Reklama

Ogromny tłum przeszedł ulicami Płocka

Opublikowano:
Autor:

Ogromny tłum przeszedł ulicami Płocka - Zdjęcie główne
Udostępnij na:
Facebook

Przeczytaj również:

Wiadomości Kilkutysięczny tłum przeszedł ulicami Płocka od bramy nr II przy kombinacie na Kościuszki pod kamienicę, w której dziś mieści się Książnica, a niegdyś Komitet Wojewódzki PZPR. W ten sposób płocczanie protestowali przeciwko podwyżkom żywności. Stało się tak równo 40 lat temu.

Kilkutysięczny tłum przeszedł ulicami Płocka od bramy nr II przy kombinacie na Kościuszki pod kamienicę, w której dziś mieści się Książnica, a niegdyś Komitet Wojewódzki PZPR. W ten sposób płocczanie protestowali przeciwko podwyżkom żywności. Stało się tak równo 40 lat temu.

Jest 25 czerwca 1976 roku. Ciepły, duszny dzień. Do pracy na 6.00 zmierza załoga pierwszej zmiany. Ci, którzy pracują w biurach, mają na 7.00. - Było parno, coś wisiało w powietrzu  - mówi Jakub Chmielewski, który 40 lat temu był technikiem w biurze projektów Mazowieckich Zakładach Rafineryjno-Petrochemicznych, jak wtedy nazywał się Orlen.

W pracy emocje buzują. Wszyscy są wściekli, bo dzień wcześniej premier Piotr Jaroszewicz zapowiedział drakońskie podwyżki.  Gigantyczny wzrost ma dotknąć cen podstawowych  artykułów żywnościowych. Zdrożeć ma chleb, mięso, nabiał. Ryż ma kosztować o 150 proc. więcej, cukier - 90 proc.

Polskę zalewa fala oburzenia.  Od rana w zakładach, fabrykach, biurach w całym kraju planowane podwyżki to temat numer jeden. Nie inaczej jest w Płocku. Ludzie dyskutują w Fabryce Maszyn Żniwnych, w Naftoremoncie, wreszcie w MZRiP.

Dla nich delikatesy, dla nas ochłapy

Głośno i dobitnie o nieudolności rządu wyraża się Henryk Kamiński. Ma wtedy 24 lata i pracuje w Naftoremoncie, który remontuje instalację etylenu i glikolu na terenie kombinatu.  - Oni mieli swoje sklepy, swoje kantyny, a dla nas, dla pospólstwa zostawały ochłapy, skrawki. Aby kupić chleb, stało się w kolejce po trzy-cztery godziny, ludzie mieli już tego serdecznie dość - opowiada.

Nieprawomyślne opinie głosi też Grzegorz Karolak. - Mówiłem, że jaka to jest polityka rządu, że wszystko drożeje, a tymczasem rolnicy wyrzucają do rowów warzywa, owoce i inne produkty rolne, bo nikt ich nie chce kupić - mówił wówczas 33-letni pracownik Naftoremontu. - Najbardziej zabolało ich, że partię i PRL nazwałem oszustami.

Zewsząd pogłoski: coś się dzieje

Po kombinacie roznosi się wieść, że staje praca na poszczególnych wydziałach.

Franciszek Wrześniewski, wówczas 23-letni pracownik produkcji w MZRiP na instalacji na polietylenie I, wspomina: - Pamiętam, że 25 czerwca mieliśmy remont i wszyscy przychodzili na pierwszą zmianę. Ktoś pojechał na rowerze pod Centralne Warsztaty (dziś Zakład Budowy Aparatury) i przyniósł informację, że rozpoczynają się strajki na terenie petrochemii. Mniej więcej od 9.00 już nie pracowaliśmy.

Dziwni panowie w nowych ciuchach roboczych

Ożywionym rozmowom przysłuchują się donosiciele, których zarówno na ternie kombinatu, jak i w Naftoremoncie nie brakuje. - Telefonów oczywiście nie było, ale poczta pantoflową rozeszła się wieść, że praca na innych wydziałach stanęła - opowiada dziś Henryk Kamiński.  - A już po 10.00 przyjechał nieżyjący już Marek Żurada, dyrektor techniczny w naszej firmie, żeby nas uspokajać. Skąd by niby wiedział, że coś się szykuje?

Grzegorz Karolak pamięta, że tego dnia po instalacji kręcili się jacyś nieznajomi w białych kaskach. - Nie znaliśmy ich. Mieli takie same kaski i ciuchy robocze jak my, tylko jakby mniej zniszczone, nowsze. Początkowo myśleliśmy, że to pracownicy instalacji, a z kolei ludzie z instalacji brali ich za pracowników Naftoremontu. Okazało się, że to były pieski z SB. Wszystkiemu się przypatrywali, przysłuchiwali.

Przed bramą gęstnieje tłum

Wybija godzina 14.00, fajrant. Przy bramie nr II przy wejściu na teren kombinatu z chwili na chwilę gęstnieje tłum. Nikt nie idzie do domu.  Autobusy, nie ruszają, nie wiadomo dlaczego. Pracownicy w grupkach zawzięcie rozprawiają, oczywiście o podwyżkach.

- To nie była zaplanowana akcja podziemia, tu wszystko działo się spontanicznie, na żywioł - wspomina Henryk Kamiński, który znalazł się w samym sercu wydarzeń.

Emocje rosną, zaczynają się okrzyki. „Chcemy chleba”.

Dyrektor petrochemii przemawia z beczki

Przed bramą zjawia się dyrektor MZRiP Włodzimierz Kotowski. - Był on niskiego wzrostu, więc aby było go widać i słychać, ktoś podstawił mu 200-litrową beczkę - opowiada Henryk Kamiński. - Z tej beczki zaczął nawoływać do rozejścia się, przekonując, że rząd rozważa cofnięcie podwyżki.

- Nie wierzymy! - odpowiedział mu tłum.

Ktoś rzucił, żeby iść pod Komitet Wojewódzki PZPR, który mieścił się w budynku przy Kościuszki, w którym dziś znajduje się Książnica.  

Ogromny pochód rusza spod bramy kombinatu

- To wszystko było spontaniczne, jeden drugiego zachęcał - wspomina Kamiński.

Ale wiele osób było spoza Płocka, śpieszyli się na autobus do domu. Tak było z Franciszkiem Wrześniewskim -  zanim podjęto decyzję o marszu na Komitet Wojewódzki, on był już w autobusie w drodze do Brudzenia. Grzegorz Karolak przeszedł z protestującymi jeden przystanek, bo też śpieszył się na autobus na wieś.

Wśród maszerujących jest Konrad Łykowski, późniejszy twórca płockiej Solidarności, wtedy jeszcze pracownik MZRiP. Wspomina po latach: ludzie wahali się - iść czy nie iść? W końcu przekonywali się nawzajem - patrzcie, uszli już 100-200 m, sami zostaną? Idziemy! Ruszyłem i ja. Może nie tyle chodziło mi wtedy o protest, co o to, żeby być razem z ludźmi.

„Oby nas tylko nie zepchnęli z mostu”

- Czy się baliśmy? Na pewno była obawa, co zrobi milicja - przyznaje Henryk Kamiński.- Po roku 1956, potem 1968 i 1970 wiedzieliśmy, do czego są zdolni, że mogą nas spałować. Przemknęła mi nawet myśl, żeby nas tylko nie pozrzucali z tego mostu nad Brzeźnicą.

Pochód wyrusza spod bramy nr II, sunie się w stronę miasta. Z kombinatu żwawym krokiem maszeruje kilkuset pracowników, ale im bliżej centrum, tym  ze wszystkich stron spontanicznie dołączają kolejne osoby.

- Przyłączyło się bardzo wielu przechodniów - potwierdza Konrad Łykowski. -  Widziałem, jak zmieniali kierunek albo po chwili zawracali i szli z nami, czasami tylko kawałek, czasami do końca.

Inni zagadywali, machali z balkonów i okien. „Dobrze, idźcie, idźcie” - kibicowali. Niech będzie koniec z pezetpeerowcami - dodawał ktoś mniej delikatny.

Na czele pochodu kobiety z dziećmi. Obrona przed ZOMO

Gdy manifestanci muszą przepuścić jakiś samochód, Konrad Łykowski nie czeka, tylko przyśpiesza kroku. - Koniecznie chciałem zobaczyć, jak wygląda czoło marszu - opowiada. - Czołówka składa się z kilkudziesięciu kobiet z wózkami i dziećmi na rękach. To miała być chyba taka ochrona na wypadek, gdyby do akcji wkroczyło ZOMO. Ludzie uważali, że zomowcy nie zaatakują matek z dziećmi. To były bardzo odważne płockie kobiety.

Syrenka burżuja? Nie, to „swój”

Mniej więcej na wysokości ulicy Długiej w stronę kombinatu próbuje przecisnąć się syrenka. W tym ówczesnym szczycie marzeń motoryzacyjnych jechał Jakub Chmielewski, jego żona, niespełna roczny synek i 5-letnia córka.  - Od rana mówiło się o przygotowaniach do strajku w Centralnych Warsztatach MZRiP (dziś ZBA), ale o samym pochodzie dowiedziałem się dopiero w autobusie, gdy już  wracałem do domu - wspomina Jakub Chmielewski, wówczas pracownik biura projektów.

W domu powiedział do żony: „Chodź, musimy do nich dołączyć”. Postanowili odwieźć dzieci do teściów, którzy akurat byli na działce niedaleko kombinatu. Wsiedli do syrenki. Z maszerującymi spotkali się na Łukasiewicza. - Na początku przechodzący walili nam w dach syrenki rękami, pewnie myśląc, że burżuj w syrence przeszkadza w proteście, ale zaraz ktoś się za nami wstawił, że jesteśmy „swoi” - opowiada Chmielewski.

Po zostawieniu dzieci u teściów, syrenka zaparkowała na pl. Obrońców Warszawy. Stamtąd, już we troje, bo do małżeństwa dołączył jeszcze wuj - podeszli pod Komitet Wojewódzki PZPR na Kościuszki, do którego zmierzał tłum, liczący - jak podają historycy - ok. 2-3 tysięcy osób.

Reporterski aparat schowany pod kurtką

Henryk Kamiński: Na Kobylińskiego pochód się rozdzielił, część poszła prosto, a część skręciła, by do komitetu przejść deptakiem.

Właśnie na Tumskiej maszerujących spotkał 24-letni wówczas Jerzy Stella Łukasik, już w tamtym czasie superwróg władzy ludowej, kilka lat wcześniej wyrzucony z petrochemii za „niewyparzony język”.  - W czerwcu 1976 r. pracowałem w wydziale geodezji Urzędu Miasta i na Tumskiej spotkałem maszerujących, a ponieważ mieszkałem na Sienkiewicza, wpadłem tylko szybko do domu po aparat. Miałem taki duży, reporterski aparat, schowałem go pod kurtkę i pobiegłem na Kościuszki pod komitet.

Fotograf dostał podwójny łomot. Tylko butów żal

Aby zrobić dobre zdjęcie, postanowił wejść na dach niewysokiego budynku naprzeciwko dzisiejszej Książnicy. - Ale zaczęli mnie ściągać z tego dachu i skończyło się podwójnym łomotem. Od milicji, która myślała, że jestem jednym z protestujących, i od demonstrantów, którzy myśleli, że jestem z milicji - w głosie pobrzmiewa wesołość.

Udało mu się uciec, a dziś, po 40 latach, najlepiej pamięta... zniszczone buty na wysokich koturnach, które wtedy obok dzwonów, czyli spodni z szerokimi nogawkami, były najnowszym krzykiem mody. Podczas akcji na dachu urwał się obcas jednego z butów. - Jak na tamte czasy kosztowały majątek, tyle wyrzeczeń! - nie może odżałować Jerzy Stella Łukasiak.

W budynku partii poleciały szyby

Pod Komitetem Wojewódzkim skandowano hasła. Część w miarę grzecznych, o wolności i chlebie, ale parę razy wymsknęły się i „skurwysyny” , i „powywieszamy was”. - Wyszedł do nas jakiś mężczyzna, który nawoływał, żeby się rozejść i wycofać, ale lud był rozwścieczony, poleciały chyba jakieś szyby, więc jak mniemam w ruch musiały pójść kamienie czy cegłówka  - opowiada Henryk Kamiński.

- Na nasze okrzyki „Chcemy chleba” ktoś wyszedł, rzucił garść moniaków i mówi: „To sobie kupcie” - wspomina z kolei Jakub Chmielewski.

Wśród protestujących wzbiera złość. Kilkunastu osobom udaje się wejść do środka.

Milicja kryła się w bramach

Konrad Łykowski: już w trakcie pochodu po bramach i bocznych uliczkach kryli się milicjanci, ale bali się zaatakować pochód, więc czekali aż się skończy.

Około 17.00 - relacjonuje Henryk Kamiński, od strony pomnika Broniewskiego nadciąga kordon milicji z tarczami i w hełmach. - To natarcie milicjantów nie było jakieś bardzo dramatyczne, przynajmniej dla mnie, puk, puk, pałeczka, jakieś przepychanki, nie bolało za mocno - wspomina Henryk Kamiński.

Jedzie ZOMO, będzie łomot

Groźniej zrobiło się, gdy Jakub Chmielewski, który krążył swoją syrenką po całym mieście (był m.in. pod Fabryką Maszyn Żniwnych, by powiadomić załogę o tym, co dzieje się w centrum, ale przegoniła go straż przemysłowa, która nie wypuszczała pracowników) zobaczył na wysokości Stanisławówki jadące od strony Warszawy oddziały ZOMO.

- Mieliśmy już wracać do domu, ale gdy zobaczyliśmy kolumnę ZOMO w pełnym umundurowaniu, postanowiliśmy wrócić i ostrzec tych, którzy zostali pod komitetem, że będzie łomot  - wspomina  Jakub Chmielewski. Na Sienkiewicza zobaczyli jednak garstkę ludzi już otoczoną zomowcami, więc uciekli do domu. - W dzienniku o 19.30 podali, że cofnięto podwyżki, ale już nie było jak zawiadomić tych okładanych pałkami ludzi, że nie ma o co walczyć.

Przepychanki z ZOMO przy kawiarni Agnieszka

Zomowców na Jachowicza widział też Konrad Łykowski. Współtwórca płockiej Solidarności opowiada, że po tym, jak część maszerujących rozdzieliła się na grupy idące albo do FMŻ, by powiadomić załogę fabryki o, tym, co się dzieje w centrum, albo na Kościuszki, albo rozchodzące się w swoją stronę, on sam poszedł do domu. Zjadł obiad i... nie wytrzymał - wrócił z powrotem.

 - Gdy szedłem Jachowicza, na wysokości Kochanowskiego koło kawiarni Agnieszka i budki z piwem, zobaczyłem kręcące się ZOMO. Na rogu Kochanowskiego i Jachowicza doszło do przepychanek z grupkami ludzi. Ja wyglądałem zza budynku i nagle dostałem pałką, jeszcze wtedy nie mieli setek. Dostałem ze trzy pałki i opłotkami wróciłem do domu, żeby nie oberwać.

Najwytrwalsi zostali do wieczora

Dla Henryka Kamińskiego protest skończył się ok. 20.00, gdy udał się na dworzec autobusowy, by nie uciekł mu ostatni tego dnia autobus do Duninowa. 

Najbardziej wytrwali protestowali do wieczora. Około 20.30 pod komitetem znajdowało się jeszcze kilkaset osób. Tłum rozproszył się dopiero, gdy do akcji wkroczyło ZOMO.

Łącznie w całej Polsce za udział w protestach tego dnia osądzono 272 osoby. W Płocku sądzono 34 mieszkańców - 18 skazano na kary od dwóch do pięciu lat, 15 - na kary w zawieszeniu, a jedną osobę uniewinniono. Kilka dni później doszły zwolnienia z pracy, wilcze bilety i szykany.

Potępić warcholstwo i burzycieli ładu

Kilka dni po protestach, 28 czerwca, przedstawiciele władzy zorganizowali kontrmanifestację. Podczas wiecu przed teatrem, na który pracowników kombinatu zwożono autobusami, uczestników pochodu nazwano warchołami, którzy zakłócili spokój w zakładach pracy. - Opowiadano mi, że były odezwy i odczyty, by potępić burzycieli ładu - wspomina Henryk Kamiński.

Słysząc o warchołach, Jerzy Stella Łukasiak, ten sam, któremu 25 czerwca udało się uciec z Kościuszki z aparatem fotograficzny, nie wytrzymuje: - Jak wam nie wstyd! Sami jesteście warchołami! - krzyczy.

Za to trzy dni spędza na dołku, potem rozpoczynają się przesłuchania. W sumie nie było go w domu jakiś tydzień. W sam raz na skrupulatną rewizję w mieszkaniu.  - Na szczęście żona zdążyła ukryć te najgorsze ulotki pod kołyską, w której spało nasze najmłodsze dziecko i nic nie znaleźli - opowiada. To wszystko to jednak nic w porównaniu ze stanem wojennym.

Wilczy bilet za warcholstwo

- Jak się nagle zostanie bez chleba, to to może utkwić w pamięci, nie? - ironizuje Henryk Kamiński. Ale wtedy nie było mu do śmiechu.  Gdy kilka dni po protestach, 1 lipca, ni stad ni zowąd dostaje dyscyplinarkę za „rażące naruszenie prawa pracowniczego”, 24-letni Henryk jest rok po ślubie, a żona spodziewa się dziecka. - A tu chleba nie ma - wspomina były opozycjonista.

Żona pana Henryka: To okropne usłyszeć, że nie ma pracy, tym bardziej, że spodziewaliśmy się dziecka. Było nam wtedy bardzo ciężko, zresztą nie tylko nam, wiele osób tak odczuwało - mówi cicho pani Kamińska. Nie chce wracać do tamtych czasów, nie wybiera się na uroczystości. - Było minęło, nie odstanie się.

Kamiński zostaje bez środków do życia, za to z wilczym biletem.  Wszystkie drzwi są dla niego zamknięte. - Gdy szukałem pracy, rozmawiano ze mną chętnie i przyjaźnie, dopóki nie pokazałem świadectwa pracy o zwolnieniu z osławionego artykułu 52., wtedy kazano mi zwykle szybko opuścić zakład - wspomina. - Życzliwi radzili, żebym wyjechał na rubieże wschodnie do jakiegoś PGR-u.

„Heniu, zapomnijmy o wszystkim”

Do pracy Henryk Kamiński został przywrócony dopiero po czterech latach - w 1980 r., dzięki interwencji m.in. Jerzego Tokarczyka, przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego Region Płock.

- Przed stanem wojennym wszyscy jeszcze bali się Solidarności - wspomina Henryk Kamiński. - Dyrektor, ten sam, który cztery lata temu mnie zwalniał, poklepał mnie po plecach i mówi: „No, Heniu, zapomnijmy o wszystkim”.

Wrogom socjalizmu ręki się nie podaje

Areszty, wyrzucenie z pracy to najcięższe kary. Ale wyzywanie od warchołów, wrogów socjalizmu, którym nie podaje się ręki, i zero premii czy nagród było nie mniej dokuczliwe. - Najbardziej aktywnych było nas sześciu - Henia Kamińskiego i Jasia Kaczorowskiego zwolnili, a nas - warchołów - nękali - opowiada Grzegorz Karolak. - Pomijali przy premiach, upokarzali. Jako warchoły zawsze - jak to się mówi - byliśmy po tyle. Sowiecka propaganda jest najlepsza na świecie, lepsza niż Goebbelsowska.

Musieli nadrabiać pracowitością, być najlepszymi fachowcami, by nie można ich było zwolnić. - Żyje się z pieniędzy nie z idei, a w domu na chleb czekała czwórka dzieci. Na szczęście wychowałem ich na porządnych ludzi - mówi Karolak.

Buntownik, co nie chciał żywić rusków

W latach 80. wszyscy stali się działaczami Solidarności. - Nie mam wątpliwości, że strajki i protesty z lat 1956, potem 1968, 1970 i 1976 to podwaliny Solidarności - uważa Henryk Kamiński, który potem, przez 12 lat był przewodniczącym związku w Naftoremoncie.

Konrad Łykowski: Gdy wtedy 25 czerwca, część osób odłączyła się od pochodu i poszła do FMŻ, by powiadomić załogę fabryki o protestach, to była taka solidarność przez małe „s”, a cztery lata później - przez takie duże „S”.

Jakub Chmielewski: Mam akowskie korzenie, oboje rodzice byli w Armii Krajowej. Zawsze znałem testament AK i myślę, że tu są podwaliny późniejszej walki o niepodległość w 1956, 1968, 1970, 1976, 1980. Czerwiec 1976 był konsekwencją, która przybliżała nas do Solidarności, z którą szliśmy ku niepodległości w Europie środkowo-wschodniej. Ale o tę wolność nadal trzeba się troszczyć

Henryk Kamiński: Wyssałem to chyba z mlekiem matki. W domu o komunistach mówiło się źle. Ojciec był buntownikiem, nie chciał się zapisać do PZPR ani nawet do ZSL-u.  Zamknęli go za obowiązkowe dostawy - tamtych czasach obowiązkowo trzeba było dostarczyć państwu kontyngent żywności. Trzeba było im odstawić masło, mięso, zboże, ziemniaki, wszystko. A ojciec miał akurat cielną krowę, której się w tym okresie nie doi, by mogła wyżywić cielątko. Nie było nawet mleka dla nas. Ale wyjaśnienia na nic się zdały. Mimo że Stalin umarł w 1953 r., jego duch hulał jeszcze parę lat po tych naszych urzędnikach. Ojciec na dwa miesiące trafił do więzienia. „Buntownika, których nie chciał żywić rusków”, puścili tylko dzięki temu, że mama dostarczyła im w końcu tę żywność.

„Ty, głupi, warto było?”

Grzegorz Karolak: Ojciec pod Piłsudskim służył 16 lat, potem były więzienia, okopy. Skończył z rentą 700 zł, tak to go Polska doceniła. Pytają mnie: „Ty, głupi, warto było?". A ja gdybym jeszcze raz miał żyć, to tak samo bym zrobił. Mam tylko pretensję do pokolenia moich dzieci, że rozmienili na drobne ideały Solidarności. Dziś zostały z niej strzępy. Łezka trochę cieknie.

Płock w cieniu Radomia i Ursusa

Czerwiec 1976 kojarzy się przede wszystkim z Radomiem i Ursusem. Fakt, że tam protesty były szerzej zakrojone i brutalniej stłumione, ale zdaniem Henryka Kamińskiego, to niejedyna przyczyna. - Myślę, że stało się tak dlatego, że Płock był szykowany na miasto, w którym miały się odbyć centralne dożynki i Gierek nie przyjechałby do miasta warchołów. Partia nie chciała tego nagłaśniać - podejrzewa Henryk Kamiński.

- Dlaczego o Płocku mało kto pamięta? - zastanawia się Jakub Chmielewski. - Może dlatego, że w Ursusie i Radomiu powstał KOR, który zadbał o to, by upamiętnić te zdarzenia. Do nas biuletyn KOR-owski „Robotnik” dotarł dopiero pod koniec lat 70. Dobrze, że wspomina się dziś tych ludzi, którzy oberwali pałkami po plecach, trafili do aresztu albo zostali zwolnieni z pracy. Ale to nie może być incydent, takie obchody powinny być co roku.

 A dziś co mamy? Dziadostwo

Henryk Kamiński, za udział w protestach z Czerwca’76 odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski: Nie narzekam na to, co mnie spotkało. Jeszcze raz bym postąpił podobnie, tylko chyba ze zdwojoną siłą, żeby ICH wyeliminować z życia publicznego. Niech sobie żyją, ale w kącie, a nie na piedestałach, ograbiając z ciężkiej krwawicy ludzi pracy. Mam czyste sumienie, jak się golę, to się nawet mogę do siebie uśmiechnąć. Ale wobec tego łajdactwa, dziadostwa jestem bezsilny.

W 2012 roku Henryk Kamiński po 43 latach pracy w Naftoremoncie przeszedł na emeryturę. Otrzymuje niższe świadczenie z powodu braku ciągłości zatrudnienia - do wyższej emerytury zabrakło mu tych czterech lat, gdy został wyrzucony z pracy z wilczym biletem. Kolejna rozprawa o unieważnienie wyroku sprzed 40 lat odbędzie się na początku lipca w płockim sądzie...

Fot. Protest na zdjęciach Jerzego Stelli Łukasika, wykonanych na chwilę przed ucieczką z Kościuszki, na kolejnych zdjęciach: Henryk Kamiński (stoi w środku, fot. Portal Płock), Konrad Łykowski (fot UMP), Franciszek Wrześniewski (fot. Krzysztof Wiśniewski).

Niedzielna wizyta prezydenta RP Andrzeja Dudy zakońcczyła trzydniowe obchody 40. rocznicy Czerwca 1976 r. Relacja wkrótce na naszym portalu, fotoreportaż można zobaczyć tutaj:
 

 

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE