Reklama

Reklama

My nazywamy zbrodniarzy zbrodniarzami

Opublikowano: 5 listopada 2014 12:48
Autor:

My nazywamy zbrodniarzy zbrodniarzami - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Na spotkanie z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem oraz z historykiem Jackiem Pawłowiczem przybyło mnóstwo płocczan. – IPN nie rozmydla prawdy, ale nazywa zbrodniarzy zbrodniarzami – padło już na wstępie. – To wiedza szczególnie niebezpieczna dla tych, którzy wierzyli w komunizm, bronili czegoś, czego obronić się nie da – utrzymywał Szwagrzyk, który od kilku lat prowadzi prace ekshumacyjne ofiar komunistycznego bestialstwa.

Reklama

Na spotkanie z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem oraz z historykiem Jackiem Pawłowiczem przybyło mnóstwo płocczan. – IPN nie rozmydla prawdy, ale nazywa zbrodniarzy zbrodniarzami – padło już na wstępie. – To wiedza szczególnie niebezpieczna dla tych, którzy wierzyli w komunizm, bronili czegoś, czego obronić się nie da – mówi Szwagrzyk, który od kilku lat prowadzi prace ekshumacyjne ofiar komunistycznego bestialstwa.

Zainteresowanie tematem okazało się tak duże, że w poniedziałek wieczorem w Muzeum Mazowieckim trzeba było dostawiać krzesełka, a dla tych, dla których nie starczyło miejsca na dole, zostały balkony na wyższych piętrach.

Szwagrzyk opowiadał o kilkuletnich pracach ekshumacyjnych, które prowadził w różnych częściach Polski. – Prawo do pochówku jest czymś naturalnym, ale po 1944 roku działy się rzeczy, które nawet ciężko sobie wyobrazić. Ciało należało do państwa. Najpierw człowieka uśmiercano, a potem zamazywano miejsce pogrzebania, aby nie pozostawić najmniejszego śladu. W normalnym państwie na żołnierzy czekałyby pomniki i zaszczyty, tu nazwano ich przestępcami.

Przypomniał też, że chodzi o 50 tys. ludzi, którzy podjęli walkę z okupantem, za co spotkał ich więzienny areszt, rozstrzelanie, przerażający koniec w bezimiennym dole. To również ogromna tragedia dla rodzin, którzy do dzisiaj nie znają miejsc ich pochówku. Pokazywał zdjęcia, na których ofiary dla oprawców były tylko kolejnymi numerami do wyeliminowania i skatalogowania, po prostu ułożonymi przy drzwiach do garażu.

Aby bliscy mogli ich odnaleźć, skazani sami podsuwali wskazówki w listach lub wyszeptane współwięźniowi, jak włożenie do ust medalika z Matką Boską. Przydatne w tym celu okazały się także fotografie wykonane dla celów gospodarczych w latach 40. i 50. Za każdym razem trzeba zwracać uwagę na odcień koloru ziemi, czy ten jest jasny czy ciemny. Przy ciemnym istnieje spora szansa, że chodziło o jakieś świeże groby.

Zamordowani podstępem we śnie

W dworku w Dworzysku w powiecie nyskim Szwagrzyk szukał miejsc pochówku partyzantów z oddziału NSZ Henryka Flamego, ps. Bartek. Chodzi o jakieś 150 - 200 osób zamordowanych w dość perfidny sposób, którzy w latach 1945-1946 działali na Podbeskidziu. Do oddziału Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego wprowadziło własnych tajniaków. Ci mieli udawać agentów z Zachodu, którzy przerzucą cały oddział za granicę. Przebrano ich w specjalne mundury, żeby wszystko uwiarygodnić. Na miejscu była kolacja i alkohol, w nim środki nasenne. Śpiących partyzantów najpierw uduszono, a następnie wszystko wysadzono w powietrze.

Znalezieni w szambie

Znajdują fragmenty butów, klamerki od pasków. W trakcie badań na Opolszczyźnie natrafili na czaszki we fragmentach, ze śladami pęknięć. Wszystkie leżały w szambie na terenie dawnej posiadłości Scharfenberg.

Ci, którzy schodzili po schodach

Większość szczątków ma ciężkie obrażenia głowy, niczym od strzału. Otwór wlotowy mieści się w tylnej części czaszki, w potylicy. Bywa, że są to strzały z bliskiej odległości. W warszawskim więzieniu na Rakowieckiej na wykonanie wyroku czekało się nieraz 95-105 dni. Często prowadzono wtedy do pomieszczenia, gdzie znajdowały się schody prowadzące w dół. Kiedy więzień się schylił, padał strzał. Ciało wywożono i wrzucano z dużej wysokości do jakiegoś dołu, przysypywano wapnem i zakopywano. Żadnego nie umieszczano w trumnie. Miał nie zostać choćby najdrobniejszy ślad.

Taki los spotkał wielu z „Żołnierzy Wyklętych”, gen. „Nila” – Augusta Emila Fieldorfa, szefa Kedywu Komendy Głównej AK; płk Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”; rtm. Witolda Pileckiego; ppłk Łukasza Cieplińskiego, przywódcę Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”; mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, dowódcę 5. Brygady Wileńskiej. Kilku z nich udało się Szwagrzykowi odnaleźć, ale w dalszym ciągu nie ma wśród nich rotmistrza i generała Nila.

Bezimienna „Łączka”

Szwagrzyk dalej szuka. Zgodnie z zeznaniami Władyslawa Turczyńskiego, pracownika więzienia i grabarza, najpierw wywożono zwłoki na Służew, a mniej więcej od połowy 1948 roku na Powązki Komunalne, czyli na łąki tuż obok cmentarzy, Służewieckiego i Powązkowskiego. Dziś to miejsce na Powązkach oznaczono literą „Ł”, od Łączki. Prace są trudne, bo najpierw było tam śmietnisko, kompostownia, a teraz powstają kolejne nagrobki.

W drugiej połowie lat 50. Łączkę zasypano ziemią nawet do wysokości 1,5 metra. Zrównano wtedy cały teren. Nieoficjalnie chodziło jednak o groby przy więziennym murze, które było widać na zdjęciach lotniczych. Dzisiaj, kiedy historycy i archeolodzy docierają do tych grobów, okazuje się, że korzenie drzew powrastały w szczątki.

To, co pozostało

Zostały po nich guziki, metalowe przedmioty, przerdzewiałe medaliki Matki Boskiej Kodeńskiej i Matki Boskiej Częstochowskiej, krzyżyki powszywane w ubrania. Bywało, że także dorzucano nieśmiertelniki niemieckie, fragmenty mundurów, w których chowano ofiary, aby uwiarygodnić współpracę Akowców z niemieckim okupantem. To również oszczędność, drelichy więzienne zostawały dla kolejnych więźniów. Zdarzają się także fragmenty gazet. Owijano nimi głowy pomordowanych, aby ułatwić sobie sprzątanie i przewóz do miejsca, gdzie można było pozbyć się ciała.

Komandor pośmiertnie ułaskawiony

W latach 1950-1952 toczył się proces przeciwko siedmiu oficerom Marynarki Wojennej prowadzony przez Główny Zarząd Informacji. Zarzucono im działalność szpiegowską i dywersyjną. W trakcie procesu znęcano się nad nimi, aby zmusić do przyznania się do winy. Dowody, jak się okazało, zostały sfałszowane. Proces zakończył się wyrokami śmierci (dla komandorów: Roberta Kasperskiego, Stanisława Mieszkowskiego, Zbigniewa Przybyszewskiego, Jerzego Staniewicza i Mariana Wojcieszka) lub dożywotniego więzienia (otrzymał je komandor Wacław Krzywiec oraz Kazimierz Kraszewski), wydanymi przez Najwyższy Sąd Wojskowy.

Rozstrzelano komandora Mieszkowskiego, Przybyszewskiego i Staniewicza, w przypadku dwóch pozostałych w 1952 roku zastosowano prawo łaski. Cztery lata później wszystkich zrehabilitowano, a skazańców wypuszczono z więzienia, natomiast oficerów GZI i NSW zdegradowano i usunięto z Wojska Polskiego. Jeszcze do niedawna miejsca pochówku komandorów były nieznane. Kapitana portu Kołobrzeg Mieszkowskiego oraz komandora Przybyszewskiego odnaleziono w kwaterze „Ł” w lutym tego roku.

Zapora i Łupaszka

W czasie prac na Łączce przywrócono tożsamość wielu ofiarom zamordowanym przez bezpiekę i „wymiar sprawiedliwości” z lat 40. i 50., w tym mjr Hieronimowi Dekutowskiemu, ps. „Zapora” (w trakcie próby wydostania się z kraju w 1947 roku aresztowany, zamordowany w 1949 roku) oraz mjr Zygmuntowi Szendzielarzowi, ps. „Łupaszka” (aresztowany w 1948 toku i trzy lata później zamordowany, podobnie jak Zapora, w więzieniu na Rakowieckiej). W swojej pracy zespół Szwagrzyka opiera się na powstającej dokumentacji sądowo-lekarskiej oraz na badaniach genetycznych.

- Łupaszkę wrzucono do dołu, tak by leżał twarzą do ziemi z czterema innymi zamordowanymi – opisuje Szwagrzyk. Materiał genetyczny pobrali od jego córki, zaraz po jej śmierci. W przeciwnym razie identyfikacja byłaby już niemożliwa. W przypadku mjr „Zapory”, nie dysponowali żadnym materiałem porównawczym. Pobrano materiał od zmarłych kilkadziesiąt lat wcześniej rodziców, decydując się na ekshumację mogiły na cmentarzu w Tarnobrzegu.

Wśród pozostałych, którzy odzyskali swoje nazwiska, znaleźli się m. in. Władysław Borowiec (ps. „Żbik”), Henryk Borowy-Borowski (ps. „Trzmiel”), Józef Łukasiewicz (ps. „Walek”), Henryk Pawłowski, Wacław Walicki i Ryszard Widelski (ps. „Irydion”).

Trudno się szuka kolejnych zmarłych, ale najtrudniej tych, którzy spoczęli na cmentarzach, gdzie przez lata chowano następne osoby. Szuka się w alejkach, pod chodnikami, między nagrobkami. W dodatku tuż przy ciałach zamordowanych dostawiano groby działaczy zasłużonych władzy komunistycznej, jak sędzia Roman Kryże, który ma na sumieniu 80 wyroków skazujących.

Inka. Czy to jej ząb mleczny?

Jeden ze znalezionych szkieletów w tzw. półtrumnach (bez wieka) na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku okazał się szkieletem należącym do młodej kobiety z przestrzeloną czaszką. Odkryto ząb mleczny. – Z całą pewnością miała na sobie buty – mówił dalej Szwagrzyk, który stara się ustalić, czy chodzi i działaczkę AK o ps. „Inka”, czyli o Danutę Siedzikównę, która zginęła razem z Feliksem Selmanowiczem, ps. „Zagończyk”. Obydwoje mieli zostać rozstrzelani w gdańskim więzieniu, po czym ich ciała pogrzebano w nieznanym miejscu. Groby są płytkie, jakieś 50, 60 centymetrów pod ziemią.

Prawdopodobieństwo, że chodzi o Inkę, jest bardzo wysokie. Inka w chwili śmierci miała niespełna 18 lat. Jako sanitariuszka zaciągnęła się do wileńskiej AK. W Gdańsku, gdzie aresztowało ją UB, kompletowała zaopatrzenie medyczne. Wyrok śmierci wykonano 28 sierpnia 1946 roku. Każdy z żołnierzy z plutonu egzekucyjnego dostał po 10 sztuk amunicji do pistoletu maszynowego. Strzelali z odległości około 3 metrów. Wszyscy postanowili chybić, dlatego dowódca plutonu osobiście strzelił jej w głowę. Feliks Selmanowicz, który został wspólnie z nią pochowany, służył m. in. z mjr Łupaczką w V Wileńskiej Brygadzie AK.

„Cuda” w Łęgu

W drugiej części spotkania tragiczną kartę Mazowsza odsłaniał kierownik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej, historyk Jacek Pawłowicz. – Cały teren Łęgu może być wielkim cmentarzem – a na dowód tej tezy ma kilkanaście relacji mówiących o szczątkach odnajdywanych na polu.

Ciała chowano także w piwnicy.  – Ciężko było ze zdjęciem pierwszej warstwy ziemi, bo nagle stał się przedziwny cud - zepsuły się wszystkie koparki. Dopiero po odpowiedniej interwencji wójta Drobina jedna się znalazła. Praktycznie nic nie odkryliśmy. Już wiedzieliśmy, że tereny „wyczyszczono”. W tamtejszym dworku, gdzie odbywały się swoiste sabaty czarownic i mordy, w piwnicy odkopano ludzkie szczątki, a potem ponownie je zamurowano.

Tajemnice piwnic w byłej komendzie policji

W Płocku przy ulicy 1 Maja, w dawnym budynku komendy policji, mieściła się siedziba Urzędu Bezpieczeństwa. Na tyłach był dziedziniec. – Na fotografiach lotniczych widzimy różne kolory ziemi, one potwierdzają prowadzone w tych sadach prace ziemne – wyjaśnia historyk. - Przy fundamentach aresztu trafiono nawet na 2 szkielety, ale później wrzucono je do worka i ponownie zakopano – co miałoby potwierdzać tezę, że właśnie w tym miejscu najpierw poddawano torturom, a później mordowano żołnierzy polskiego podziemia i zwykłych płocczan.

Pawłowicz twierdzi, że ciała zakopywano na cmentarzu przy Kobylińskiego, niedaleko kaplicy. Skąd to wie? – Z relacji zięcia jednego z zamordowanych, który musiał wykopywać ciało własnego teścia. Mężczyznę zakatowano, rozbito mu głowę - opowiadał w muzem.

Dlatego - jak już pisaliśmy - chciałby sprawdzić podwórko za jeszcze niedawnym posterunkiem policji, ale w pierwszej kolejności chciałby dotrzeć do piwnicy. – Dostępne są cele od podwórka, gdzie na ścianach widać inicjały, wyryte nazwiska, napisy „Armia Krajowa” - opisuje. W tej części, która się zachowała, podłogę wyłożono płytkami, aby pomieszczenia przystosować do celów gospodarczych. Była tam akumulatorownia. – Cześć okien zamurowano, a wejście do piwnic zagruzowano. Ale dla mnie szczególnie cenne są te napisy na ścianach. Już kilka lat temu próbowaliśmy przebić się do tych pomieszczeń, ale się nie udało. Spróbujemy ponownie, kiedy miasto przejmie budynek na własność – zapowiada, a determinacji mu nie brakuje.

Dom publiczny na Winiarach

Wspomniał także o morderstwach w siedzibie UB w Gostyninie, których ofiary nigdy nie doczekały się godnego pochówku, oraz o dworku na Winiarach (po wojnie przejął go Urząd Bezpieczeństwa), gdzie w 1945 roku mieścił się obóz przejściowy dla volksdeutschów. – Trzymano w nim także żołnierzy podziemia. Odkryliśmy listy, w których znalazły się nazwiska ludzi wywiezionych na Wschód. W dodatku ubecy urządzili tam sobie dom publiczny, gwałcili kobiety.

Na Łączce znaleziono 196 ciał, wiele niezidentyfikowanych czeka w chłodni. W zeszłym tygodniu wpisano ją na listę cmentarzy wojennych. Szwagrzyk zapytano o pomoc państwa. Odparł dyplomatycznie, że dopiero na emeryturze napisze to wszystko, czego dziś nie może. Z kolei Pawłowicz zamierza kontynuować swoje badania, ponieważ, jak dodawał, chodzi tu o „zbrodnie popełnione na obywatelach mazowieckiej ziemi”.

Obaj panowie byli zgodni, że o tych zbrodniach nie wolno milczeć. Najwyższy czas, aby odsłonić wszystkie historie, choćby najbardziej mroczne. Dla rodzin ofiar trauma się nie skończyła, ale ciężko dociera się z takimi informacjami do „zwykłych zjadaczy chleba”.


Fot. Portal Płock

Czytaj też:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (3)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.