O dzikach podchodzących do zabudowań w Płocku pisaliśmy już kilkukrotnie.
Problem sygnalizowali przede wszystkim mieszkańcy os. Wyszogrodzka, a pod koniec sierpnia zgłosiła się do nas również czytelniczka z Ciechomic.
- Z roku na rok jest ich coraz więcej i coraz bardziej rozrabiają, do tego podchodzą coraz bliżej. Zaczynamy się obawiać o swoje bezpieczeństwo, zwłaszcza że coraz dłużej robi się ciemno, a musimy dotrzeć na autobus, do pracy, do szkoły, czy do sklepu - opisała zaniepokojona pani Sylwia.
Niestety, urząd miasta ma w tej sprawie "związane ręce".
- Gmina nie posiada uprawnień do zlecania odłowu, odstrzału ani odstraszania dzików, a także nie odpowiada finansowo za szkody przez nie wyrządzone - tłumaczono wówczas w ratuszu.
Wiele możliwych rozwiązań blokują również przepisy. Jak wyjaśniał wiceprezydent Dyśkiewicz, odstrzał byłby zakazany ze względu na konieczność użycia broni palnej w pobliżu zabudowań, a odłów - z uwagi na panującą zakaźną chorobę wirusową afrykańskiego pomoru świń.
Rolnicy mogą za to ubiegać się o odszkodowanie za wyrządzane przez nie szkody. Wniosek można pobrać ze strony Samorządu Województwa Mazowieckiego.
Dziki na płockich osiedlach
Temat poruszono ponownie podczas ostatniej sesji rady miasta przy okazji prezentacji o działaniach płockiego nadleśnictwa. Już na samym początku zapytano, dlaczego zwierzęta coraz liczniej i pewniej wchodzą do miast, które przecież nie są ich naturalnym środowiskiem.
- One idą tam, gdzie w łatwy sposób znajdą pożywienie. Przyzwyczaiły się, że w mieście są w stanie znaleźć wysokoenergetyczną karmę. Inna sprawa, że faktycznie jest ich naprawdę dużo, ale gdy czują się bezpiecznie, mają zapewnione pożywienie i wodę to zaczynają się rozmnażać - opisał nadleśniczy.
Wielokrotnie jednak samo zabezpieczanie pojemników na śmieci czy upraw i stosowanie "odstraszaczy" nie pomaga. Radna Teresa Kijek zauważyła, że Lasy Państwowe dysponują za to środkami na ochronę przed zwierzętami, dlatego zapytała, jak zostaną one wykorzystane oraz czy mieszkańcy będą mogli liczyć na wsparcie.
Wprost o planowany odstrzał oraz ewentualny sprzeciw środowisk proekologicznych dopytał za to radny Leszek Brzeski.
- Kwestia redukcji jest chyba rzeczą podstawową, bo dopuściliśmy do nadmiernego zagęszczenia tej populacji. Trzeba pamiętać, że w granicach miasta znajduje się wiele terenów leśnych, polnych i łąkowych, które swego czasu stanowiły obszar działania myśliwych, a od pewnego czasu są wyłączone z gospodarki łowieckiej - odpowiedział Marek Włoczkowski.
Konkretów jednak nie usłyszeliśmy. Pytanie nieco "przepadło" w natłoku innych poruszanych tematów.
Szopy, wilki i... puma.
Dziki to nie jedyny problem. Radni zasygnalizowali, że w naszym regionie coraz częściej można spotkać gatunki zwierząt, których jeszcze kilka lat temu praktycznie nie widywano.
Niektórzy mówią o szopach praczach, ale pojawiły się również doniesienia o wilkach.
- Powziąłem informację o zauważeniu wilka w okolicach Sochocina-Czyżewa, Sochocina-Pragi oraz Starych Łubek. Niezależnie od ostatecznej identyfikacji zwierzęcia czuję się w obowiązku podzielić z Państwem tą informacją – szczególnie że są to tereny, po których mieszkańcy spacerują, a w tym okresie również często wybierają się do lasów na grzyby - ostrzegał niedawno wójt gminy Bulkowo.
Watahy miały być także widziane w kilku innych miejscach.
- Dostajemy informacje od mieszkańców, że zaobserwowali je pod Płockiem zarówno od strony Sierpca, jak i Włocławka czy bardziej już Soczewki i Nowego Duninowa - dodał Tomasz Kominek.
Nadleśniczy zaznaczył, że wilki były na tym terenie od zawsze, jednak pokazywały się bardzo sporadycznie podczas wędrówek. Dziś natomiast próbują się tu zadomowić.
- Co do kwestii zagrożenia - wilk od zarania dziejów kojarzy się z czymś niebezpiecznym, ale trzeba mieć świadomość, że zdrowy osobnik ma instynkt, który nakazuje mu unikanie konfrontacji z człowiekiem. Jeżeli nie będzie miał wyjścia, oczywiście wtedy może "pokazać swoją moc". W większości przypadków my jednak nawet nie zauważymy jego obecności - wyjaśniał.
Jeśli już dojdzie do bliskiego spotkania z tym ssakiem, należy przede wszystkim zachować spokój i powoli się wycofać. Pod żadnym pozorem nie powinno się uciekać, krzyczeć, próbować podchodzić, dotykać ani dokarmiać zwierzaka.
Radny Michał Sosnowski zapytał też o słynną pumę, która miała być widziana na Mazowszu. Choć w jednym przypadku był to zwykły - choć duży - domowy kot, a w drugim fotomontaż, prawdziwego osobnika rzeczywiście schwytano w gminie Jedwabne, koło miejscowości Bronaki-Olki (woj. podlaskie).
- Te przypadki, w moim mniemaniu, są po prostu związane z dużą nieodpowiedzialnością. Ktoś sobie takiego zwierzaka hoduje, w którymś momencie przerasta to jego możliwości albo zwierzę mu ucieka i potem mamy takie doniesienia - skwitował nadleśniczy.
Komentarze (0)