W poprzednim sezonie oba zespoły rywalizowały w jednej grupie. Wtedy w Lizbonie Wisła przegrała wysoko (34:29), a rewanż w Płocku odbywał się w specyficznych okolicznościach. Wisła długo prowadziła, ale potem to prowadzenie wypuściła. Wilk syty i owca cała - Wisła wpadła na Nantes, a mógł być Magdeburg, a Sporting obronił 2. miejsce w grupie. Zespoły mogły się spotkać w ćwierćfinale, ale mistrzowie Polski nie dali rady Francuzom.
W tym sezonie role się nieco odwróciły. Wisła już dawno zapewniła sobie trzecie miejsce w grupie, Sporting w grupie A zajął tylko szóstą lokatę. Portugalczycy przeplatali dobre spotkania słabymi, ale we własnej hali są piekielnie mocni. Zwycięstwa z Lizbony w tym sezonie wywieźli tylko zawodnicy Fuchse Berlin i Nantes. W lutym Sporting wygrał u siebie z Aalborgiem.
Przed Wisłą stało więc trudne zadanie, ale nie to z gatunku niemożliwych. Tym bardziej że w Płocku są spore ambicje, sięgające Final Four w Kolonii. Nic nie zapowiadało jednak takiego przebiegu spotkania.
Katastrofalna pierwsza połowa
Trudno racjonalnie wytłumaczyć postawę mistrzów Polski w pierwszej połowie. Nafciarze musieli sobie radzić bez Leona Susnji, który cały mecz spędził na ławce rezerwowych, ale to za proste wytłumaczenie postawy drużyny. W zespole Xaviego Sabate nie kleiło się niemalże nic. Zawodnicy w ataku popełniali proste błędy - wyrzucali piłki w aut, faulowali w ataku. Problemy ze skutecznością mieli Abel Serdio, Lovro Mihić i Siergiej Kosorotov. Mały plusik za pierwsze 30 minut można postawić tylko przy nazwisku Mitji Janca - młody Słoweniec zdobył 3 bramki, choć też nie ustrzegł się błędów. Kilka obron dołożył też Torbjorn Bergerud - gdyby Norweg grał tak, jak jesienią, wynik byłby dużo gorszy.
Gospodarze narzucili wysokie tempo. Wisła nie miała pomysłu na zatrzymanie braci Costa, a rzuty karne pewnie egzekwował Orri Thorkelsson. Przewaga Sportingu szybko rosła - 10:7 po 15 minutach i 13:7 po 20 minutach. Wisła nie miała żadnej odpowiedzi. Xavi Sabate próbował zmieniac, ale nie było żadnego zawodnika, który by pociągnął zespół. Zawodził też Melvyn Richardson, który tym razem nie był w stanie pociągnąć kolegów.
Do przerwy było 19:12.
Krajewski i Daszek dźwigają Wisłę
Wydawało się, że Wisła nie zagra drugiej tak złej połowy. I faktycznie tak się nie stało, choć początek drugiej odsłony był fatalny. Mistrzowie Polski wyglądali przeraźliwie słabo, a to tylko napędzało Sporting. Na nieco ponad 20 minut przed końcem gospodarze prowadzili różnicą 10 bramek (25:15).
Wtem stało się to, co zdarza się co jakiś czas - Wisła pokazała charakter. Torbjorn Bergerud seryjnie odbijał piłki, a ciężar zdobywania bramek wzięli na siebie Michał Daszek i Przemysław Krajewski. Tym razem każdy grał na swoim skrzydle. Nafciarze sukcesywnie niwelowali stratę i wynik przestał być tak beznadziejny. Mogło być jeszcze lepiej, ale karnego na kilka sekund przed końcem zmarnował Richardson. Sporting nie oddał już rzutu i skończyło się na 33:29 - wynik może daleki od oczekiwań, ale po przebiegu spotkania trzeba go mocno docenić. Sprawa awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów pozostaje otwarta.
Rewanż ze Sportingiem już w czwartek 9 kwietnia o godz. 18:45.
Komentarze (0)