba będzie stworzyć muzykę. To odrębne zadanie, jakie sobie wyznaczyłem, po nagraniu płyty z Kultem.

Później zaśpiewał cztery utwory. Na gitarze akompaniował mu Lembicz. Na pierwszy ogień byli „Inżynierowie z Petrobudowy”, następnie wykonał „Celinę” i nieco mniej znany utwór „Zastanówcie się sami”. Na koniec zostawił cover. Zgarnęli gromkie brawa. Ustawiła się gęsta kolejka po autografy. - No to kiedy koncert w Płocku? - pytamy Kazika już po spotkaniu. Niestety, w najbliższym czasie nie wróci do nas z występami.

Więcej zdjęć w galerii:

Fot. Tomasz Miecznik / Portal Płock

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (3)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.