Pogłoski o nożowniku pojawiły się w mediach społecznościowych, a następnie z problemem, który miał dotknąć bliską jej osobę, zgłosiła się do nas zaniepokojona czytelniczka.
- Facet jest chory i jeśli bierze leki to powiedzmy, że zachowuje się normalnie. Ale jak ich nie bierze to awanturuje się na klatce, zaczepia ludzi, biega z nożem, rzuca butelkami. Mało tego - jak kogoś sobie upatrzy, grozi ludziom, że ich pozabija - mówi nam pani Liliana (imiona w tekście są przypadkowe i zostały zmienione ze względu na prośbę o anonimowość).
Sytuacja zrobiła się głośna latem, gdy mężczyzna miał zaczepiać pracownice budki z lodami, ale jak usłyszeliśmy od innej mieszkanki, pani Krystyny, trwa znacznie dłużej.
- To zaczęło się już dawno, praktycznie gdy tylko się sprowadził. Wcześniej mieliśmy tu taki mały sklep, to miał nawet zakaz wstępu, bo przychodził tam z nożem. Non stop zaczepia ludzi - kilka dni temu sąsiadka miała z nim zajście. Nie patrzy na to, do kogo podchodzi. Straszy nawet dzieci. Czasami wręcz boimy się wyjść z psem - relacjonuje.
Kolejni lokatorzy wspominają, że "nożownik" jest im znany, choć nie doświadczyli niebezpiecznych sytuacji z jego udziałem.
- Czasami - nie wiem, czy gdy wypije, czy coś weźmie, czy może leki pomiesza z alkoholem - to słyszę jak wychodzi na klatkę, zaczyna krzyczeć i wyzywać. Nawet nie musi to być skierowane do konkretnej osoby. Wtedy po prostu nie wychodzę z domu, a jeżeli muszę, to po cichu, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Z nożem go jeszcze nie widziałam, ale możliwe, że inni sąsiedzi tak - dodaje pani Aniela.
Potwierdza też to, co opisała nasza czytelniczka - gdy mężczyzna jest trzeźwy, zachowuje się normalnie.
- Potrafi powiedzieć "dzień dobry", wtedy odpowiadam. Czasem przez długi czas jest cisza, nic od niego nie słychać, a jeżeli już, to tylko muzykę puszcza - tłumaczy.
Mieszkańcy twierdzą, że policja jest bezradna
Gdy pojechaliśmy na miejsce, naszych rozmówców zapytaliśmy o reakcję służb na zachowanie mężczyzny.
Wiele osób wspomniało, że jest on znany policji, choć reakcje funkcjonariuszy nie są ich zdaniem takie, jakie być powinny.
- Kilka razy przyjeżdżali. Raz go nawet skuli w kajdanki, ale on poprosił o możliwość telefonu do matki, która jest gdzieś tam wysoko postawiona w sądzie, to go zostawili - opowiada pani Krystyna.
Przeszkodą w działaniach, na którą kilku lokatorów zwróciło uwagę, ma być także choroba psychiczna.
- Chodzi plotka, że niedługo mają go zabrać na oddział zamknięty, ale ile w tym prawdy, to nie wiem - dodaje pani Liliana.
Jak to często bywa w tego typu sytuacjach, znaczna część sąsiadów zwyczajnie boi się również powiadamiać służb, w obawie przed ewentualną zemstą.
- Ktoś zadzwoni, wezmą go nawet na dwa dni i wypuszczą, a potem będzie się mścił. W naszym kraju niestety jest tak, że musi stać się komuś krzywda, żeby była reakcja - ubolewa pani Aniela.
Rzeczniczka prosi, by zgłaszać niepokojące incydenty
Choć oczywiście strach lokatorów jest zrozumiały, bez zgłoszeń policja rzeczywiście niewiele może zdziałać.
- Od 15 sierpnia nie otrzymaliśmy w tej sprawie żadnego zgłoszenia. Jeśli mówimy o zagrożeniu zdrowia lub życia, mieszkańcy powinni alarmować policję pod numerem 112. Gdy takiego nie ma, ale dochodzi do niepokojących incydentów, sprawę należy kierować do dzielnicowego - wyjaśnia kom. Monika Jakubowska, oficer prasowa płockiej policji.
Jakiś czas temu czytelnicy informowali nas o ekshibicjoniście przy ul. Pszczelej.
Tamten mężczyzna nie otwierał drzwi policjantom, a Płocczanie obawiali się o swoje dzieci. Wówczas rzeczniczka poleciła, by złożyli, najlepiej w kilka osób, oficjalne zawiadomienie na komendzie.
Jak podkreślano - liczy się każdy sygnał, dodatkowa informacja, zdjęcie lub nagranie niewłaściwego lub niebezpiecznego zajścia.
Komentarze (0)