reklama

Interwencja w podpłockiej fundacji. Odebrano kilkadziesiąt zwierząt. Mamy komentarze obu stron

Opublikowano:
Autor:

Interwencja w podpłockiej fundacji. Odebrano kilkadziesiąt zwierząt. Mamy komentarze obu stron - Zdjęcie główne
Autor: FB: Azyl pod Kotomyszem
Zobacz
galerię
8
zdjęć

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Wiadomości13 października do podpłockiego Koszelewa przyjechali wolontariusze i działacze trzech organizacji - Ogólnopolskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt, Azylu pod Kotomyszem oraz fundacji Dzika Ostoja pod Dębami. W ramach interwencji odebrano łącznie 41 kotów i 4 psy przebywające pod opieką fundacji Pomagamy Płockim Zwierzakom.
reklama

Fundacja Pomagamy Płockim Zwierzakom została zarejestrowana w lipcu 2017 r. Działa już od blisko 10 lat.

Przez ten czas narosło wokół niej sporo kontrowersji, a wspólna interwencja Azylu pod Kotomyszem, OIOZ-u oraz Dzikiej Ostoi pod Dębami nie była pierwszą. Na początku 2026 roku w Koszelewie pojawiła się celebrytka Laluna - już wówczas odebrano kilka przebywających tam kotów. 

Mimo to, niewiele miało się od tej pory zmienić. 

Brud, podejrzane medykamenty i brak opieki weterynaryjnej. Działacze mówią o problemach podpłockiej fundacji

- Zgłoszenia otrzymaliśmy z kilku źródeł. Rozmawiałem m.in. z pięcioma byłymi wolontariuszkami oraz byłym członkiem zarządu. Sami także już od dłuższego czasu obserwowaliśmy tę fundację. To, co działo się tam przez lata nie jest do mojej oceny - tym zajmą się odpowiednie służby. My możemy ocenić tylko to, co zastaliśmy wczoraj - mówi Stanisław Babiarz, prezes Azylu pod Kotomyszem, gdzie trafiły odebrane czworonogi.

reklama

Wszystkie zwierzęta wymagają interwencji weterynaryjnej.

- Podkreśmy jednak, że ich stan nie był tragiczny. Natomiast na 41 kotów i 4 psy mamy zaledwie 17 książeczek zdrowia. Psy nie mają aktualnych szczepień przeciwko wściekliźnie, nie mamy żadnych testów jeśli chodzi o koty. Z niepotwierdzonych jeszcze informacji wynika, że mamy koty z różnymi schorzeniami - nerek, trzustki czy FIV. U nas każdy podopieczny ma swoją kartę i pełne informacje zdrowotne. Tam tego zabrakło - dodaje pan Stanisław.

Na miejscu miały za to zostać zabezpieczone różnego rodzaju maści, kroplówki czy leki z zawartością nieznanego pochodzenia. Prezes fundacji utrzymywała, że jeździ ze zwierzętami do weterynarza, choć leczy je także samodzielnie. Preparaty takie jak "wywar z dzikiego muchomora", który pokazywała, wzbudziły jednak podejrzenia.

reklama

Niepokojące, a nawet zdaniem wolontariuszy niebezpieczne, mają być warunki sanitarne panujące w budynku.

- Gdy weszliśmy do środka, zapach zjełczałego i zepsutego mięsa czy odchodów sprawiał, że naprawdę ciężko było tam przebywać. Uważamy, że powinien zająć się tym również sanepid, ponieważ może dojść do czegoś bardzo niebezpiecznego dla mieszkańców i osób, które przebywają na terenie tej fundacji - opisuje Stanisław Babiarz.

Wątpliwości pojawiły się również po przejrzeniu mediów społecznościowych PPZ. Przedstawicieli OIOZ-u oraz dwóch azyli dla zwierząt zdziwił brak postów adopcyjnych czy informacji o znalezieniu domu przez któregokolwiek z podopiecznych. Na pierwszy rzut oka miało wyglądać to tak, jakby czworonogom nie szukano nowych właścicieli, a zbierano je w Koszelewie.

reklama

- Rozmawiałem z panią prezes bardzo długo i absolutnie nie uważam, że chciała świadomie znęcać się nad zwierzętami. Z mojej obserwacji wynika, że jest to osoba, która po prostu w pewnym momencie sobie z czymś nie poradziła i potrzebuje pomocy. Powinniśmy zapanować nad tym, aby nie wylewał się na nią hejt - apeluje. 

Wideo z interwencji można obejrzeć TUTAJ.

Mamy komentarz prezes fundacji. "To element nagonki"

Zupełnie inaczej na sprawę zapatruje się sama prezes fundacji Pomagamy Płockim Zwierzakom. 

reklama

- To wszystko są działania jednej osoby, która cały czas się na mnie mści. Podawane informacje są niewiarygodne, liczba zwierząt nie jest taka, jaka była, a jedno z upublicznianych zdjęć nawet nie pochodzi stąd. To jest element nagonki - twierdzi pani Jolanta.

Uważa, że interwencja była bezpodstawna. 

- Przecież była inspekcja i nic nie stwierdziła. Przecież te zwierzęta bardzo dobrze wyglądają. Były karmione BARF-em (nieprzetworzone, surowe mięso - przyp.red.) i miały czystą wodę, do tego filtrowaną. Są leczone weterynaryjnie, książeczek nie miały tylko małe kociaki. Po prostu ja dostaję na przykład od weterynarzy zastrzyki, które podaję. Wszystkie leki były przepisywane przez weterynarzy  - opisuje. 

Zgadza się jednak, że problemem jest zachowanie czystości w fundacji. Rzeczywiście, utrzymanie porządku i opieka nad blisko 50 zwierzętami w pojedynkę to wyjątkowo trudne zadanie. Jak twierdzi, wolontariusze - mimo poszukiwań, próśb i zaproszeń - nie chcą się angażować. Mimo to dodaje, że jest otwarta na osoby, które chciałyby pomóc. 

- Wtedy to miejsce naprawdę miałoby potencjał. Brakuje tylko rąk do pracy - zaznacza.

Pan Stanisław Babiarz zapewnił nas, że wejście na teren posesji odbyło się za zgodą właścicielki, a przekazanie zwierząt było dobrowolne. Pani Jolanta uważa inaczej. 

- Policja dojechała później, gdy ja zadzwoniłam. Weszli do mnie siłą, bo drzwi były otwarte. Nawet, czego nie pokazali na filmie, jeden weterynarz z inspekcji wszedł i powiedział: "Co wy chcecie od tych kotów?" - cytuje.

Przekonuje, że zgodziła się na to, aby zwierzęta pojechały wyłącznie na dwa miesiące.

- Zabrano wszystkie. Nawet moje osobiste psy i moją osobistą kotkę. Bardzo chciałabym, aby one do mnie wróciły. Nie wyobrażam sobie, jaki to dla nich musi być stres - przyznaje. 

Kwestie sporne najprawdopodobniej rozstrzygnie policja lub prokuratura, do której zawiadomienie przygotowały organizacje prowadzące interwencję.

reklama
WRÓĆ DO ARTYKUŁU
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo