Reklama

Reklama

„Lato z Radiem” nie powinno istnieć [FOTO]

Opublikowano: 7 czerwca 2016 19:06
Autor:

„Lato z Radiem” nie powinno istnieć [FOTO] - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości - U was za dużo się dzieje – żartował prowadzący „Lato z Radiem” Roman Czejarek. - W innych miastach cieszą się z wiadomości, że wystąpi Maryla Rodowicz, to dla nich wydarzenie, a tu zawsze dylemat, bo ten artysta już był, ten także. Za bogaci jesteście. Podobna sytuacja dotyczy innych miast, w których działają firmy z dużymi pieniędzmi.

Reklama

- U was za dużo się dzieje – mówił prowadzący „Lato z Radiem” Roman Czejarek. - W innych miastach cieszą się z wiadomości, że wystąpi Maryla Rodowicz. To dla nich wydarzenie, a tu zawsze dylemat, bo ten artysta już był, ten także. Za bogaci jesteście. Podobna sytuacja dotyczy innych miast, w których działają firmy z dużymi pieniędzmi.

Roman Czejarek zjawił się w Płocku w poniedziałek. Bywał u nas wielokrotnie nie tylko z powodu programu „Lato z Radiem”,który prowadzi od 25 lat. Tym razem został zaproszony w charakterze gościa do działu zbiorów audiowizualnych Książnicy Płockiej. Już na początku spojrzał na półkę pełną starych magnetofonów i adapterów. - A to tak specjalnie, bo jak się na co dzień pracuje z dźwiękiem, to aż miło popatrzeć – mówił do prowadzącej spotkanie Moniki Prusarczyk, która zastąpiła w tej roli Renatę Kraszewską. Czejarek postraszył: - W Międzyzdrojach na podobnym spotkaniu zeszło trzy godziny, na innym już cztery – i bynajmniej nie żartował. To nasze również trwało blisko trzy. Na początku nawiązał do swoich książek, a szczególnie do jednej „Kochane Lato z Radiem”. - Na razie to tylko połowa, drugie pół miliona znaków znajdzie się w drugiej części. Teraz kończę inną o teleturniejach, a tych było całkiem sporo. Wybrałem osiem.

Co ludzie myślą o pracy radiowca? - A no wyobrażają sobie, że to fajna praca. Człowiek jeździ po Polsce, wychodzi na scenę i jeszcze mu za to płacą. Tyle że to kawał ciężkiej pracy. Artyści schodzą ze sceny i lecą do hotelu, żeby się wyspać. Ci śpiewający oszczędzają gardło, ale zaraz po koncercie są oblegani. Każdy chce pogadać, a tu wokalista milczy. Później powiedzą, że jeszcze dało się zrobić zdjęcie, ale już nie pogadał, więc pewnie gbur. Rzeczywistość bywa troszkę inna.

Energetyk jądrowy chce do radia

Pracę dziennikarza radiowego rozpoczął tuż po maturze w rozgłośni w Szczecinie. - Miałem dużo szczęścia. Wszedłem od tak, z ulicy i udało się bez żadnych znajomości – co nie znaczy, że było tak prosto. Pięć lat nie miał etatu, ale w międzyczasie skończył studia. Z wykształcenia jest energetykiem jądrowym. A kiedy już załapał się na wymarzony etat, podjął decyzję o wyjeździe do Warszawy. Pojechał na Myśliwiecką, gdzie mieści się Polskie Radio. - Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem z bliska Marka Niedźwiedzkiego i Piotra Kaczkowskiego, wyglądali inaczej niż to sobie wyobrażałem – śmiał się. Zaledwie dzień wcześniej zmieniono szefa stacji. Nowym został Grzegorz Miecugow. W ten sposób wcześniejsze ustalenia stały się nieaktualne, a on został bez etatu. Takie to były początki w stolicy.

Odradzał porównywanie polskich i zagranicznych mediów. - Przy nich te nasze to małe firemki – podkreślał i zaczął opowiadać anegdotę o wyjeździe Zygmunta Chajzera do radia w Pekinie. Zakwaterowano go w pięknym hotelu, zaproszono na kolację i ostrzeżono, że taksówkarze kiepsko władają językiem angielskim. Przezornie poprosił, aby mu napisać co trzeba na kartce w lokalnym języku. Po kolacji zawołał taksówkę, bezskutecznie próbował wyjaśnić taksówkarzowi, aby ten zawiózł go do hotelu Marriott. Skoro angielski nie poskutkował, pokazał przygotowaną zawczasu kartkę. Kierowca dalej nie rozumiał, zaczął szukać w schowku. Był wypełniony mapami. - Okazało się, że w Pekinie mają 80 hoteli tylko z tej jednej sieci, więc zapytał się, w takim razie do którego, czego Zygmunt nie wiedział. Jeździli po kolei. Czwarty okazał się tym właściwym. Warszawa to pikuś przy Pekinie. Podobnie jest z mediami. Spójrzmy na arabską stację telewizyjną Al-Dżazira. A jeśli ktoś uważa, że polskie media trzeba upodobnić do BBC, to chyba nigdy tam nie był.

Z upoważnienia Niedźwiecki

Po dostaniu angażu do Polskiego Radia, nie przypuszczał, że osiądzie w jednym miejscu na 25 lat. Raczej rok, maksymalnie trzy lata, nie więcej. - Ale to wciąga – rozkładał ręce. - W radiu jednak nie da się zdobyć popularności, którą zdobywa się w telewizji łatwiej i w trochę nawet niezasłużony sposób. Raz pojechaliśmy prowadzić program do Niechorza. Stałem pod billboardem, na którym była moja podobizna. Trzymałem mikrofon, goście już umówieni, a ja byłem potwornie głodny, ponieważ nie zjadłem śniadania. Trzy dziewczyny otworzyły smażalnię z goframi. Kiedy sądziły, że nie patrzę, próbowały pstryknąć mi zdjęcie. Po rozmowie poszedłem tam i poprosiłem, aby zrobiły mi gofra. Widzę, że jedna z nich chce mnie o coś spytać. Zdradziła, że założyła się z koleżankami. Najpierw upewnia się, czy faktycznie przyjechałem z radia w Warszawie i pokazuje na billboard, po czym krzyczy do reszty, że wygrała, bo Niedźwiecki przyjechał. Jak mu to później opowiadałem, to nie chciał uwierzyć. Powiedział, że przy składaniu autografu trzeba było podpisać się „z upoważnienia Niedźwiecki”. Napisałem Czejarek. Ludzie co najwyżej rozpoznają głos – konstatuje i znów serwuje kolejną anegdotę...

Tym razem było tak: parkował auto na parkingu przy galerii Mokotów. Obok niego zaparkował jakiś mężczyzna. - Rozmawiałem akurat przez telefon, ale jak zobaczyłem że tamten wraca się zanosząc histerycznym śmiechem, rozłączyłem telefon. Dalej zastanawiam się o co chodzi. Facet podchodzi do mnie i pyta, czy go wcześniej widziałem, jak przechodził. No to mu przytaknąłem. Tłumaczy „bo widzi pan ja tak sobie wtedy pomyślałem, że radio zapomniałem wyłączyć”.

Czejarek, wstydź się

Wracając jednak do „Lata z Radiem”. Czejarek jest zwolennikiem teorii, że ten program teoretycznie w ogóle nie powinien istnieć. - Szansę mają te programy, przy których rozpiętość wieku między najmłodszym a najstarszym słuchaczem czy widzem wynosi 10 lat. Jeśli jest większa, wówczas pojawia się niezadowolenie i wyłączamy program. A „Lato z Radiem” do tej teorii nie pasuje – zaznaczył. Na szkoleniu w Kanadzie został zapytany o stację, w której pracował. Jeszcze nie było komercyjnych rozgłośni. - Powiedziałem, że mamy 18 milionów słuchaczy. Im się to w głowach nie mieściło. Tyle tam mniejszych stacji. Ja już nie wkładam żadnej płyty do odtwarzacza. Komputery są zaprogramowane na to, co mają odtworzyć z bardzo dużym wyprzedzeniem i według badań – co ma swoje konsekwencje. Bez zgody dyrektora nie da się zmienić utworu, a co tu zrobić przy wiadomości o rozbitym samolocie. - Przez kwadrans mówiłem do słuchaczy. Wszystko po to, aby ktoś pobiegł do dyrektora po zgodę na zmianę piosenki, która nijak nie pasowała do sytuacji. Nie udało się i musiałem ją puścić. Słuchacze pisali później, że powinienem się wstydzić.

Zapewniał, że nigdy nikt nie chciał „go wygryźć”. Nie postępował tak ani Zygmunt Chajzer, ani Tadeusz Sznuk. - Z Tadeuszem było tak, jakby dotknąć legendy. Przez 15 lat nie potrafiłem przełamać się i powiedzieć do niego po imieniu, chociaż on do mnie mówił Romku – opowiadał. Gorzej bywa z artystami. - Nie chcą wystąpić na jednej scenie. Boją się, że ktoś inny ukradnie im show. Kiedyś potwornie obraziła się na mnie Kora Jackowska z Maanamu, bo to nie ona porwała tłum ludzi pod sceną, tylko Stachursky.

Twierdził, że pomysł z trasami „Lata z Radiem” był jego. Pojawiły się stacje komercyjne, Radio Zet i RMF. Niektórzy wieszczyli, że to koniec Polskiego Radia, więc ruszyli po Polsce z koncertami. On zyskał wiele barwnych historyjek. - W trakcie pisania książki dzwoniłem z pytaniem, czy mogę niektóre wykorzystać. Tylko Dorota Rabczewska poprosiła o autoryzację. Rozmawiałem o niej z Ireną Santor. Doda chciała zaśpiewać z nią piosenkę w duecie. Pani Irena była zaskoczona, że bez tych świateł to taka fajna, inteligentna kobieta, która wykreowała wizerunek słodkiej idiotki, skandalistki, polskiej Madonny, a przecież lata lecą i ile można grać nóżką i biuścikiem...

Opowiadał o tym, jak na koncerty De Mono jeździła fanka, która ciągle robiła zdjęcia Andrzejowi Krzywemu. Pewnego dnia przyniosła mu odbitki w wielkiej torbie. - Kompletnie nie wiedział, co zrobić. Torba była ciężka, dziewczyna wykosztowała się, więc zapisał jej domowy adres, żeby je przysłała. Kilka miesięcy później siedział w domu. Było bardzo późno, strasznie lało. Słyszy dzwonek do drzwi. Otworzyła jego żona. Słyszy, że jest jakieś zamieszanie na dole. Widzi tą dziewczynę. W jednej miała torbę z odbitkami, w drugiej walizkę. Znów zrobiło mu się jej żal i mimo wszystko poprosił, aby weszła do środka i poczekała na taksówkę. Z czasem był rozwód, a ta fanka została jego żoną.

- Ryszard Rynkowski i Zbyszek Wodecki sypią dowcipami, a ja żadnego nie potrafię zapamiętać – utyskiwał. - Kojarzę tylko jeden, „czym różni się ławka w parku od skrzypka w filharmonii? Tym, że ławka potrafi utrzymać czteroosobową rodzinę”. Kiedy Wodecki jechał kręcić teledysk do piosenki „Chałupy welcome to”, poczuł wielką ulgę, kiedy wpakował auto do rowu, a nie w tablicę z napisem z nazwą miejscowości – a nie trudno się domyślić, że ta brzmiała „Chałupy”.

Poszczególnych dyrektorów radia już przestał liczyć, ale jeden z nich, Andrzej Turski zaproponował mu w 1999 roku wyjazd do Stanów Zjednoczonych, aby zrobił wywiad z prezydentem Billem Clintonem. Pretekstem było przyjęcie Polski do NATO. - Attache prasowy zapowiedział, że muszę poczekać. Wybuchła wojna w Jugoslawii. Czekałem tak trzy godziny, po czwartej drzwi otworzyły się i weszła ekipa telewizyjna. Za chwilę zjawia się jeszcze dziennikarka prasowa w spódniczce mini i szpilkach, a było to w czasie tuż po wybuchu afery z Moniką Levinsky. Attache prasowy uprzedza, abyśmy się jakoś dogadali co do wywiadów, ponieważ prezydent miał wcześniej umówione trzy, ale w wyniku zaistniałych okoliczności wszystkie połączono. Po jego wyjściu atmosfera była fatalna. Clinton wszedł z wymęczoną miną, jakby chciał już tylko położyć się spać, a tu czeka go jeszcze wywiad. Z kieszeni wyciągnął kartkę i czyta. Tłumaczy, że wojna, ma mało czasu, więc może tak każdy zada po jednym pytaniu. Spogląda na dziennikarkę, a ta go zagaduje o to, jakie lubi krawaty. Myślę sobie, „o rany, co ja powiem szefowi po powrocie”. Nie miałem nawet jednego zdjęcia na dowód, że wywiad się odbył.

Jak to jest puknąć gwiazdę...

Jechał przez centrum w Warszawie. W jego auto wjechała jakaś kobieta, która bez przerwy rozmawiała przez telefon. - Patrzę na nią, a ona dalej rozmawia. Jeszcze żachnęła się, że ma wywiad w radiu. „A pan wie co to w ogóle znaczy” - rzuciła w moją stronę, a do jakiegoś Jacka przez telefon żaliła się, że „rozbiła swój kabriolecik”, komuś innemu, że „rozbiła furę”. Wspomniała o festiwalu w Opolu. Zacząłem zastanawiać się, kto to. Cały czas gadała. Wysypała wszystko z torebki w poszukiwaniu dowodu tożsamości, aby spisać dane do oświadczenia. Nawet go nie przeczytała, tylko podpisała. To była Iwona Węgrowska. Wręczyłem jej wizytówkę. Za chwilę słyszę „Jacek, nie uwierzysz w kogo walnęłam”. Rano wchodzę do redakcji. Wszyscy się na mnie patrzą i tylko jeden kolega wypala „Czejarek, puknęło się gwiazdę, ale z tą policją to już przesadziłeś”. Wyczytał o tym w Super Exspressie. Tylko że nikt nie roił zdjęć i nie było żadnych policjantów na miejscu. Na czwartej stronie pisali, że o mało jej nie zabiłem i nie wiadomo, czy wystąpi w Opolu razem z zespołem Feel. Zadzwoniłem do niej. Pytam, o co chodzi z tym fotomontażem. Pisali, że to ja uderzyłem w pani auto. „A to do pana nie zadzwonił mój manager”, zakomunikowała mi. „Rozesłaliśmy do mediów komunikat i zdjęcia, za wszystko oczywiście zapłacimy”. Miała już 21 punktów karnych. Po tym wszystkim rozmawiam ze swoją mamą, a ta się pyta, czy będę siedział w więzieniu. Akurat robiła sobie trwałą u fryzjera. Mama wiedziała lepiej, bo wszystko przeczytała w gazecie...

Osobna kategoria z zabawnymi zdarzeniami dotyczy hoteli. Kiedyś w Łowiczu dostał pilota do telewizora. Jak zapytał po co skoro nie ma odbiornika, to usłyszał, że telewizor ukradli, ale piloty mają, więc je wręczają gościom. W innym dostał na śniadanie zrazy, następnego dnia bigos. - Żona Pana Yapy, Zosia nie wytrzymała i zapytała kelnera o co w tym chodzi. Wytłumaczył, że jedzenie zostało z wesela, które odbyło się poprzedniej nocy. Dopytała, dlaczego wcześniej podali zrazy, chociaż przedwczoraj nie było wesela. On jej na to, że mieli tydzień wcześniej. Na szczęście nikt się nie zatruł – uprzedził pytanie.

Co mu się kojarzy z Płockiem poza słonicą Petrą i koncertami „Lata z Radiem”? Koncertów nie wspomina najlepiej z racji sceny nad Wisłą i robaków, które uprzykrzały życie. Już wie, że mamy najdroższe i najświeższe paliwo. Pamiętał mole wzdłuż rzeki i most bez dróg dojazdowych. - Amfiteatr jest ładny, ale widziałem ładniejsze - ocenił.

Chwilami mówił gorzko o współczesnym radiu, że piosenki wybierane poprzez specjalne badania, nastawieniu na rynek reklamy, który jest ważniejszy od słuchalności. Aby kogoś wyrzucić z radia, wystarczy tak ustawić grafik, aby nie miał dyżurów, a wtedy odchodzą honoraria i zostaje goła, niewielka pensja, którą znacznie przewyższa kwota za jednorazowe poprowadzenie programu w tzw. telewizji śniadaniowej. - Pracownikowi Polskiego Radia nie wolno występować w reklamie, dlatego z pracą pożegnał się Zygmunt Chajzer – przypominał Czejarek. - Jak zapytałem szefa stacji, czemu Wojciech Mann może, a Chajzer nie, to mi powiedział, że jest różnica między reklamowaniem proszku do prania a reklamą banku.

Fot. Karolina Burzyńska/Portal Płock

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (2)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.