Co pół roku wraca dyskusja o kwestii zmiany czasu. Ludzkość wpadła na ten pomysł w XVIII wieku, ale na poważnie wprowadzili go Niemcy w czasie I wojny światowej. 30 kwietnia 1916 roku Niemcy oraz Austro-Węgry dogadały się, by przesunąć zegarki o godzinę do przodu - w ten sposób zaoszczędzili kluczowy surowiec, jakim był węgiel. Dzięki temu zabiegowi lepiej wykorzystywano bowiem światło dzienne. Pomysł podchwyciły inne państwa europejskie i tak się zaczęło.
Przez Europę przetoczyły się dwa wielkie konflikty, sojusze się zmieniły, a zmiana czasu pozostała. Dziś praktykuje go 79 państw. W Polsce na stałe zmianę czasu wprowadzono w 1977 roku. Współczesne obliczenia wskazują, że oszczędność energii z tytułu zmiany czasu to ok. 0,1-0,2% rocznej konsumpcji.
Pojawia się wiele argumentów, by z tego zrezygnować. Poważna debata na forum Unii Europejskiej na ten temat trwa od 2018 roku i do tej pory nie osiągnięto porozumienia. Zwolennicy wskazują, że zmiana czasu "wydłuża" dzień - człowiek lepiej funkcjonuje, gdy jest widno. Z drugiej strony eksperci nie mają złudzeń, że zmiana czasu 2 razy w roku ma wpływ na nasz organizm, zwłaszcza w początkowej fazie po "stracie" godziny. Czyli właśnie tej nocy. Jeśli więc będziecie potrzebować tydzień lub dwa na przystosowanie się do zmiany to wiedzcie, że jest to normalne.
Warto podkreślić, że choć zmiana czasu ma mnóstwo wad - od gospodarczych po zdrowotne - to ma też sporo plusów. Sztuczne dostosowanie zegarka ma swoje oczywiste zalety. Gdybyśmy tego nie robili to w zależności od wybranego czasu słońce latem wstawałoby już tuż po godz. 3:00, a słońce zachodziło znacznie wcześniej (czas zimowy latem) lub wschody słońca nawet po godz. 8:00 (czas letni zimą).
Dyskusja dyskusją, a zegarki trzeba przestawić. To dziś w nocy, czyli z 28 na 29 marca, dokładnie o godz. 2:00. Zegary nie wybiją 2:01, a od razu 3:01.
Komentarze (0)