Reklama

Reklama

Książka to nie kiełbasa, aby sprzedawać ją w promocji?

Opublikowano: ndz, 19 mar 2017 11:50
Autor:

Książka to nie kiełbasa, aby sprzedawać ją w promocji? - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Kultura Jednolita cena książki przez pierwszy rok od jej wydania dla wszystkich. Nieważne, czy chodzi o wielką sieć, czy o małą księgarnię w podwórku. Ten pomysł o początku wzbudza sporo obaw, jak i nadziei. Nie od dziś pojawiają się opinie, że książki są drogą przyjemnością. Czy wkrótce będziemy płacić za nie mniej, czy też więcej?

Reklama

Jednolita cena książki przez pierwszy rok od jej wydania dla wszystkich. Nieważne, czy chodzi o wielką sieć, czy o małą księgarnię w podwórku. Ten pomysł o początku wzbudza sporo obaw, jak i nadziei. Nie od dziś pojawiają się opinie, że książki są drogą przyjemnością. Czy wkrótce będziemy płacić za nie mniej, czy też więcej? 

W tym tygodniu w internecie namnożyło się tytułów tekstów, że już wszystko przesądzone, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński wyraził zgodę na wprowadzenie jednolitej ceny na książki, zgadzając się na projekt ustawy przygotowany przez Polską Izbę Książki. Zgodnie z podstawowym założeniem każdy egzemplarz przez pierwsze 12 miesięcy będzie miał stałą cenę w każdym punkcie sprzedażowym.

Nie trzeba było długo czekać na wysyp komentarzy, że to koniec taniej książki w Polsce. A jeśli dodamy do tego spadek czytelnictwa, to wbijamy sobie gwóźdź do trumny. Czy to wszystko prawda? Nie do końca. Po pierwsze sam minister pospieszył z odpowiedzią na Twitterze, że niczego nie podpisał, konsultacje wciąż trwają. Po drugie, jeśli coś się faktycznie może skończyć, to najszybciej to, że przez pewien czas przy premierowym wydawnictwie nie będzie już takich upustów w dużych sieciach sprzedażowych. Za książkę zapłacimy kwotę widoczną na okładce. Z tą stałą ceną to jednak pewne uproszczenie, ponieważ przewiduje się wyjątki od tej reguły. Przykładowo księgarz przez pierwszy rok od wydania nie obniży ceny więcej niż o 5 proc., wyższe rabaty w wysokości 15 proc. zarezerwowano dla czytelników przykładowo kupujących ukochane kryminały albo beletrystykę na targach książek, także dla stowarzyszeń uczniów zainteresowanych nabyciem podręczników. Bibliotekom, instytucjom kulturalnym i naukowym zaoferowano w projekcie 20-proc. rabat. A gdyby ktoś nie raczył zastosować się do zapisów, księgarz miałby zapłacić karę grzywny.

Czyli generalnie czytelnik, który nie pojedzie na targi książki, za to kupuje nowości wydawnicze w lokalnej lub internetowej księgarni, na większą promocję poczeka rok. Nowe zasady gry mają uratować mniejszych graczy na rynku księgarskim. Obecnie mamy taką sytuację, że sprzedaż książek przeniosła się w znacznej mierze do internetu, ceny tam będą niższe (wystarczy wejść do pierwszej lepszej sieci w centrum handlowym, aby się o tym przekonać). Takich miejsc, w których wita nas księgarz i potrafi dobrze doradzić, ubywa na mapie Polski. Sprzedaż książek generalnie spada, czego już nie można powiedzieć o cenie. 

O ceny książek pytamy Krzysztofa Blinkiewicza z księgarnio-kawiarni „Czerwony Atrament”. Blinkiewicz wyjaśnia, że ceny książek są zawyżane od lat z powodu ekspansyjnej polityki cenowej większych sieci.  

- One wręcz wymuszają na mniejszych wydawnictwach upusty nawet do 70-80 proc. - mówi i objaśnia na przykładzie. - Wówczas książka warta 10 zł będzie miała cenę okładkową 30 zł. Sieć kupi za 10 zł od sztuki, a mniejsza księgarnia za 20 zł. Sieć sprzeda za 20 zł (niby z rabatem) i ma zysk 10 zł, a mniejsza księgarnia zaproponuje cenę 28 zł. Tym sposobem ludzie idą tam, gdzie będzie taniej.

Właściciel „Czerwonego Atramentu” twierdzi, że w początkowym okresie będą trudności, dopiero w późniejszy okresie cena książek spadnie. Ponadto należy pamiętać o tym, że sieci rachują możliwą sprzedaż. Im większy gracz, tym więcej rozprowadzi, więc może też sobie pozwolić na wyższy upust niż mała księgarnia. - Teraz mniejsi gracze na rynku księgarskim są skazani na pożarcie – uważa Blinkiewicz. - Nie mamy możliwości konkurowania. Ja mogę dać rabat np. 15-20 proc. a sieci np. 45-50, więc choćby instytucje chciały kupić u mnie, to i tak nie mogą. Muszą wybrać najtańszą ofertę, niezależnie od jakości książek proponowanych do zakupu i poziomu obsługi transakcji itp.

Na razie bez entuzjazmu podchodzi do pomysłu wprowadzenia w Polsce jednolitej ceny książki przez pierwszy rok od jej pojawiania się na półkach dyrektorka Książnicy Płockiej, Joanna Banasiak. W tej chwili zakup nowości wydawniczych odbywa się w drodze przetargu. Która hurtownia zaoferuje większy upust w cenie, ta wygrywa, a proponowane nowe rozwiązanie nie wydaje się jej korzystne dla bibliotek.

- Przy zamówieniu cena ma tu największe znaczenie, interesuje mnie także dostępność poszczególnych tytułów i częstotliwość wprowadzania nowości do oferty – punktuje. Do wybranej hurtowni wysyła listę książek, które ją najbardziej interesują. - Teraz ten upust jest dość duży dla naszej biblioteki. Po wprowadzeniu nowych zasad, tak dużego upustu już może nie być – dlatego przy założeniu obecnych cen z okładek nie jest wykluczone, że nowości będzie mniej. 

Dyrektorka dodaje jednak, że wszystko zależy od tego, w jaki sposób będą konstruowane ceny książek. Zaglądamy do danych Głównego Urzędu Statystycznego z 2015 roku. Płocki księgozbiór był, ku radości miłośników literatury, poszerzany. Jednak z jednej strony zmniejszyło się grono czytelników (z 38 do 31,6 tys. osób), zaś drugiej strony wypożyczono więcej książek (wzrost z 463,7 do 505,1 tys.).

Projekt wzbudza kontrowersje z wielu względów, chociażby z tego, czy naprawdę uda się zminimalizować wpływ dużych sieci na ceny książek i nie wymyślą sposobu na obejście regulacji. Można też na to spojrzeć z innej strony, że to wydawnictwa dyktowałyby tytuły i ceny, w dodatku określałyby je z góry na cały okres trwania prenumeraty! Czy jest tu jakiś bat na wydawnictwa, aby nie przeholowały? Blinkiewicz dodaje optymistycznie, że taki dzierżą księgarnie i firmy dystrybucyjne. - Zbyt drogich książek nie upłynni się na miejscu, a nikomu nie chce się płacić za magazynowanie i zwroty – a zatem to wszystko musi być zoptymalizowane.

Czy czytelnik rzeczywiście zapłaci więcej, jeśli projekt ustawy zostanie zaakceptowany? Na początku może się tak stać, zaraz po tym jak znikną oferowane rabaty. Według Blinkiewicza potrzeba czasu nim „tryb wydawniczy wejdzie na nowe tory”. - W Izraelu, który akurat jest tu raczej antyprzykładem, trwało to do sześciu miesięcy. Książki wydawane w okresie bezpośrednio przed wejściem nowego prawa i bezpośrednio po będą miały rozchwianą kompozycję cen, co wprowadzi zamieszanie. Finalnie np. książka wydana w 2017 r. będzie kosztowała np. 39,90, a gdyby ją przygotować i wydać w nowym systemie kosztowałaby np. 32,90 – lecz na to potrzeba czasu. Skąd ta różnica 8 zł? Powracamy, jak dodaje, do praktyki wliczania z góry przez wydawnictwa rabatu dla dużej sieci sprzedażowej. 

Tymczasem na stronie wydawnictwa ZYSK i spółka umieszczono oświadczenie prezesa zarządu, Tadeusza Zyska: - Jeśli ktokolwiek sądzi, że wydawcy kierują się altruizmem i obniżają cenę książki, to jest – niestety –  naiwny jak nowo narodzone dziecko. Po raz kolejny obniżają ceny, bo i tym razem nie trafili z tytułem czy nakładem do czytelników. Grubo też mylą się ci, którzy uważają, że sieci księgarskie obniżają ceny, by wziąć udział w szczytnej akcji „Cała Polska czyta książki”. Chodzi o zdobycie monopolistycznej pozycji na rynku i wyeliminowanie słabszego konkurenta. Nie jest ważne, że księgarz zna się na książkach, że nawet je przeczytał i potrafi o nich porozmawiać z potencjalnym czytelnikiem, ale ważne, że jest niepokaźny i biedny, więc wojny cenowej nie wygra. (…) Jedyną gwarancją dostępu do dobrych książek dla czytelników jest wielość i różnorodność wydawców, wielość i różnorodność księgarń i sieci, i wreszcie wielość i różnorodność tytułów. By jednak to osiągnąć, my wszyscy: wydawcy, księgarze, autorzy i czytelnicy musimy połknąć tę niezbyt przyjemną pigułkę, jaką jest ustawa. O tym, że lekarstwo jest skuteczne, świadczy historia wprowadzenia takiego systemu między innymi we Francji, Włoszech czy w Niemczech. Tam udało się stworzyć różnorodny i bogaty w rodzimych autorów rynek książki, więc nie widzę żadnego powodu, żeby i nam się nie udało. 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (1)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.