Reklama

Reklama

Tajemnica zaginionych butelek ze zwojami

Opublikowano: czw, 26 lut 2015 14:42
Autor:

Tajemnica zaginionych butelek ze zwojami  - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Jakub Guterman ma już 80 lat. Kiedy otrzymał zaproszenie do ponownego przyjazdu do Płocka i poprowadzenia wykładu, miał wątpliwości. – Cóż takiego mógłbym powiedzieć? – pytał chyba nieco kokieteryjnie. Jego poruszający życiorys to temat na odrębną książkę, on opowiadał o wieloletnim powodzie swojej frustracji, ukrytych butelkach przez swojego ojca, żołnierza Armii Krajowej.

Reklama

Jakub Guterman ma już 80 lat. Kiedy otrzymał zaproszenie do ponownego przyjazdu do Płocka i poprowadzenia wykładu, miał wątpliwości. – Cóż takiego mógłbym powiedzieć? – pytał chyba nieco kokieteryjnie. Jego poruszający życiorys to temat na odrębną książkę, on opowiadał o wieloletnim powodzie swojej frustracji, ukrytych butelkach przez swojego ojca, żołnierza Armii Krajowej.

Blisko półtoragodzinne spotkanie w siedzibie Muzeum Żydów Mazowieckich miało być wykładem o relacji polsko-izraelskiej, ale rozpoczęło się od wyznania. – Czuję się zażenowany – przyznał Jakub Guterman, który jako mały chłopiec został wygnany z Płocka wraz z kilkoma tysiącami płockich Żydów, kiedy zlikwidowano płockie getto w marcu 1941 roku. - Wykład? To takie napuszone, wolę pogawędkę – odparł z uśmiechem, po czym stwierdził, że tak naprawdę to nie urodził się w Płocku, ale w Warszawie przez cesarskie cięcie. Ważył 4,5 kg.

Trauma z dzieciństwa

Jako dziecko mieszkał w małym domku w pobliżu Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku. Jego ojciec prowadził warsztat. Pomimo wszystko rodzinie raczej się nie przelewało. – Klepaliśmy biedę, ale i tak dzieciństwo miałem wspaniałe, niczego nie brakowało.

Wspominał sad swojej ciotki pełen drzew owocowych i mały, zwrotny statek, zdolny przepłynąć po wodzie 12 metrów i zawrócić. Aż tu pewnego dnia, kiedy mały Jakub siedział na schodach, podeszło do niego dwóch chłopców. – Mówią do mnie „jaki fajny stateczek”, a potem wzięli pod pachę i zabrali. To trauma mojego dzieciństwa. Do dziś czuję ból serca na to wspomnienie – stwierdził żartobliwie, chociaż o wiele większe problemy przysparzał mu język polski i co jakiś czas prosił o pomoc słuchaczy. – Trudny język – utyskiwał Guterman, ale tak naprawdę radził sobie świetnie.

Sześciolatek ubrany „na cebulę” i stukająca kolba

- Każdy chciałby mieć kontrolę nad swoim życiem, ale w czasie wojny nie wiedziało się, co cię spotka za pięć minut – kontynuował Guterman. W tym czasie mieszkał z rodziną na ul. Szerokiej (dzisiejsza ul. Kwiatka), w niewielkim domku na drugim piętrze. Musiał wspinać się tam po drewnianych schodach. – Przez pierwsze kilka miesięcy po przeprowadzce nie mogłem zasnąć, było tyle pluskiew. Nie było co jeść i gdzie pracować. Co noc obszukiwano ludzi  – wspominał czasy płockiego getta.

Niemiecki sztab mieścił się w Małachowiance. Aby mocniej uzmysłowić wszystkim obecnym nieprzewidywalność ludzkiego losu, przywołał wydarzenia, do jakich doszło w nocy, kiedy przez szpitalem żydowskim stanęła ciężarówka. Cały personel rozstrzelano. – Na dzień przed naszym wygnaniem ludzi wywieziono jakieś dwa kilometry za Płock. Aby było szybciej, zawczasu wykopano wielki dół. Zabijano jednym strzałem z pistoletu.

Kiedy także jego i rodziców wyciągnięto z domu, długo stali na zimnie. – Niemcom nie starczyło ciężarówek, kazano nam w końcu wrócić do środka – ale on co noc chodził spać przygotowany do drogi, ubrany „na cebulę”. – Jednej nocy słyszę, jak ktoś wali kolbą, a ja tak bardzo chciałem jeszcze pospać tak z minutkę dłużej – opowiadał wydarzenia z 1941 roku z perspektywy sześcioletniego chłopca. - Ojciec zaczął mną targać. Zmoczył twarz ręcznikiem, a mama wzięła kołderkę. Później odebrał ją od niej Niemiec i zdeptał. Krzyczał „nein”, nie wolno. Padały strzały w powietrze, dobiegały do mnie krzyki i wycie psów.

Zakochany w Płocku

- Wyjeżdżałem z Płocka z uczuciem, że już nigdy nie wrócę do mojego kochanego miasta – oświadczył Guterman i tłumaczył ewentualnym niedowiarkom. – Zakochałem się nim, kiedy stałem na skarpie. Podziwiałem płynącą Wisłę, dobiegało do mnie bicie dzwonów. Chyba trzeba mieć serce z żelaza, aby się nie zakochać (nie mógł też później odżałować zamknięcia ulubionego Empiku na Grodzkiej) - i właśnie taki obraz pielęgnował w sobie.

Zwariowany bohater tworzy do butelek

Rodzinę wywieziono do obozu w Działdowie, następnie trafili do Ostrowca. Po ucieczce tułają się po Polsce. W jednym z takich miejsc, gdzie znaleźli przynajmniej chwilową przystań, ojciec zaczyna pisać swoją historię na wąskich skrawkach papieru. – Musiał być zwariowanym bohaterem, nie wolno było pisać. Za coś takiego szło się nie pod sąd, tylko dostawało od razu kulę w łeb – przypominał syn Symchy Gutermana, autora „Kartek z pożogi”. - Dla mojego ojca musiało to być niezwykle ważne, skoro położył wszystko na szalę. Zwijał te zapiski w ciasną rolkę, okręcał czarną nitką, po czym zamykał w zakorkowanej butelce. Pewnego razu wziął mnie do takiej piwnicy, kiedy mieszkaliśmy w jednym z domów w Żyrardowie, i powiedział „patrz, w tym miejscu, dajmy na to, ze przy szóstej cegle, będzie wciśnięta ta moja butelka”.

Przez lata czuł się jak syn marnotrawny, bo nie potrafił znaleźć butelek. W 1978 roku wręczono mu gazetę, a w niej informacja, że dwóch budowniczych z Łodzi robiło remont w Radomiu i znalazło zapiski w języku żydowskim zamknięte w butelce. – Pomyślałem, że chodzi o mojego ojca, ale nie zgadzało mi się miasto. Mówili mi, że mogłem nie pamiętać, w końcu byłem małym chłopcem, na co ja twierdziłem, że owszem, byłem mały, ale nigdy nie byłem idiotą.

Zagadkę udało się rozwiązać. Po mężczyźnie, w którego ręce trafiła butelka, przejęła ją synowa, która z kolei przeprowadziła się do Radomia i ustawiła na półce z książkami. A co z drugą butelką, spisaną już w Żyrardowie? Tej na razie nie odnalazł. Zwoje z tej pierwszej wydano jako obsypane pozytywnymi recenzjami „Kartki z pożogi”.

Cuda

Niestety, sąsiedzi szybko orientowali się o żydowskich korzeniach rodziny Gutermanów, chociaż czasem zdarzały się cuda. Mama małego Jakuba, Ewa doświadczyła takiej niespodziewanej pomocy, kiedy wręczono jej kopię świadectwa urodzenia Władysławy Dudy. Pewien mężczyzna pobrał ją niby dla swojej kuzynki i doradził, by wzięła 10 zł, zrobiła sobie zdjęcie, to może dostanie kenkartę. – Jakie to szczęście, że wtedy nie było komputerów i nikt się nie zorientował, że w tym samym czasie istniały dwie Władysławy Dudy z tymi samymi danymi osobistymi – podsumował jej syn, który stał się tymczasowo Stasiem.

Pani Ewa została się w ten sposób rdzenną Polką, ale po tygodniu kartę zgubiła. Wtedy zdarzył się drugi cud. Zgubę znalazła policja. – Mama miała jednak dwa problemy, jeden mały, drugi duży – żartował Guterman odnosząc się do siebie i jego ojca, który zupełnie nie przypominał aryjczyka. Próbował zapuszczać wąsy, ale niewiele mu to pomogło. Dwóch mężczyzn pod nieobecność pani Ewy odwiedziło go w mieszkaniu. Zażądali 30 tys. zł, w przeciwnym razie planowali bez skrupułów wydać całą rodzinę. Sytuacja tak się zaogniła, że cała trójka musiała jak najszybciej uciekać z Żyrardowa.

Kucharz alkoholik

Wszyscy w komplecie trafili do Warszawy. Jakub zamieszkał z mamą w kamienicy przy ul. Żelaznej. Zostali sublokatorami pewnego kucharza alkoholika. Dzieliły ich zaledwie cienkie drzwi. W lokalu, w którym gotował, często gościli Niemców. Pewnego razu zaprosił panią Ewę na herbatę. – Pani nie uwierzy, jaki miałem wspaniały dzień – zagaił mamę Jakuba Gutermana. - Spotkałem młodą kobietę, Żydóweczkę, w takim ładnym kostiumie, ale za nic nie chciała się przyznać, kim jest – i zadenuncjował ją Niemcom w zamian za wódkę. – Jaki to był świetny dzień – twierdził rozradowany. – Faktycznie z pana dobry człowiek – odparła mu jego rozmówczyni.

Chyba twoi rodzice nie żyją…

Ojciec Jakuba zaciągnął się do szeregów Armii Krajowej. Dzięki pomocy jednej z sióstr mariawitek Jakub wyjeżdża do wioski Wygoda pod Łowiczem. – Tam okazało się, że świat bywa piękny, wreszcie nie widziałem spacerujących po ulicach niemieckich oficerów – cieszył się jako dziewięciolatek, chociaż ta sielanka długo nie potrwała. Mariawitka uważała, że jego rodzice zginęli w powstaniu, które wybuchło w Warszawie w 1944 roku. Chciała go zaprowadzić do proboszcza, żeby ten ochrzcił chłopca. – Ale ja już nic nie słyszałem, starałem się tylko nie wybuchnąć płaczem.

Dziś uważa, że był wówczas głupim, krnąbrnym szczeniakiem. – Powiedziałem jej wówczas, że urodziłem się Żydem i chciałbym nim pozostać. Dopiero dzisiaj rozumiem, że ona gorączkowo szukała sposobu, jak mnie uratować, bo niby co ze mną począć w takiej sytuacji?

Ostatecznie jako warszawska sierota został pastuszkiem w innej wiosce, Zawady. Tam odmawiał skoków do wody, przez co zaczęły się szepty za jego plecami. – Bardzo się bałem, że wszystko się wyda – a po latach nawet tam powrócił i odszukał jednego z rówieśników. Ten go pamiętał. – Przyznał, że między sobą wołali na mnie Żydek, a myślałem, że tak świetnie grałem swoją rolę. Nikt jednak z całej wioski nie wydał. To najważniejsze.

I znowu stał się cud

Pewnego razu wracał z siedmioma krowami, nucąc im piosenki, gdy nagle zauważył siedzącą w trawie kobietę. – Jakby była w jakiejś warszawskiej kawiarni, w szarym kostiumie – ale to wystarczyło, by małego zaciekawić.

Podszedł bliżej. – Nie wiem, ile czasu oboje tak z mamą płakaliśmy, czułem się najszczęśliwszym chłopcem we wszechświecie. Mama nie potrafiła przeboleć, że nie zdołała powstrzymać ojca. Miał wrócić na kolację, ale już pierwszego dnia walk w powstaniu na kolację przyszedł tylko jego kolega z wiadomością, że ojciec nigdy już nie wróci.

Pani Ewa wyszła ponownie za mąż, ale Jakub wymarzył sobie wyjazd do Izraela. – W Polsce było mi dobrze, prawie nie odczuwałem antysemityzmu – a jednak… - "Adolf Hitler to niech się w piekle poniewiera, ale zrobił jedną wspaniałą rzecz, uwolnił nas od Żydków" – słyszał na ulicy i w pociągach. Jego mama nie chciała jechać. Kiedy już się znaleźli w Izraelu, przez moment był gotów pisać list do prezydenta Bieruta, czy jednak nie mogliby wrócić do Polski. Przestraszył się panującej biedy. Zamieszkali w kibucu.

Mała Warszawa

Po siedmiu latach pani Ewa zmarła, on zakochał się w sierżantce, z którą miał dwóch synów (starszy został komandosem i zginął w Libanie). W wieku 30 lat nagle też został samotnym ojcem.

Guterman wspominał w Płocku polską poezję i emigrantów z lat 20. i 30. – Wtedy było ich najwięcej, szczególnie kupców z Warszawy i Krakowa. Zaczęli urządzać sobie domy, te z czasem stały się całymi ulicami. Taka mała Warszawa, tylko skromna.

 – A ja po tylu latach znów jestem w sercu dawnego getta… - dodał na koniec.

Czytaj też:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (2)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.