Reklama

Reklama

Jacek Kruszewski: z taką grą to my się w Ekstraklasie nie utrzymamy [WYWIAD]

Opublikowano: 3 czerwca 2020 09:27
Autor:

Jacek Kruszewski: z taką grą to my się w Ekstraklasie nie utrzymamy [WYWIAD] - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Sport Nie powiedziałbym „dzień dobry”. Najgorsza jest bezsilność, kiedy wydaje się, że zrobiło się wszystko jak najlepiej, a wyniku nie ma. Wynik wynikiem, ale najbardziej zmartwiła mnie gra. Musimy powiedzieć sobie krótko – z taką grą to my się w lidze nie utrzymamy. Albo się pozbieramy, tak jak jesienią po 0:5 w Lubinie, kiedy po kilku kolejkach byliśmy liderem Ekstraklasy albo będziemy na dnie. Wtedy, w Lubinie, po jeszcze gorszym meczu w naszym wykonaniu, potrafiliśmy się podnieść i na tym opieram swój optymizm. Ci piłkarze nie zapomnieli jak się gra w piłkę - mówił 20 godzin po meczu Koroną Kielce prezes Jacek Kruszewski.

Reklama

Prezes Jacek Kruszewski jeszcze kilkadziesiąt minut po ostatnim gwizdku siedział samotnie na trybunie honorowej i przeżywał wysoką porażkę z Koroną Kielce. O słabym okresie Nafciarzy, pracy Marka Jóźwiaka, rozstania z Pawłem Nowackim, Marcinem Kowalskim i Mariuszem Mucharskim, planach na najbliższe dni rozmawialiśmy z prezesem Jackiem Kruszewskim.

Nie powiedziałbym „dzień dobry”. Najgorsza jest bezsilność, kiedy wydaje się, że zrobiło się wszystko jak najlepiej, a wyniku nie ma. Wynik wynikiem, ale najbardziej zmartwiła mnie gra. Musimy powiedzieć sobie krótko – z taką grą to my się w lidze nie utrzymamy. Albo się pozbieramy, tak jak jesienią po 0:5 w Lubinie, kiedy po kilku kolejkach byliśmy liderem Ekstraklasy albo będziemy na dnie. Wtedy, w Lubinie, po jeszcze gorszym meczu w naszym wykonaniu, potrafiliśmy się podnieść i na tym opieram swój optymizm. Ci piłkarze nie zapomnieli jak się gra w piłkę.

Rozmawiamy po meczu z Koroną Kielce. Czy była już rozmowa z pionem sportowym na temat wczorajszego meczu i ostatnich meczów? To nie jest pierwszy, kiedy Wisła dostaje lekcję futbolu. Mecz można przegrać, ale Wisła od kilku tygodni dostaje lekcje piłki, jak choćby z Rakowem Częstochowa.

Nie przesadzajmy, bo np. z Pogonią Szczecin przez 80 proc. meczu byliśmy lepsi. W meczu z ŁKS-em, kiedy oni byli jeszcze bardzo mocno w grze o utrzymanie, też nie byliśmy gorsi, postawiliśmy się rozpędzonej Wiśle krakowskiej, a w Gdyni wygraliśmy absolutnie zasłużenie. Bardzo słabo zagraliśmy z Rakowem, nienajlepszy w naszym wykonaniu był mecz z Zagłębiem Lubin. Nie przesadzajmy więc, że gramy jakoś dramatycznie źle.

Kilku osobom z naszego środowiska wydaje się, że powinniśmy być już czołowym klubem Ekstraklasy, nie wiem tylko na jakiej podstawie wysuwane są takie opinie. Oczywiście jesteśmy zawiedzeni tym, co się wydarzyło w niedzielę, ale czemu nie wspomina się  o tym, że mamy dziś o 12 punktów więcej, niż w poprzednim sezonie na tym etapie? Podkreślam: 12 punktów więcej. To jest znacznie lepszy wynik, niż przed rokiem, lepszy także niż w pierwszym sezonie po powrocie do ligi. Wyciąganie więc dziś konsekwencji i krzyczenie, że jest „dramat”, jest po prostu chore. W nowożytnej historii więcej oczek o tej porze Wisła miała tylko raz, za trenera Brzęczka, notabene również początkowo odsądzanego przez naszych pseudofachowców od czci i wiary, a dramaty to były wtedy, jak klub spadał do 2 ligi.

Żeby była jasność: jesteśmy bardzo niezadowoleni z tego, co się wydarzyło. Były rozmowy z trenerem, trwa dogłębna analiza meczu i tego, dlaczego zawiedli nasi podstawowi piłkarze. Do nich mamy największe pretensje i co ważne oni sami mają pretensje do siebie. W Koronie nie grają jacyś topowi zawodnicy, a my popełnialiśmy proste błędy i traciliśmy szkolne bramki. Momentami wyglądało to jak na sparingu, bo mecz bez kibiców to trochę jak sparing, ale my nie możemy tak grać! Dobre było tylko pierwsze pół godziny. Byłem pod wrażeniem, jak zespół wszedł w mecz i realizował założenia, a po 1:0 mieliśmy jeszcze okazje na podwyższenie wyniku, choćby Mateusz Szwoch, który był bliski zdobycia gola.

Moim zdaniem Mateusz Szwoch rzadko się zachowuje dobrze.

Nie będę tu indywidualnych cenzurek wystawiał. Tak jak powiedziałem: są piłkarze, od których oczekujemy znacznie więcej i oni od siebie także.

Wyciąganie daleko idących wniosków zostawiam to anonimowym komentatorom. Musimy się po prostu pozbierać, bo nie ukrywam: z taką grą nie mamy czego szukać w lidze, a wtedy 8 lat ciężkiej pracy mojej i kilku innych osób zostanie zaprzepaszczone. Nie możemy popadać w minorowe nastroje i piętnować piłkarzy na 10 kolejek przed końcem. Przeżywaliśmy trudne momenty na jesieni, a chwilę później byliśmy liderem. Dajmy zawodnikom i trenerom czas.

Mogę też dodać, że zespół bardzo mocno przeżył to, co stało się z Rafałem Wolskim. To profesjonaliści i w zasadzie nie powinni o tym myśleć, ale to, co się wydarzyło na treningu, wstrząsnęło zawodnikami, trenerami i wszystkimi w klubie. Bardzo na niego liczyliśmy, bo wyglądał znakomicie na treningach i w grach wewnętrznych.

Ale tak jak trener Sobolewski powtarza: kontuzje są czymś normalnym. Jutro kontuzję może odnieść pięciu innych zawodników. To co, po prostu się położymy i przestaniemy grać w piłkę?

Tego nie mówię. Ale to jedna ze składowych, bo Rafał przez dwa miesiące pokazał, że może wnieść nową jakość do drużyny i nagle wypadł. Wszyscy na niego liczyliśmy. 

Moim zdaniem trzeba odpowiedzieć na pytanie: czy zespół ma problem mentalny? Przez pół godziny graliśmy bardzo dobrze, a rywal nie oddał żadnego strzału. Czy problem jest w przygotowaniu na tym etapie? Dwa miesiące bez grania to też znak zapytania. Wszędzie uczą się tej sytuacji z lepszym lub gorszym skutkiem. Oglądałem wszystkie mecze Ekstraklasy i niektórzy wyglądają już solidnie, ale np. Pogoń czy Wisła z Krakowa zagrały chyba jeszcze gorzej od nas.

Proszę wszystkich życzliwych klubowi, żeby nam ufali i dali trenerowi, który przypominam został dwa razy trenerem miesiąca, a trybuny skandowały jego nazwisko, pracować. Sytuacja nie jest jakaś dramatyczna, mamy jeszcze dużo meczów przed sobą i dużo punktów do ugrania. Trzeba tylko wyciągnąć odpowiednie wnioski i gryźć trawę w meczach.

Problem polega na tym, że my kiepsko gramy w piłkę i przede wszystkim nie zdobywamy punktów. Dużo meczów mają przed sobą też Korona Kielce i Wisła Kraków. Korona się rozpędza, Wisła na razie stanęła, ale nie zgodzę się, że komfort jest jakiś bardzo duży.

Zdobywamy. Mamy 36 punktów, czyli tyle ile przed rokiem po 33. kolejce.

Z czego większość zdobytych jesienią, w tym po serii 6 zwycięstw.

Ale jesienią rozegraliśmy 20 meczów, a wiosną 7. OK, mówię - nie jesteśmy zadowoleni z tego co się wydarzyło. Przegraliśmy w bardzo słabym stylu, jestem rozczarowany już nawet nie tyle wynikiem, co postawą zespołu przez godzinę. Ale to już historia, teraz trzeba się szybko pozbierać, nie ma czasu lamenty. Za chwilę zaczynamy grać co 3 dni i mamy przed sobą zespoły, które grają o wysokie cele. Jagiellonia o ósemkę, a Śląsk i Cracovia walczą o medale. Musimy bezwzględnie punktować, bo wszyscy wiemy, jaka jest stawka. Mamy ludzi, którzy wiedzą, co robią. Radosław Sobolewski ma ogromne doświadczenie boiskowe i myślę, że teraz będzie to bardzo ważne, będzie umiał dotrzeć do piłkarzy. Będziemy się też zastanawiali nad pomocą psychologa sportowego. Myślę, że problem w sferze mentalnej jest, bo zespół traci pierwszą, zaraz drugą bramkę i przestaje grać.

Tak to wygląda nie pierwszy raz.

W Krakowie odrabialiśmy straty, z Zagłębiem także, więc można. Jako zarząd nie będziemy trenerowi narzucać metod pracy i namawiać, do skorzystania np. z psychologa. Dotychczas szkoleniowiec za każdym razem odpowiadał, że nie jest to potrzebne. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy potrzebna jest praca z psychologiem, a może zmiana formuły treningowej, zmniejszenie lub zwiększenie obciążeń. A może jeszcze coś innego. Jest o czym myśleć i nad czym pracować.

W tym się chyba zgodzimy, że kadra nie jest może na mistrzostwo Polski, ale też nie na spadek z ligi.

Nie ma takich reguł. Kilka lat temu Piast Gliwice bronił się przed spadkiem do ostatniego meczu, a rok później zdobył mistrzostwo Polski, praktycznie tym samym zespołem. Gra idzie o ogromną stawkę i w Ekstraklasie nikt się nie położy. Pytanie też, jak będą drużyny wyglądały w końcówce tego szalonego sezonu. Mamy taki zespół, na jaki nas było stać. Nie mam zamiaru mówić, że wszystkie transfery się udały, bo nigdzie, także u nas tak nie jest i nie będzie. Zawsze zespół mógłby być lepszy, ale my naprawdę oferujemy niewielkie na ligę pieniądze i w dodatku zapraszamy do występów na takim, a nie innym obiekcie. Musimy tak dobierać piłkarzy, żeby gwarantowali nam jakąkolwiek jakość i często to się nie udaje. Od zespołu oczekuję znacznie więcej, niż pokazał w niedzielę. Wierzę w tę ekipę i liczę, że po tym falstarcie będzie już tylko lepiej.

Jakie były powody rozstania z Pawłem Nowackim i Marcinem Kowalskim, czyli fizjoterapeutą i masażystą? Pracowali w klubie po kilkanaście lat, znają go od podszewki. Nie uważam, żeby fizjoterapeuci byli w tym momencie największym problemem.

Najgorzej, kiedy o różnych rzeczach wypowiadają się ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia jak jest, czy było naprawdę.

Mam swoje podejrzenia.

Jakie? Że jest jakiś układ, czy że Kruszewski celowo działa na szkodę Wisły Płock? Co to jest w ogóle za temat? Od podejmowania decyzji, także niepopularnych, jest zarząd i takie podejmujemy, niestety niekiedy ze zbyt dużym nawet wahaniem. I dodam tu jedno - to, że ktoś pracuje w klubie 8, 10, czy 20 lat nie oznacza, że będzie tam dożywotnio. Dożywotnie „kontrakty” z klubem to mają tylko kibice, którzy są z nim zawsze, w dobrym i złym czasie i nie robią tego dla pieniędzy, tylko z miłości.

Tak na marginesie, jeden z tych panów od dłuższego czasu narzekał np. że nie odpowiada mu praca w klubie. Mówił, że ma zawalone weekendy, za mało dni wolnych od pracy, że chce zająć się rodziną i mu taki system i takie pieniądze nie odpowiadają. Nie ma niewolników, każdy ma prawo wybrać sobie zajęcie odpowiednie dla siebie. To nie była jednak podstawowa przyczyna rozstania.

O składzie sztabów decydują w największej mierze trenerzy, liczy się też opinia zawodników. Od dawna szkoleniowcy, którzy pracowali w Wiśle, a także piłkarze prosili o zmiany zakresie fizjo i to jest fakt. Nie mam jednak zamiaru Pawła ani Marcia oskarżać o brak umiejętności czy profesjonalizmu, bo doskonale ich znam i szanuję. To też Wiślacy, jak ja, i tym bardziej mi przykro, że musieliśmy się rozstać. Ale czasami jednak jeśli chcesz się rozwijać, musisz zrobić krok do przodu, podjąć trudne, niepopularne decyzje. To był efekt wielo, wielomiesięcznych przemyśleń, prób zmian... Stwierdziliśmy w końcu, że taki ruch jest konieczny, ale zdajemy sobie sprawę, że inwestycje finansowe i organizacyjne, także w pion medyczny są niezbędne.

Wolałbym tego uniknąć, ale jeśli pyta pan redaktor o szczegóły, to chcieliśmy, żeby panowie pracowali z nami do końca czerwca, czyli wtedy -  w marcu, do końca sezonu. Uważam, że stworzyliśmy im bardzo godne warunki pożegnania z klubem i liczyliśmy, że lojalnie, tak jak się umówiliśmy, przepracują u nas kolejne 3 miesiące. Gdyby powiedzieli, że nie dadzą rady, źle się czują, chcą odejść od razu, zrozumielibyśmy to. Niestety, dopiero w momencie ogłoszenia daty startu rozgrywek obaj przedstawili zwolnienia lekarskie i zostawili nas z dnia na dzień bez opieki medycznej. Na szczęście mieliśmy możliwość zrealizowania planu, który miał być wprowadzony później, ale przez sekundę zrobiło się nerwowo, bo powiem szczerze, że w swojej niezmiennej niestety naiwności, nie przewidywałem takiego rozwoju wypadków. Cóż, nagle rozchorować się może niestety każdy, chłopakom życzę więc jak najszybszego powrotu do pełnego zdrowia.

Jeszcze raz mówię - to była bardzo trudna, dla mnie ze względów głównie moralnych, decyzja i to ja tak naprawdę od dawna z nią zwlekałem, mimo wielu sugestii z różnych stron. Od tego jednak jesteśmy żeby zarządzać spółką i bierzemy za swoje działania odpowiedzialność. Szkoda tylko, że tak to się kończy. Choroba co prawda nie daje możliwości wyboru, ale mam wrażenie, że po raz kolejny przekonałem się, że ludzie kochają Wisłę, ale tylko dopóty, dopóki w niej pracują, „ a po nas choćby potop”!

Wypraszam sobie! 

No dobrze - większość (śmiech) tych, którzy deklarują dozgonną miłość do klubu, kiedy przestaje w nim pracować, przestaje także kibicować, wspierać, nawet przychodzić na mecze… Wręcz przeciwnie - byle dokopać, opluć, najlepiej zniszczyć. Oczywiście nie wszyscy tacy są, na szczęście.

Kto sprawował opiekę medyczną przez ostatnie 3 tygodnie?

Ależ drążymy ten temat… Przez kilka dni nie było opieki stricte maserskiej, ale doktor Wirosław Siemiątkowski został, byli asystenci trenera Sobolewskiego, przede wszystkim Mateusz Oszust od przygotowania fizycznego i oni na chwilę przejęli zadania nie im przypisane. Na szczęście było to dopiero początek zasadniczych przygotowań, obyło się bez kontuzji i bardzo szybko udało się wdrożyć plan B.

Jaki wpływ na to rozstanie miał Marek Jóźwiak?

Zwyczajny, był po prostu za. Nie był żadnym prowodyrem zmian, do pracy nie przyszli teraz jego koledzy z Warszawy czy Gdańska, tylko nasi ludzie, których dodatkowo piłkarze znają od lat. Rola dyrektora była tu tradycyjna, powiedziałbym - doradcza. Zgadzał się z ogólną opinią, że jeśli można, to trzeba dokonać zmian. Nie zauważyłem jednak jakichś animozji czy niechęci do maserów. W ogóle, to wydaje mi się, że dużo więcej uwag do pracy pionu fizjo miał poprzedni dyrektor sportowy - Łukasz Masłowski, który też sugerował różne zmiany.

A nie powinno być tak, że w klubie po prostu jest 4, a nie 2 masażystów? To by rozwiązało sporo problemów. Jestem w stanie zrozumieć Pawła i Marcina, bo mieli więcej pracy, niż piłkarze. Muszą być na każdym treningu, po treningach też mają co robić z zawodnikami.

Bezwzględnie tak. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nasz sztab szkoleniowo-techniczny jest ubogi, nawet jeśli porównamy się do najmniejszych klubów Ekstraklasy. Od pewnego czasu przymierzamy się do poprawienia tej sytuacji. Na końcu są jednak pieniądze i dotychczas nie widzieliśmy możliwości, żeby sztab medyczny rozbudowywać. Zobaczymy jak będą pracowali i na co zapotrzebowanie zgłaszali nowi ludzie, bo na razie są pełni zapału i nieproszeni znajdują czas na zajmowanie się zawodnikami także po godzinach. Oczywiście, maserzy mają dużo pracy, ale wiedzą przecież w jakiej są branży i jakimi się ona kieruje się zasadami.

Zatrzymując się tu na chwilę, to generalnie chcielibyśmy rozbudować struktury klubowe, chociażby nasz ubogi dział marketingu, mamy na to nawet przygotowany schemat. Sami często z Tomkiem Marcem zajmujemy się rzeczami, o których trochę wstyd mówić, że robią to prezesi. Taka jest rzeczywistość. Dalej jesteśmy klubem na bardzo dużym dorobku. Jeśli komuś się wydaje, że coś się zmieniło przez ostatnie lata, że staliśmy się krezusami, mamy znacznie większe możliwości, to odpowiedź brzmi: nie i daleko nam do tego. Możliwości to my mieliśmy w niższych ligach, ESA to zupełnie inny level, inne wymagania i zdecydowanie inne pieniądze.

A jaki jest powód rozstania z Mariuszem Mucharskim, trenerem bramkarzy? Myślę, że to nie przypadek, że w pożegnaniu na Instagramie zabrakło podziękowań dla Radosława Sobolewskiego i Marka Jóźwiaka.

Tak, to też oczywiście ogromna sensacja i podstawa do snucia teorii spiskowych. Będziemy teraz każdą zmianę wewnątrz spółki roztrząsać?

Prosta sprawa - Mariusz Mucharski miał umowę do końca maja, bo na maj były zaplanowane ostatnie mecze sezonu. Nie przedłużyliśmy umowy, bo o zmianę poprosił trener Sobolewski.

W mojej opinii to był dobry człowiek, zaangażowany, uczciwy i ja, poza jedną uwagą, nie miałbym problemu z tym, żeby przedłużyć umowę. Ale ja nie jestem w szatni, na każdym treningu czy wyjazdach, gdzie tak ważny jest team. Opinia trenera, który przecież bez problemu przejął Mariusza Mucharskiego po Leszku Ojrzyńskim, była taka, że wolałby teraz poszukać innego rozwiązania. Cóż, klimat w szatni, także w sztabie jest niezwykle istotny. Proszę mi wierzyć, doświadczałem już takich historii w klubie, kiedy trener z  asystentem nie mogli już na siebie w pewnym momencie patrzeć. Takie sytuacje należy likwidować jak najszybciej. Ponieważ zatrudnia się pierwszego szkoleniowca, to trzeba mu dać możliwą autonomię i pozwolić otaczać się ludźmi, którym przede wszystkim ufa.

Rozstaliśmy się w dobrych relacjach, bo trener Mariusz rozumiał sytuację doskonale.

Trener na Instagramie podziękował też zarządowi, ale po prostu brakuje tam słów o Radosławie Sobolewskim i Marku Jóźwiaku. Powtórzę: moim zdaniem to nie przypadek.

No właśnie, ten wpis tylko potwierdza, że kontynuowanie współpracy w dotychczasowym kształcie nie miało sensu. 

Tu akurat sprawa jest dość jasna. Z drugiej strony można powiedzieć, że dziwne, że trener Mucharski został.

Bo trzeba dawać szanse i Radosław Sobolewski taką szansę dał. Jeśli był konflikt, to niewidoczny na zewnątrz. Wszystko normalnie funkcjonowało i nie ma co szukać podwójnego dna. Przekonałem się w trakcie mojej ośmioletniej prezesury, że odwlekanie decyzji kończyło się nienajlepiej, ta została podjęta w stosownym czasie. Czy była dobra, okaże się.

Tak na marginesie, to przychodzący do klubu trenerzy, różnie podchodzą do kwestii asystentów. Przeważnie biorą ze sobą kilku swoich ludzi i rzadko zdarza się, żeby ci, którzy zostają po poprzedniku nadawali z nowym na w pełni tych samych falach. Bardzo zapadła mi w pamięci sytuacja, gdy zatrudnialiśmy Jerzego Brzęczka, a ten, mimo, że miał Leszka Dyję, zgodził się na naszą prośbę o pozostawienie w sztabie Maćka Bagrowskiego. Bagroś jednak szybko sam ocenił, że ta współpraca może nie wyjść i poprosił o zgodę na odejście. To są nieraz detale, ale bardzo istotne.

Czy jest już nowy trener bramkarzy?

Jest, to dobry znajomy trenera Radosława z czasów krakowskich [kilka godzin po rozmowie klub poinformował o zatrudnieniu Artura Łaciaka - przyp. autora]. Golkiperzy muszą mieć swojego szkoleniowca, Artur Łaciak będzie się więc zajmował pracą z nimi i wyszukiwaniem młodych talentów.

Nie ukrywam, że u naszych bramkarskich szkoleniowców w ostatnich latach brakowało mi tego, czego oczekuję: rozeznania wśród młodych bramkarzy i zaproponowania ciekawych talentów do sprawdzenia. Trener bramkarzy ma określoną pracę - nie ustala taktyki, nie pracuje nad fizycznością, a zajmuje się tylko treningiem specjalistycznym. Chcemy, żeby miał większy przegląd rynku bramkarskiego w naszym kraju. Swego czasu był np. bardzo poważny temat Wojciecha Muzyka, który dziś jest bramkarzem Legii, ówcześni trenerzy nie bardzo widzieli potencjał w tym chłopaku, a szkoda, bo mógł do nas trafić. Znajomość środowiska, to dla mnie rzecz bardzo istotna w momencie, kiedy nasz dział skautingu jest w powijakach.

Nazywajmy rzeczy imieniu: nie istnieje.

A skąd ta wiedza? Powstaje, mamy już na umowach ludzi, którzy pracują nad wyszukiwaniem talentów. To jednak nie jest skauting, taki, jaki powinien być, nawet w kilku procentach. Zgadzam się, że powinno to wyglądać znacznie lepiej i będzie.

Wcześniej drążyłem, bo chcę zapytać: czy Marek Jóźwiak nie ma za dużego wpływy na klub?

Co to znaczy? Nie bardzo rozumiem.

Rozumiem kompetencje dyrektora sportowego. Odpowiada za wynik, czyli jego składowe: zespół, transfery, sztab szkoleniowy.

Dyrektor ma określone zadana. Ma być blisko zespołu, bliżej, niż może być zarząd. Ma obserwować to, co się dzieje w drużynie i szatni. Ma rozmawiać z trenerem i sztabem, przenosić uwagi, sugestie, pomysły. I oczywiście przygotowywać transfery.

Dlatego powtórzę: czy Marek Jóźwiak nie ma za dużej kontroli nad klubem?

Ma taką, na jaką mu pozwalamy, czyli bardzo ograniczoną w ściśle określonych ramach, których dotychczas nie przekroczył. Słyszę kolejne zarzuty wyssane z palca, ale to u nas jak widać norma. Pamiętamy, kiedy dyrektorem sportowym był Łukasz Masłowski, było dokładnie tak samo. Już dawno przestałem się tymi opiniami przejmować.

Marek Jóźwiak zajmuje się tym, co do niego należy. Jeśli ktoś chce mówić, że klub źle działa, to proszę kierować oskarżenia pod moim adresem. Marek nie zrobi sztycha bez naszej, czyli zarządu, zgody i jedyne co może, to doradzać, sugerować i przekonywać nas do swoich racji. Absolutnie nie jest prawdą, że Jóźwiak ma nadwładzę w klubie, ale ma bardzo ważną funkcję i musimy mu ufać, bo inaczej współpraca nie miałaby sensu. To więc nie dyrektor zwolnił trenera Mucharskiego, czy maserów albo zatrudnił Sobolewskiego. To nie był jego pomysł, ale mu się spodobał.

Wszystkie tematy transferowe wyglądają podobnie: „prezesie, mam takiego piłkarza”. Oglądamy więc, analizujemy. Trener mówi: „tak”, ja średnio, ale dyrektor: „weźmy go, bo to będzie dobry strzał”. I jak zgodzi się na te pieniążki nasze i otoczenie, to bierzemy i raz się udaje trafić, a innym razem nie. Tak to działa, wszędzie, także tam, gdzie są znacznie większe pieniądze.

Znów próbuje się i będzie próbowało popsuć atmosferę w klubie i wokół niego i ciężko mi to nawet komentować, bo ile to już razy przerabialiśmy? Jak było dobrze i się otarliśmy o puchary, to Masłowski był superdyrektorem. Ale wcześniej, jak ściągaliśmy Jose Kante, czy Alana Urygę… albo nawet Jurka Brzęczka, którego zatrudnienie w opinii naszych „fachowców” oznaczało „koniec Wisły”?  Kiedy zamienialiśmy Piotrka Wlazłę na Damiana Szymańskiego, to żądano mojej i Masła głowy, a później okazało się, że to transferem wszechczasów. Oczywiście były też liczne wpadki, ale jeżeli ktoś jakkolwiek zna się na rzeczy, to wie, że w tej branży i z takimi w dodatku możliwościami nie da się wszystkiego zrobić bez pudła.

Reasumując - z pracy, zaangażowania, pasji i uczciwości dyrektora Marka jesteśmy wstępnie zadowoleni i dlatego przedłużyliśmy z nim umowę o rok.

A jak pan widzi transfery Marka Jóźwiaka? Póki co rewelacji nie ma.

Poczekajmy jeszcze. Moglibyśmy natomiast przeanalizować każde wcześniejsze okno transferowe od 2012 r. i jest tam sporo ciekawostek.

I tak chyba trzeba robić.

Nie będziemy się cofać teraz i przypominać byłe transfery. Może kiedy indziej. Oczywiście dużo strzałów było ostatnio nieudanych, ale dużo jest też trafionych.

Ja widzę Kubę Rzeźniczaka i Dawida Kocyłę.

Torgil Gjertsen strzelił kilka bramek. Mimo, iż jest z nami krótko już się pokazał z dobrej strony.

Póki co grał mało.

Ale już strzelił ważne bramki. Tak wygląda praca dyrektora sportowego, zwłaszcza przy naszych możliwościach. Ktoś, kto twierdzi, że do Wisły powinni trafiać teraz znakomici piłkarze, ekstraklasę zna jedynie z telewizji.

To inna sprawa, że Wisła Płock nie płaci pieniędzy.

Możliwości to mieliśmy w 1 lidze. To były czasy... tak naprawdę mogliśmy sobie pozwolić na każdego grajka, którego nam podesłał agent. Z tego co pamiętam, tylko jeden piłkarz został nam sprzątnięty sprzed nosa - Daniel Feruga, z którym byliśmy dogadani, ale przebiła nas ostatecznie Miedź Legnica. Poza tym trafiał do nas każdy, który nam się przyśnił: Kiełpin, Janus, Magdoń, Stefańczyk, Wlazło, Krzywicki, Burkhardt, Rogalski, Dziedzic…  Ktokolwiek był nam potrzebny, po prostu do nas przychodził. Ale to była II i I liga, gdzie Wisła była potęgą. W Ekstraklasie zderzyliśmy się z zupełnie inną rzeczywistością, staliśmy się szarakiem i bez fałszywej skromności powiem, że na dziś radzimy sobie w tej elicie znakomicie. 8 lat temu szykowaliśmy się do sezonu drugoligowego i nikt nawet nie marzył, że niebawem będziemy sezon za sezonem w Ekstraklasie, że będziemy mieli reprezentantów, wróci Orlen, będziemy robić wielkie transfery i szok - będzie budowany nowy stadion... Dziś o tym zapomnieliśmy, może jednak warto sobie to przypomnieć?

Prezes chce chyba powiedzieć, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ.

To normalne i ja o to do normalnych, otwartych kibiców nie mam pretensji. Zawsze to powtarzam, że klub jest dla kibiców i ich troska jest dla mnie zrozumiała. Niestety, dalej się będziemy mylić w transferach, jeśli jeszcze dane będzie nam je przeprowadzać i dalej będziemy trafiać w „10” co jakiś czas. Jeśli nie, to przyjdą do klubu wybitni fachowcy, którzy usłyszą od piłkarza, który ma grać w ekstraklasie, że on rozmowy o kontrakcie rozpoczyna od 15 tys. euro netto plus dodatki. Tak to panie redaktorze wygląda w rzeczywistości.

Co z Dominikiem Furmanem? Kilka ostatnich meczów w wykonaniu pomocnika było naprawdę słabych.

Nie oceniam jednostek, ale jego mogę. Tak, mecz z Koroną był w wykonaniu Dominika przesłaby i on również zdaje sobie z tego sprawę.

Nie chcę go absolutnie rozliczać jako jednostki z meczu z Koroną. Chodzi mi o jego przyszłość – z czy poza Wisłą Płock. Toczą się jeszcze jakieś rozmowy czy strony powiedziały już: pas?

Taka gra jak w niedzielę oczywiście nie pomoże Dominikowi w znalezieniu lepszego klubu, ale to akurat nie jest nasze zmartwienie. On ma pomóc Wiśle, ma w niej liderować, tak jak to robił dotychczas i jeśli już się pożegnać z Płockiem, to w dobrym stylu. Nie zamknęliśmy jeszcze oczywiście tematu jego pozostania  w Płocku, ale czasu jest coraz mniej i szanse maleją, zwłaszcza, że piłkarz nie ukrywa, że chce zacząć zarabiać na grze w piłkę pieniądze.

Jeszcze raz wracamy więc do finansów, które w futbolu są niestety bardzo ważne. Piłkarz i jego agent czekają na rozwój wypadków i oferty. Dzwoniła do mnie nawet ostatnio agencja z Belgii, ale nie podejmowałem szerzej tematu, bo Dominikowi się kończy kontrakt i nasza rola w rozmowach z potencjalnymi kupcami jest żadna. Dopóki nie podpisze kontraktu z innym klubem, będziemy rozmawiać, bo poza kwestiami finansowymi są takie, które chyba tylko my możemy mu zaoferować: gra, liderowanie, kapitanowanie i uwielbienie kiedy strzela i asystuje (śmiech), ale tu to już jak powiedzieliśmy: łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Zrobimy wszystko, co się da, żeby Dominika zatrzymać. Jeśli się nie uda, mamy już blisko piłkarza, który mógłby go zastąpić.

Czy na dziś Thomas Dahne jest lepszym bramkarzem od Krzysztofa Kamińskiego?

Nie będę wystawiał cenzurek. Mam swoje typy, a naszych nowożytnych bramkarzy to w ogóle bardzo lubię, od Sewera, przez Szczepana, po Bartka, Tomka i Kamyka.

Inaczej: czy Krzysztof Kamiński zbawiłby Wisłę w meczu z Koroną?

Nie wiem i nikt tego nie wie. Na pewno trzecia bramka padła po błędzie Thomasa. Przy pozostałych nie miał za wiele do powiedzenia. Uważam, że w czasie swojego pobytu w Płocku, Tomek wielokrotnie nam pomógł i jemu też się należy szacunek. Mówiłem już o tym wcześniej - decyzję o tym, kto staje między słupkami, podejmuje trener w porozumieniu z asystentem. Wydaje mi się, że panowie Sobolewski i Mucharski byli zgodni co do tego, kto ma wyjść w meczu z Koroną. Nasze opinie - zarządu, dyrektora są przekazywane w bezpośrednich rozmowach,  trener ich wysłuchuje, ale na koniec to on przecież podejmuje decyzje, bo od tego jest.

Czy Thomas Dahne definitywnie odejdzie z Wisły z końcem czerwca?

Nie. Chcemy, żeby do końca sezonu zostali z nami wszyscy zawodnicy, którym 30 czerwca kończą się kontrakty. Decyzje co poszczególnych zawodników i ich dalszej przyszłości będą podejmowane na bieżąco, tak jak się to dzieje dotychczas. Do końca czerwca będziemy mieli jasność co do tego, komu zaproponujemy pozostanie na nowy sezon i muszę zaznaczyć, że głos dyrektora Jóźwiaka będzie tu bardzo ważny absolutnie. Mogę powiedzieć, że poza Furmim, chcielibyśmy na dziś, żeby został z nami np. Michał Marcjanik i stosowną propozycję transferu wysłaliśmy już przed kilkoma tygodniami do Włoch.

Jaki jest pomysł na najbliższe 10 spotkań? Nie mówię tu o drastycznej rewolucji, ale coś trzeba zmienić, bo zwyczajnie nie idzie.

Tak jak powiedziałem na początku: widzimy, że nie jest dobrze i trzeba dokonać zmian. Może w ustawieniu, może kadrowych, może w sferze mentalnej czy przygotowania fizycznego. To nie jest w ogóle pytanie do mnie. Czasu na zastanowienie się jest niewiele, bo zaczynamy maraton. Przygotowania do meczu z Jagą trwają i teraz ważne decyzje, także kadrowe są w rękach trenera. Uważam, że jak na nasze możliwości, stworzyliśmy dobre warunki, żeby się odpowiednio przygotować i skutecznie grać.  Poza jedną, bardzo poważną kontuzją, która osłabiła nas, uniknęliśmy urazów, zmieniamy, zgodnie z zapotrzebowaniem sztab i kwestie organizacyjne, wszystko po to, żeby zrobić krok naprzód. Wszystko jest teraz w głowach, nogach i rękach piłkarzy oraz ich opiekunów. Cały czas wierzymy w zespół i tego szkoleniowca.

Sytuacja jest trudna, ale i tak dużo lepsza, niż przed rokiem. Wtedy nasza gra też nie powalała, ale punktów na tym etapie mieliśmy tylko 24.

Jaka jest na dziś pozycja Radosława Sobolewskiego?

Niezmiennie stabilna. Dość długo pracowaliśmy nad tym, żeby przedłużyć z trenerem kontrakt, jesteśmy z jego pracy zadowoleni i nie chodzą nam po głowie żadne myśli o zmianach.

Nawet jeśli gra nie będzie wyglądała lepiej?

Nie ma żadnego ultimatum. Gra będzie wyglądała lepiej i przede wszystkim będą kolejne zdobycze punktowe.

Już w Białymstoku?

Jedziemy tam po punkty. Przywoziliśmy już z Białegostoku komplety, także w bardzo dobrym stylu i wierzę, że teraz będzie podobnie, a ja będę wspierał zespół na miejscu.

Ale przed nami jeszcze 10 meczów, a nie tylko ten jeden z Jagiellonią i on o niczym nie zadecyduje. Gra idzie o najwyższą stawkę - o piąty z rzędu sezon Wisły w Ekstraklasie.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (53)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.