Reklama

Reklama

Kydryński w Płocku opowiadał o Afryce i trudnej miłości

Opublikowano: ndz, 9 kwi 2017 17:22
Autor:

Kydryński w Płocku opowiadał o Afryce i trudnej miłości - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Reporter, fotograf, radiowiec, autor książek. Która z ról w przypadku Marcina Kydryńskiego jest tą właściwą? Od tego uściślenia na prośbę prowadzącej spotkanie Renaty Kraszewskiej rozpoczęła się rozmowa w Książnicy Płockiej z prowadzącym „Siestę” w radiowej Trójce.

Reklama

Reporter, fotograf, radiowiec, autor książek. Która z ról w przypadku Marcina Kydryńskiego jest tą właściwą? Od tego uściślenia na prośbę prowadzącej spotkanie Renaty Kraszewskiej rozpoczęła się rozmowa w Książnicy Płockiej z prowadzącym „Siestę” w radiowej Trójce.

Marcin Kydryński gościł w Płocku w czwartek. Krzesełka w sali kolumnowej w Książnicy Płockiej były zapełnione, a po spotkaniu ustawiła się długa kolejka po autografy. A zatem w jakiej roli najlepiej czuje się nasz gość? Odpowiadał: - Miałem szczęście pracować z ludźmi wybitnymi. Napisałem trochę piosenek, poznałem Wojciecha Młynarskiego. Znamy się z Tomaszem Tomaszewskim, którego zresztą uważam za jednego z najwybitniejszych fotografów. Reporterem jest Mariusz Szczygieł, był nim Ryszard Kapuściński. Ja jestem radiowcem. Spotykamy się w Trójce od 28 lat. Państwo tu siedzący zapewne również nie przyszli ze mną na spotkanie, ponieważ nagle wszyscy uwierzyli, że jestem pisarzem.

W trakcie pisania lubi puścić wodze wyobraźni. - Wyobrażam sobie tego mojego czytelnika, który często jest moim słuchaczem z Trójki. To może być piękna dziewczyna z Płocka. Z miasta, w którym nie byłem od 14 lat. Tak sobie idziemy i rozmawiamy.

Trudna miłość

A jednak radio i twórczość literacka wciąż się przeplatają. Kydryński nie tylko zaprasza do świata portugalskich dźwięków odtworzonych z płyt, on te nuty zna ze swoich podróży między Warszawą a Lizboną. Na rynku księgarskim ukazała się nawet książka „Lizbona. Muzyka moich ulic” wzbogacona zdjęciami jego autorstwa.

- Wzięła się z radia - przyznał. - Słuchacze pytali, w jaki sposób tej Lizbony doświadczyć w zaledwie kilka dni. Po tysięcznej podobnej wiadomości pomyślałem, że wreszcie wszystko spiszę i opublikuję. Ukochałem sobie to miasto. Kiedy pierwszy raz do niego trafiłem, miałem wrażenie, jakby było takim miejscem poza czasem. Spacer po Lizbonie najlepiej zacząć od zgubienia się w tym mieście. Człowiek może poczuć się niczym Tezeusz w labiryncie. To miasto nigdy nie miało szczęścia do filmowców. Chyba stosunkowo najwięcej Lizbony można zobaczyć w filmie „Dom dusz'”z Jeremym Ironsem. Byłoby najpiękniej, gdyby fabułę swojego kolejnego filmu w Lizbonie osadził Woody Allen.

Z jednej strony miłość do Lizbony jest piękna, a z drugiej go smuci. - Lizbona to trudna miłość. W tym mieście tak bardzo wszystko się zmieniło, że jestem już na etapie kozetki u psychoanalityka. Mam w sobie taką potrzebę do życia w miejscach cichych i spokojnych. Nie mógłbym mieszkać na Manchattanie w Nowym Yorku.

Swoim wyznaniem nieco zatrwożył jedną z czytelniczek planującą podróż do Lizbony. - A pan twierdzi, że pakuję się w toksyczny związek – mówiła. Kydryński uspokajał, że przy krótszym pobycie to nie będzie odczuwalne, ani tym bardziej bolesne, a przynajmniej nie w taki sposób jak dla kogoś, kto te lizbońskie zaułki zna od 9 lat. - Niezmienność tego miasta ogromnie mnie wzruszała, teraz Lizbony nie poznaję. Tamto miasto odeszło bezpowrotnie. Myślę jednak, że nie dotyczy to ludzi, a raczej polityki zmierzającej do upodobnienia Lizbony do Wenecji. Jeszcze do niedawna mogłem powiedzieć, że nie widziałem tam ani jednego przejawu agresji. Portugalczycy bywają liryczni, lubią zapatrzeć się w słońce, otworzyć wino, pobrzdąkać na gitarze. Polacy są podobnie melancholijni. Różnimy się jednak tym, że u nas częściej ktoś przyłoży drugiemu w mordę.

W Afryce

Kydryński szukał swojego miejsca nie tylko w Lizbonie. - Długo byłem w takiej wiecznej gonitwie. Przebywając w jednym miejscu, w myślach już chciałem być w innym. Teraz stwierdzę z przekonaniem, że chcę być tu z wami w Płocku, a za dwa dni powiem, że w Łodzi.

Pretekstem do spotkania była najnowsza książka Kydryńskiego, „Biel. Notatki z Afryki” (oficjalna premiera 13 kwietnia). Renata Kraszewska zagadnęła radiowca o ludzi o bardzo jasnej skórze. Pytała, czy to prawda, że albinosi są mordowani. - Od 25 lat jeżdżę do Afryki i nigdy nie słyszałem o takim incydencie. Przeciwnie, są uprzywilejowani. Traktowani z niebywałą czułością. Pamiętam taką wieś w Sierra Leone, znajduje się w środku dżungli. Każdy tam chciał taką osobę ochronić, dzieci chciały się z nią bawić. Dawno nie widziałem takiej eksplozji miłości. O czym jest „Biel”? O moim wyobcowaniu. Obecność białego człowieka zostaje od razu zauważona. Tymczasem dobry fotograf powinien nie zwracać na siebie uwagi.

W „Bieli” zawarł wiele przemyśleń, Afrykę wykorzystał jako ciekawsze tło do rozmowy o kwestiach uniwersalnych. Pozazdrościł przy tym Marcinowi Kołodziejczykowi albo Mariuszowi Szczygłowi. Obaj mają zdolność do odnajdywania fascynujących historii ze swoich podróży. W pewnym stopniu nawiązuje również do „Hebanu” Ryszarda Kapuścińskiego. - Uważam, że jest to ikoniczna książka dla każdego zainteresowanego tematem Afryki. W trakcie pierwszej podróży byłem jeszcze przed 30., nie było już żelaznej kurtyny. Ten pierwszy moment, pierwsze spojrzenie na deltę Nilu, był dla mnie magiczny. Piękno wciąż mi się nie opatrzyło. Zachowałem w sobie coś z dziecka zdolnego do zachwytu.

Chwilę opowiadał o Południowej Etiopii. Już nie potrzeba land cruisera, doczekali się asfaltowej szosy. Mieszkańcy z Doliny Omo słyną z samookaleczeń. Zgodnie z tradycją u 18-letniej dziewczyny przed zamążpójściem dokonuje się nacięcia tuż pod dolną wargą. Nacięcie powiększa się, aż utworzy rodzaj obręczy, aby włożyć gliniany krążek o średnicy 12-15 cm. Wybija się także przednie zęby, aby było łatwiej językiem poruszać krążkiem. - Zarabiają na pozowaniu do zdjęć trochę jak Anja Rubik. 

Czy Europejczyk w Afryce wszystko zaakceptuje? Wystarczy mu tolerancji? - Generalnie uważam, że nie powinniśmy się wtrącać, ale niekiedy ta tolerancja zaczyna się ulatniać. W trakcie podróży łódką usłyszałem pewną historię. Kilku mężczyzn w intencji powodzenia swojego biznesu składało ofiary z niemowląt. Na pocieszenie można dodać, że w Kampali w Ugandzie wytoczono im z tego powodu proces, więc nie było społecznego przyzwolenia na takie praktyki.

W trakcie jednej z wizyt znalazł się po wcześniejszym uzgodnieniu sprawy z Janiną Ochojską, w obozie Polskiej Akcji Humanitarnej. Koszty pokrywał z własnej kieszeni. Swoje wrażenia opisał w rozdziale „Dowód życia”. - Można powiedzieć, że trafiłem między ostrza potężnych szermierzy, trafiając na okres względnego spokoju. Tuż po wznowieniu działań wojennych obóz zmieciono z powierzchni ziemi. W Sudanie Południowym trwała rzeźnia. Misjonarzy ewakuowano w ostatniej chwili. 

Kydryński początkowo miał nieco inny pomysł na książkę. Chciał jeździć do kolejnych miejscowości naznaczonych jakimś kataklizmem, chociaż nie w czasie apogeum z racji lęku, logistyki, czy z braku gotówki. Ostatecznie wybierał termin, kiedy „opadł kurz”. Kraszewska dopowiadała, że według niej próbował pokazać toczące się dalej życie ludzi w środku piekła. Kydryński potwierdził. - Szukałem czegoś urzekającego w codzienności, jakiegoś poczucia harmonii. Przecież ci ludzie wciąż muszą jakoś żyć. W środku Kamerunu siedzę na dworcu, czekam już czwartą godzinę na odjazd autobusu. Odjedzie dopiero wówczas, kiedy zapełni się całkowicie, czyli kiedy zbierze nawet o kilkukrotnie więcej pasażerów niż przewidziano w konstrukcji.

Już zaczyna nowy projekt, kompletnie odmienny od „Bieli”. - Wciąż szukam pierwszego zdania, które mnie poniesie. Chciałbym zaproponować czytelnikom kompletnie inną historię o Afryce i zdaję sobie sprawę, że zajmie mi to około 1,5 roku.

Jedno z pytań czytelników i zarazem słuchaczy Trójki (niektórzy nawet zapewniali, że niebawem znów się zobaczą) odnosiło się do sytuacji w rozgłośni. Część z dziennikarzy opuściła radiową ekipę pracująca przy Myśliwieckiej w Warszawie. - Jest pan częstym gościem w moim domu za sprawą niedzielnej „Siesty”. Czy nadal tak będzie? - pytano. Usłyszała, że „przyszłość jest niepewna”.   

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (1)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.