Reklama

W teatrze trup ściele się gęsto od trucizny

Opublikowano:
Autor:

W teatrze trup ściele się gęsto od trucizny - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Kultura Czy piwnicę w starym domu można sprofanować? Według tych dwóch przemiłych staruszek jak najbardziej. Bo jakże to tak, obok kolejnego nieboszczyka i takiego dobrego metodysty, któremu pomogły zejść z tego świata, pochować jeszcze kogoś obcego. Do tego kolejne jedenaście ciał, a do drzwi puka policja. W teatrze kolejny sezon rozpoczynamy od przewrotnej zbrodni. Bynajmniej nie w afekcie.

Czy piwnicę w starym domu można sprofanować? Według tych dwóch przemiłych staruszek jak najbardziej. Bo jakże to tak, obok kolejnego nieboszczyka i takiego dobrego metodysty, któremu pomogły zejść z tego świata, pochować jeszcze kogoś obcego. Do tego kolejne jedenaście ciał, a do drzwi puka policja. W teatrze kolejny sezon rozpoczynamy od przewrotnej zbrodni. Bynajmniej nie w afekcie.

W trakcie premiery w niedzielny wieczór trupów było pod dostatkiem. Nowy sezon w teatrze otworzyła adaptacja broadwayowskiego przeboju „Arszenik i stare koronki” Josepha Kesselringa w reżyserii Marka Mokrowieckiego. Otrzymujemy w niej miksturę równie zabójczą, co zabawną

Dyrektor płockiego teatru zapowiadał, że spektakl będzie groteską utrzymaną w stylu Rodziny Adamsów. Rzeczywiście otrzymujemy historię rozgrywającą się w starym domu na Brooklynie otoczonym cmentarnymi nagrobkami, nad głową może przelecieć nietoperz. Pytanie, ile osób zdecydowałoby się na zamieszkanie w takiej nieruchomości? Dom należy od dawna do rodziny Brewsterów, obecnie do dwóch starszych pań, Marty (Grażyna Zielińska) i Abby (Hanna Zientara). Obie wydają się bardzo sympatyczne i pomocne, wręcz zabójczo pomocne, aż ciarki przechodzą po plecach na samą myśl, gdyby faktycznie spotkało się takie staruszki w realnym życiu.

To dwie kobiety z misją. Najbardziej na świecie żal im samotnych mężczyzn, którym najpierw fundują mały wywiad, aby na końcu zaoferować wino porzeczkowe własnej roboty. Karafka zawsze stoi pod ręką, w końcu nigdy nie wiadomo, kto za chwilę zapuka do drzwi. Kiedy nalewają do kieliszka, nawet ręka im nie zadrży. Wszystko mają już opracowane ze szczegółami, jak w misternie ułożonym rytuale. Każdy kolejny „gość”, który skończy na dnie Berezyny, czyli w mrocznej piwnicy (tam jednak widz nie zajrzy), oznacza jedynie spełnienie dobrego uczynku. Już nie musi męczyć się na świecie w pojedynkę. Tworzą przy tym wyjątkowo zgrany, morderczy duet. Naprawdę trudno się nie roześmiać przy ich przekomarzankach i przewrotnym pojmowaniu świata, nawet niebywałej szczerości. Odwiedzą chorego, swoim gościom zaoferują pyszne kanapeczki albo pieczeń, upomną kogo trzeba, że kłamać nie wypada, nie widząc nic złego w przepełnionej zawartości pomieszczenia pod podłogą.

Kiedy ich bratanek Mortimer (Szymon Cempura) odkrywa szokującą prawdę, sytuacja zaczyna go przerastać. Wychodzą na jaw rodzinne tajemnice, zjawia się od dawna niewidziany bratanek Jonatan (Mariusz Pogonowski), który w dodatku wygląda i zachowuje się jak Hitler. Przywozi ze sobą doktora Epsteina (Piotr Bała) i jeszcze jedno ciało do ukrycia. Zaczyna robić się tłoczno. Makabryczny proceder staje się powodem do rodzinnej rywalizacji, kto ma więcej na sumieniu. W tle mamy jeszcze jednego domownika Teddey'ego, przeświadczonego o byciu Napoleonem i doprowadzającego jednym swoim zwyczajem do szału wszystkich bez wyjątku. Teddy (w wykonaniu Marka Walczaka) wydaje się szalony, aczkolwiek jego szaleństwo jest powszechnie akceptowane. To on grzebie ciała, sądząc że to ofiary wojny. Dom odwiedza młoda sąsiadka Helena (Sylwia Krawiec), narzeczona Mortimera, która coraz mniej rozumie z jego dziwnego zachowania. Sam Mortimer jest, o zgrozo dla dyrektorów i reżyserów, krytykiem teatralnym. Według niego w teatrze wystawiane są same kryminalne szmiry. Wśród miejscowych policjantów trafia się jeden taki, który jest niespełnionym dramaturgiem i zaczyna prześladować Mortimera, aby pomógł mu stworzyć arcydzieło. 

Spektakl potrafi rozweselić. Bawi zamieszanie ze skrzynią w salonie, próby terroryzowania staruszek, które z kolei są niesamowicie oburzone, że w ich piwnicy leży obcy trup. Może nawet cudzoziemiec! W dodatku nie tego wyznania, co też jest równie niedopuszczalne u mieszczanek. Czegoś takiego nie mogą wybaczyć. Zdecydowanie Brewsterowie nie stanowią rodziny świecącej przykładem, bo kiedy zdrapie już się to, co na powierzchni, robi się makabrycznie. A jednak ciężko nie polubić starszych, zamożnych pań, które są wręcz rozbrajające w swoim poczuciu, że nie robią nic nagannego w momencie podstawiania kieliszka z winem. Zresztą czy ktoś by uwierzył w to, co chowają w czterech ścianach? Pamiętają nazwiska ofiar, zmówią za nich modlitwę. W płockiej adaptacji nie doszukamy się u nich pozy wyrachowanych morderczyń. Raczej sprawiają wrażenie, jakby swojej ofierze były gotowe jeszcze zanucić kołysankę, aby wieczny sen zapadł szybciej. One już dalej wszystkim się zajmą, zaopiekują ciałem, które w pewnym sensie staje się kolejnym domownikiem. To, co najmocniej może przerazić, to raczej fakt, że tak z pozoru niewinne dwie panie, uosobienie dobroci i hojności, mogą niespodziewanie okazać się wilkami w owczej skórze. 

Autor sztuki bezlitośnie kpi sobie przy pomocy postaci Mortimera z pracy krytyków teatralnych, którzy piszą niechlujnie, na kolanie, nawet nie oglądając sztuki w całości i nie wnikając w jej sens. Trzeba mieć także na uwadze, że sztuka powstała w 1939 roku, kiedy Stany Zjednoczone jeszcze nie przyłączyły się do II wojny światowej. W tekście Hitler to co najwyżej ktoś rozpoznawalny „z filmu albo z gazety”. Zarówno Szymon Cempura, jak i Mariusz Pogonowski wypadają naprawdę dobrze. Najmniej wykorzystany potencjał dotyczy postaci Epsteina, który gdzieś wychodzi na margines opowieści. Zdecydowanie pierwsza część spektaklu wydaje się lepsza. Istotnie nie zobaczymy domeczku na scenie. Scenografia autorstwa Krzysztofa Małachowskiego jest jednak bardziej minimalistyczna, miała przypominać salon. W oknach widać odbicia głównych bohaterek.

W „Arszeniku i starych koronkach” nie uświadczymy ani grozy, ani konstrukcji kryminalnej niczym z opowiadań Agathy Christie o pannie Marple lub Herculesie Poirot, chociaż po obejrzeniu można zacząć się zastanawiać, co faktycznie zawiera karafka z winem. Jeśli już otwiera się wieko skrzyni, słyszymy muzykę niczym z horroru. Sporo tu zabawy z konwencjami, jakby reżyser chciał mrugnąć okiem zarówno do publiczności gustującej w musicalach (sądząc po tych pląsach, których mogłoby być troszkę mniej), takiej rozmiłowanej w opowieści z dreszczykiem, jak i do tej, która lubi humor sytuacyjny. Dzięki temu sztuka jest dobra na rozpoczęcie sezonu, w sam raz na jesienny wieczór w teatrze. 

Kolejny spektakl 27 września (na 25 już wszystkie bilety wyprzedane), następne 1 i 2 października. 

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE