Reklama

Reklama

Hospicjum. Były tu śluby, chrzty…[WYWIAD]

Opublikowano: wt, 11 lis 2014 08:42
Autor:

Hospicjum. Były tu śluby, chrzty…[WYWIAD] - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości W hospicjum nie patrzy się na zegarek. Tu czeka się do końca na cud. Były tu już śluby i chrzty. A śmierć? Najważniejsza jest miłość, trzymanie dłoni w tych ostatnich chwilach. By nikt nie czuł się samotny. O hospicjum, umieraniu i nadziei porozmawialiśmy z prezesem stowarzyszenia Tomaszem Korgą.

Reklama

W hospicjum nie patrzy się na zegarek. Tu czeka się do końca na cud. Były tu już śluby i chrzty. A śmierć? Najważniejsza jest miłość, trzymanie dłoni w tych ostatnich chwilach. By nikt nie czuł się samotny. O hospicjum, umieraniu i nadziei porozmawialiśmy z prezesem stowarzyszenia Tomaszem Korgą.

Płockie hospicjum pod wezwaniem Św. Urszuli Ledóchowskiej jest jednym z najstarszych w kraju. Powstało w 1987 roku z myślą opieki nad cierpiącymi ludźmi w końcowym okresie ich życia. Obecnie znajduje się nim oddział dla osób apalicznych, w stanie śpiączki. Pomoc świadczy się dzieciom i dorosłym w stanach terminalnych również w domu (tzw. hospicjum domowe). Warunkiem takiej pomocy jest otrzymanie skierowania od lekarza lub z oddziału szpitalnego, ale najpierw to chory lub jego rodziną muszą wyrazić zgodę na taka opiekę, co nie należy do decyzji łatwych. Potem trzeba zjawić się z dokumentami.

W hospicjum pracują pielęgniarki zatrudnione w obu płockich szpitalach, z anestezjologii, z chirurgii. Ale żadna nie wejdzie na oddział ot tak sobie. Wszystkie musiały najpierw przejść specjalistyczne przeszkolenie, bo tego wymaga Narodowy Fundusz Zdrowia, z którym hospicjum łączy finansowy kontrakt.

Obecnie na oddziale stacjonarnym znajduje się 11 łóżek, po nowym roku ma być o jedno więcej. Jak przyznaje prezes hospicjum, Tomasz Korga, wiecznie występują nadwyżki. Krótko mówiąc, potrzeby zdążyły już przerosnąć realne możliwości stowarzyszenia. W niedzielę w katedrze odprawiono mszę za zmarłych w hospicjum. O umieraniu i nadziei porozmawialiśmy z Tomaszem Korgą.

Portal Płock: Od ilu lat pracuje pan w hospicjum?

Tomasz Korga: Praktycznie od samego początku. Proboszcz z katedry ogłosił w trakcie mszy, że właśnie powstaje grupa osób do opieki nad chorymi na raka. Oboje z żoną akurat byliśmy w kościele, choć to nawet nie nasza parafia. Tak to się zaczęło. Najpierw oboje zostaliśmy wolontariuszami. Chodziliśmy do chorych z reklamówkami, wszystko co trzeba rozwoziliśmy maluchem. Byłem też kierowcą karetki, mieliśmy taką z demobilu, co stała pod płotem. Codziennie przychodziłem po pracy tak po 15.00 i wsiadałem za kierownicę. Potem pani doktor Grażyna Przybylska-Wendt, od której wszystko się zaczęło, zrezygnowała, a ja przejąłem po niej obowiązki. I tak to trwa, chociaż czasami sam mówię do siebie „chłopie, daj sobie spokój, nie jesteś niezniszczalny”. Mnóstwo rzeczy naciera na nas, na które musimy mieć odpowiedź. Jakoś dalej trwać, być wyznacznikiem bezpieczeństwa dla naszych podopiecznych.

Czy zdarzały się takie prośby, kiedy ktoś już nie widział dla siebie szans, był załamany, chciał eutanazji?

Nigdy nie zdarzyła się taka prośba. Jesteśmy w stanie odjąć ból, ale bywają trudniejsze przypadki do spacyfikowania. Zawsze staramy się ulżyć w cierpieniu.

Przychodzi Pan codziennie do hospicjum?

Każdego dnia po południu, czasem na pół godziny, innym razem na kilka godzin. Różnie bywa, ale zawsze można się ze mną skontaktować telefonicznie. Jestem też kierownikiem w jednym z płockich domów studenta.

Bycie prezesem w hospicjum to bardziej praca czy misja?

Nie wiem czy to praca. Tak samo jak nie wiem, z jakiego powodu przychodzi na przykład Ania Wilczyńska, która także tu pracuje. Z pewnością, jeśli spojrzeć na to od strony organizacyjnej, jest to praca, ale kiedy stoi się w ramię w ramię z kimś, patrzy na łzy i ból, to już chyba nie. Kiedy przytula się członków rodzin… To już chyba misja. Nasza pani doktor Magdalena Kwiatkowska jest mądrą i rzeczową kobietą, choć nie wie, czy jej pacjent, którego dopiero co przyjęła na oddział, pobędzie z nami jeszcze kilka dni, czy dożyje do następnego czwartku. Ale wie pani, to będzie finał szczęśliwy, tylko w innym sensie. Ważne, by przebiegł spokojnie, bez bólu.

Potrafi się pan zamknąć w gabinecie, to wykonalne?

Nie, tu większość rzeczy dzieje się na korytarzu. Pielęgniarki, kiedy padają z nóg, idą do pokoju socjalnego.

Czy nie jest to praca przytłaczająca, także że trudno potem wrócić do domu, zresetować myśli?

Sam się zastanawiam, w jaki sposób można się zresetować. Może dają radę, bo pracują po kilka godzin, ale wiedzą, że następnego dnia znajdą się gdzieś indziej, wśród innych chorych na innym oddziale. W rozmowach jednak przyznają, że ślad pozostaje. One w domu w dalszym ciągu żyją chorymi.

To samo dotyczy wolontariuszy?

Każdy z nich musi przejść szkolenie. Pamiętam młodą kobietę, na początek przychodziła raczej regularnie, ale w końcu przestała, bo kiedy pewnego dnia wróciła do hospicjum, jej podopiecznej już nie było. Zostało tylko puste łóżko. Zbyt mocno związała się z nią emocjonalnie.

Czego najbardziej potrzebują chorzy?

Trzeba być z nimi, potrzymać za rękę. Nawet nic nie mówić. To nie żadne frazesy z książek. Nie istnieją lepsze lekarstwa.

Wiara, czy ona pomaga?

Bardzo rzadko się zdarza, aby ktoś nie pojednał się z Bogiem dobrowolnie przed odejściem. To nie kwestia żadnego strachu. Nasz kapelan jest bardzo cierpliwy. Pielęgniarki także rozmawiają. Kiedy trafi się do hospicjum, to jest ten moment, aby pogodzić się z bratem, z którym nie rozmawiało się od lat. Nadchodzi czas, by do niego zadzwonić.

Jaka panuje atmosfera w hospicjum?

To nie jest smutne miejsce, gdzie mówi się o śmierci. Dużą rolę odgrywa rodzina, która musi mieć pełną świadomość, co robi, oddając do nas chorego. Ułatwiają nam w ten sposób opiekę. Chociaż czasami trzeba układać rodzinne relacje na nowo. Nazywamy to etapem udawania. Niektórzy potrzebują czasu, aby do nich dotarło, czym jest hospicjum, gdzie oprócz zniesienia bólu trzeba wielokrotnie uporządkować swoje życie, zamknąć pewne rozdziały, zadbać o sprawy majątkowe. Bywa, że rodzina unika takich rozmów, nie chce skorzystać z pomocy, mając do dyspozycji dwóch psychologów. Ważne, aby tego czasu nie zmarnować. Niestety, choroba nieraz sama nie daje szans, tak błyskawicznie postępuje. Chory ma bardzo krótkotrwałe stany przytomności.

Więcej jest przypadków wyparcia czy pogodzenia się z losem?

Powiedziałbym, że 50 na 50.

Mało mówimy o hospicjum. Jakbyśmy chcieli o nim zapomnieć, więc unikamy, bo tak łatwiej. Bo to, co pozostaje po człowieku, to tylko puste łóżko.

Borykamy się z presją, aby być wiecznie sprawnym. Ale łatwiej jest wszystko sobie poukładać w tych ostatnich chwilach życia, jeśli jest się osobą wierzącą.

Czy rodziny odwiedzają pacjentów, zabierają na święta, a może więcej tu osób samotnych?

Są także samotni, ale czy w rodzinie nieraz się tak nie czujemy? Bywa, że choremu towarzyszy ktoś z najbliższych przy załatwianiu początkowych formalności. Mówi, że pojawi się za dwa-trzy, a potem przez cały pobyt widzimy go raptem ze dwa razy. Ale nie zamierzam nikogo osądzać. Równie dobrze może tu chodzić o wypieranie ze świadomości, brak pogodzenia z faktem, że najbliższa osoba za chwilę może odejść. Nie czują w sobie wystarczającej siły, by przyjechać.

Hospicjum nie jest smutnym końcem życia? Nie lepiej spędzić swoje ostatnie chwile w we własnym domu?

Pewnie, że najlepiej jest odejść we własnym łóżku, patrzeć na ulubiony obrazek, z własnym jaśkiem. Ale w domu trudno zapewnić odpowiednią opiekę, kiedy potrzeba odpowiedniego materaca, czy pompy do podawania leków.

Ktoś tu wierzy w cuda?

Do samego końca. Tak jak było z cudem, który się zdarzył za pośrednictwem francuskiego księdza i za wstawiennictwem ks. Jerzego Popiełuszki (chodzi o przypadek z 2012 roku, kiedy Albert Cheneviera, chory na nietypową przewlekłą białaczkę szpikową, został uzdrowiony przez księdza z parafii Joinville-le-Pont w dniu urodzin ks. Jerzego – przyp. red.)

Czy po latach pamięta się twarze, ich historie?

Co roku ogłaszamy, kiedy odbędzie się msza na Stanisławówce w intencji wszystkich chorych, którzy odeszli. Zapraszamy na nią rodziny. Wtedy poznaje się te twarze, jest czas na chwilę rozmowy, to jest najfajniejsze.

Czym tak naprawdę jest hospicjum?

To miejsce nie tylko umierania, ale także nadziei. Były też śluby, dwa czy trzy razy zdarzyły się chrzty. To normalne miejsce opieki nad chorymi zapewniające komfort przebywania do momentu naturalnego odejścia, od którego nie uciekniemy. Nie da rady. My tu mamy czas. Powiedziałbym, że hospicjum służy do spokojnego pożegnania z tą częścią życia. Leżała u nas starsza pani z rozpoznanym nowotworem, miała ponad 80 lat. Ogromnie lubiła śledziki, więc jej co jakiś czas przynosiliśmy. Od początku czuła się fatalnie, aż choroba nagle stanęła. Stała się zdrową osobą, właściwie od ręki do wypisania. Pamiętam, że to był środek lata. Miała tylko jakąś daleką rodzinę w innym mieście. Po wypisaniu zostałaby sama, więc mieszkała dalej u nas, aż w końcu zorientowała się, że coś to długo trwa i zaczęła się pytać, ile jeszcze zamierzamy ją tak trzymać. A ona przez ten czas poukładała sobie wszystko. Ta rodzina zaczęła do niej regularnie przyjeżdżać w odwiedziny. Wreszcie ona sama chciała odejść. Była już na to gotowa.

Czyli do śmierci można się przygotować?

Właściwie to każdy dzień do tego służy. Jesteśmy tu tylko po drodze, ale o tym nie pamiętamy. A nieraz samo życie nie daje nam ku temu możliwości przez ten cały pęd i nerwy.

Kto chce być przy czyjejś śmierci?

Są pielęgniarki. Czasem rodzina nie zdąży. Nawet kwadrans ma tu znaczenie.

Co z finansami hospicjum?

My nie ustawiamy puszki na datki, ale żyjemy tylko dzięki 1% podatku. Płocczanie są łaskawi. Uzyskana suma pozwala nam jakoś przetrwać do następnego roku. Nasi podopieczni za pobyt nie płacą, ale nieraz zwracamy się z prośbą do ich rodzin o leki czy przyniesienie pampersów na zmianę. Kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia jest zbyt mały, choć był taki etap, że jakoś wszystko się zerowało. Rozmowy z NFZ bywają ciężkie i różny przynoszą finał. Tylko że hospicjum nie istnieje po to, aby zarabiać, natomiast koszty stałe szybują w górę. Drożeje energia elektryczna. Ciągle musimy dopłacać. Robimy nawet audyt, żeby wiedzieć, gdzie ponosimy największe straty, czy istnieje taki obszar, w którym moglibyśmy poczynić jakieś oszczędności, obrócić je w dobro.

A wcześniej?

Kiedy 20 kilka lat temu wszystkim zajmowała się dr Grażyna Przybylska-Wendt, chyba było nam łatwiej, prościej. To było spontaniczne, potem obrosło w normy i przepisy, aż zaczęło zmierzać w kierunku czegoś w rodzaju firmy opartej na idei hospicjum, aby nieść tę pomoc dalej. Wtedy nikomu nie przyszłoby do głowy, aby generować dochód. A dziś nie ma z czego dać podwyżek pracownikom czy kupić dobry sprzęt. Trzeba prosić, organizować zrzutki.

Czy to, co jest dzisiaj, wystarczy na ponad 100-tysięczne miasto, a może są jakieś plany rozbudowy?

Oddział jest już troszeczkę za mały. Warunki mamy dobre, ale pokoje przeważnie dwuosobowe. Czy nie większą intymność zapewni jednak pokój 1-osobowy? Byłoby więcej miejsca dla wszystkich. 4 lata temu miejscy radni podjęli uchwałę, w której przekazali nam pod rozbudowę teren przy ul. Otolińskiej. Ale chyba myślałem trochę naiwnie… Najpierw powstał fantastyczny projekt, ale okazało się, ż jego realizacja wymaga 12-15 mln zł. Piórka nam wtedy opadły. Zaczęli rozmowy ze specjalistami od wsparcia unijnego, ale Unia teraz preferuje projekty dotyczące renowacji, a nie budowy nowych budynków. Wszystko musieliśmy odłożyć na bok, problem jednak został. Wtedy pomyśleliśmy o starej przychodni na ul. Reja, ale budynek wymaga kapitalnego remontu, więc szybko zrezygnowaliśmy. Teraz mamy nowy projekt. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w przyszłym roku rozbudujemy ten obecny przy ul. Piłsudskiego. Zyskamy 15-16 nowych pojedynczych pokoi. Wszystko z naszych wieloletnich oszczędności, ale i tak doradzają nam kredyt. Miasto nie ma możliwości wsparcia nas w tym finansowo, ponieważ jesteśmy stowarzyszeniem.

A kiedy zechce pan zamknąć za sobą drzwi do hospicjum, to co wtedy?

Kiedyś będzie potrzebna świeża krew. Wtedy powiem tylko jedno: aby hospicjum nigdy nie stało się firmą, gdzie ważniejsze od chorego i jego rodziny, staje się kontrakt finansowy. Hospicjum nie może stać się miejscem bezosobowym. Chory musi czuć tu troskę i miłość.

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (13)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.