Reklama

Reklama

Granatem od stołka nie oderwą [WYWIAD]

Opublikowano: 21 stycznia 2015 10:06
Autor:

Granatem od stołka nie oderwą [WYWIAD] - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Marek Mokrowiecki, wieloletni dyrektor płockiego teatru, właśnie zainaugurował obchody jego 40-lecia. Bo tak jak w piosence Andrzeja Rosiewicza, „gdy cię czas pogania, przodem puszczaj drania, bo masz czterdzieści nowych lat”. A Marek Mokrowiecki nadal twierdzi, że ma pomysły i zamierza trzymać się swojego „minimalnego minimum”. Byleby nie trzeba było urządzać łapanki na widzów.

Reklama

Marek Mokrowiecki, wieloletni dyrektor płockiego teatru, właśnie zainaugurował obchody jego 40-lecia. Bo tak jak w piosence Andrzeja Rosiewicza, „gdy cię czas pogania, przodem puszczaj drania, bo masz czterdzieści nowych lat”. A Marek Mokrowiecki nadal twierdzi, że ma pomysły i zamierza trzymać się swojego „minimalnego minimum”. Byleby nie trzeba było urządzać łapanki na widzów.

Płocki teatr zaczął obchody 40-lecia istnienia od uczczenia pamięci swojego pierwszego dyrektora, nieżyjącego już Jana Skotnickiego. Po nim przez dyrektorski fotel przewinęło się kilku kolejnych, ale to Marek Mokrowiecki zasiada w nim już od lat 90. i nieprzerwanie rządzi tym, co znajdziemy na afiszach przed wejściem.

Za jego kadencji dokonała się gruntowna przebudowa budynku, ale drugim motywem, niestrudzenie wypływającym na powierzchnię, jest borykanie się z kryzysem. Już nieraz Mokrowiecki odgrażał się, że jakby co, to będzie spektakle wystawiał nawet w stodole. Awaryjnie rekwizyty znajdą się w pracowniach. I nie chodzi wyłącznie o kwestie finansowe, ale również o klucz doboru repertuaru i odzew, z jakim ten się spotyka, potrzebę istnienia teatru w Płocku jako miejsca kulturalnego centrum. Czy jest nim w istocie?

Przeczytajcie, co na ten temat miał do powiedzenia Marek Mokrowiecki między jednym a drugim papierosem.

Czego, pana zdaniem, widz oczekuje od współczesnego teatru?

Marek Mokrowiecki: I co ja mam powiedzieć? Nie ma statystycznego widza. Za każdym razem będzie to niepełny obraz z powodu różnicy wieku, wykształcenia, upodobań. Inni chcieliby od teatru wyłącznie rozrywki.

Dopiero co upamiętniony Jan Skotnicki powiedział, że teatr, do którego widzowie nie chodzą, jest do dupy. Zgadza się pan z tym?

A ja zapytam inaczej, czy przypadkiem widzowie dorośli do teatru? Osobiście nazywam to syndromem utworzonej za komuny Nowej Huty. Przecież Płock rozpuchł się kilkukrotnie, z 20 do 120 tys. mieszkańców! Przyjechała cała masa ludzi, którzy zaczęli tworzyć społeczeństwo i utożsamiać się z tym nowym miejscem, co samo w sobie oznacza proces obliczony na dziesięciolecia, a u nas nastąpił błyskawicznie za sprawą powstania petrochemii. Dawniej zresztą Płock nazywano miastem róż i emerytów.

Ale nie o to mi chodziło…  Pan ma ten sam problem, który miał Skotnicki.

To czy można powiedzieć, że to moja wina, skoro borykam się z tym samym problemem, co moi poprzednicy? Trzeba znaleźć złoty środek…

Dużo czasu minęło, a ten jakoś się nie znalazł…

Kiepsko idzie, jak mawiał Skotnicki, wręcz do d…

Więc kogo jeszcze teatr interesuje?

Kiedy organizowaliśmy „Hamletiadę” musiałem urządzić polowanie na widza. Ilu widzów przyjdzie w lutym na „Proces”? Wiele lat temu pojechałem do Grecji na festiwal. Grali tam klasyczny repertuar. Sporo ludzi. Obok mnie siedziała grecka rodzina, która przyjechała z Aten i tak jakoś wyszło, że zaczęła się między nami rozmowa. Regularnie przyjeżdżają na ten festiwal z dziećmi, żeby poznały repertuar należący do klasyki narodowej. Dla nich było nie do pomyślenia, by tego nie znały. My nie doceniamy tego, co mamy. Jeśli dam sztukę Fredry na afisz, a to przecież Himalaje naszej dramaturgii, tak naprawdę nikogo sztuka nie zainteresuje! Przyjdzie co najwyżej spędzona przez szkoły młodzież.

A jednak wznawia pan w lutym „Proces” Kafki. Kiedy z niego wyszłam, towarzysząca mi osoba przyznała, że ta sztuka do niej nie dotarła. Zatem skąd ten upór?

O zrobieniu „Procesu” myślałem od wielu lat. Uważam, że zrobiłem przedstawienie naprawdę proste, czytelne dla widza, a ten mój upór? No cóż, upieram się jak każdy twórca. Klasykę teatr też musi grać, bez tego utraci sens istnienia. Granie samych fars doprowadzi go do ściany, bo dalej będzie musiało być już tylko coraz śmieszniej. Rozrywka jest potrzebna, ale musi też istnieć odpowiednia przeciwwaga, coś w rodzaju inteligentnej strawy. Osobiście widziałem kilka interpretacji „Procesu”, w Niemczech i w Czechach. W jednej z nich aktorzy stali pod golą ścianą. Z tekstem jechali jak z karabinu maszynowego. Były też takie zupełnie wydumane. Klasykę zawsze robię bardzo chętnie, ale taką we współczesnym wydaniu.

Teatry w innych miasta szokują, sięgają po historię amerykańskiej pary morderców, czyli Bonnie i Clyde’a. Zaczynają proponować coś odwrotnego, nie będącego w żadnym razie gwarantem dobrego samopoczucia u widza. Chce pan sztuki, która burzy spokój, prowokuje, a przy tym pozostaje współczesna? W jakim kierunku miałby pójść płocki teatr? Młodzi, 20 i 30-latkowie mają tu w ogóle czego szukać?

Jestem bardzo ciekawy reakcji widzów na „Spowiedź masochisty”, której premiera będzie w lutym. Czy przyjdzie to samo grono widzów, których widuję na premierach? To sztuka awangardowa, tekst traktujący o współczesnych problemach. Gramy już „Boże mój”, więc chyba nie jest tak źle. Minimalne minimum to przynajmniej jedna taka sztuka w sezonie. „Wściek” był ostrym przedstawieniem albo „Życie do natychmiastowego użytku”. Tylko że na mnie ciąży obowiązek utrzymania teatru, wielkiego budynku i całej tej machiny i tak już okrojonej do minimum. Zagwarantowania pracownikom wypłaty, a płocczanom farsy. Ale proszę teraz mnie teraz źle nie zrozumieć. W żadnym razie nie deprecjonuję tych, którzy przychodzą do teatru wyłącznie dla rozrywki.

Skotnicki w wywiadzie mówił, że żałuje tak małej ilości wystawionych bajek w okresie, kiedy pełnił funkcję dyrektora. Panu zarzucano coś przeciwnego.

Wie pani, dawniej miałem taki pomysł, aby grać przedstawienia wyłącznie wieczorami, ale w końcu doszedłem do wniosku, że musiałbym zamknąć teatr.

Czyli liczą się tylko przedstawienia grane do południa? To głównie bajki…

Tak, dochody z bajek ciągną teatr. Możecie mnie za to powiesić, ale taka jest prawda.

Jak pan zatem reaguje na krytykę?

Pani chodzi o to, czy ja śpię spokojnie? Większość z tych osób, którzy pozwalają sobie na niewybredne opinie, na teatrze albo się nie znają, albo wcale do niego nie przychodzą. Odpowiadam za finanse, a to oznacza konieczność kalkulacji. Scena kameralna pomieści koło 90 widzów. Musimy odzyskać przynajmniej sporą część pieniędzy, jakie kosztuje przedstawienie. Przy każdym spektaklu już na samym początku kalkuluję czy zwróci mi się nakład na scenografię, muzykę, prawa autorskie. Jednak staram się tak lawirować, aby nadrzędną wartością pozostała sztuka sama w sobie, aby zagwarantować w miarę szeroką ofertę intelektualnego rozwoju, od bajek po rzeczy bardziej awangardowe. Ostatnio urządziliśmy „Hamletiadę”. Od strony promocyjnej starliśmy się ją rozpropagować, a na widowni pustki.

W takim razie na co nas stać, skoro nawet Sebastian Ryś ze swoim monodramem "Zupa rybna w Odessie", zresztą faktycznie niezłym, szukał wsparcia na zewnątrz?

Wtedy miałem już dopięty budżet, ale z taką sumę, o jaką chodziło, każdego posłałbym na drzewo. Nie było mnie na to stać.

A może płocka widownia jest kapryśna, kręci nosem przynajmniej na dobre spektakle?

Widz generalnie ma to do siebie, że bywa kapryśny. W latach 90. porozwieszaliśmy na ulicy Tumskiej wielkie transparenty z nazwą sztuki. Przyjechał też do Płocka jej autor. Idziemy tak sobie z nim po deptaku i nagle zaczepiają mnie tuż pod jednym z transparentów, czemu w tym naszym teatrze nic się nie dzieje. Albo podobna historia, o której opowiedział mi nasz akustyk, Krzysztof Wierzbicki. Na imprezie zagadnięto go, czemu nie zagramy „Dziadów”. Przyszliby zobaczyć. Tylko że dokładnie w tym samym czasie, może od jakiegoś miesiąca, graliśmy je w płockiej katedrze. Tyle w temacie.

Ostatnio czytałam takie słowa Jana Englerta, że ludzi, którzy przyjdą, by zobaczyć, jak sztuka jest zrobiona, jest może z 2 tysiące, reszta wie, że Hamlet umiera na końcu i chce nowej historii, ale najliczniejsza grupa pragnie zobaczyć gwiazdy na żywo, najlepiej z TV. Co zatem panu zostaje? Płocczanie przychodzą na jakieś nazwisko?

Trafił w sedno. Ale kiedy Grażyna Zielińska grała w „Klimakterium”, kolejka ustawiała się taka, że panie w szatni nie nadążały, ale kiedy zrobiliśmy „Pierwszą miłość”, to borykaliśmy się z niską frekwencją. Ludzie chodzą na gwiazdy, a dla mnie teatr nie powinien przypominać oglądania małpki w cyrku albo na wybiegu. To fala, co może po jakimś czasie minie. Nie ma też nic wspólnego z teatrem, który kreuje pewien świat w jakimś określonym celu. Pewnie, że Stefan Friedmann i Jerzy Bończak to nazwiska potrafiące co nieco w tym względzie zawojować, więc nikt mi nie zarzuci, że nie decyduję się pójść na pewne ustępstwa. Tworzenie przedstawienia należy do procesów twórczych. Gdybym, zamiast Jacka Mąki, obsadził w tytułowej roli jakiegoś młodego gwiazdora, może frekwencja byłaby na „Procesie” większa, ale, jak widać, podjąłem inną decyzję. Widocznie jestem uparty jak koza (śmiech). Albo zacznę w każdej sztuce obsadzać Mariusza Pogonowskiego (w aktualnościach Teatru Płockiego na styczeń i luty przytoczony jest dialog kilkorga młodych ludzi przeglądających teatralne afisze, ale decydujący okazał się udział Mariusza Pogonowskiego, którego akurat w obsadzie zabrakło. Ponoć musieli obejść się smakiem, natomiast samemu aktorowi w teatrze odgrażają się żartobliwie, że będzie odtąd grał we wszystkim, choćby nawet w sukience – przyp. red. ).

Polityka i teatr. Czy jedno nie stanowi kagańca dla drugiego?

Tematycznie polityka łączyła się z teatrem od wieków. Płockim teatrem absolutnie nie rządzi. Przyznaję, prywatnie sympatyzuję z Polskim Stronnictwem Ludowym, ale do partii nie należę. Dawno temu miałem legitymację ZMP. Szybko ją jednak zgubiłem. Obyło się bez konsekwencji.

Istnieje jeszcze coś w rodzaju teatralnej etykiety? Wymagany strój, znajomość treści sztuki w zarysie?

Akurat zdążyło się to bardzo zmienić. W czasie studiów w Pradze miałem jedną marynarkę. Jak mnie w niej zobaczyli, to wzięli mnie za idiotę. Jak już wszedłem do środka, praktycznie wszyscy mieli na sobie swetry. - Co ty - usłyszałem - ze wsi przyjechałeś? Jednak cieszę się, że ludzie przychodzą na premiery elegancko ubrani, chociaż taki obowiązek nie istnieje.

Zdarzają się sytuacje, kiedy ludzie mylą teatr z kinem, na przykład zapominają wyłączyć telefon, rzucają komentarze?

Głośne komentarze na szczęście jeszcze się nie zdarzały. Gdyby jednak komuś zaczęła dzwonić komórka w trakcie sztuki,  zawsze tłumaczę aktorom, żeby ją przerwali i zaczekali. Raz mi się nawet przytrafił podobny przypadek. W jednej ze scen musiałem podnieść do góry nogę. Traf chciał, że w tym samym momencie pewnej pani siedzącej w pierwszym rzędzie zadzwonił telefon. Ja stoję z tą podniesioną nogę, przerywam spektakl i udaję, że nic się nie dzieje. Pani była już cała w pąsach, a ja stoję nadal. To chyba chodziło o sztukę „Co nam zostało z tych lat”… A ona w najlepsze odebrała telefon i mówiła: „tak kochanie, jestem teraz w teatrze, fajna sztuka, zadzwonię później”.

W jakiej mierze teatr jest biznesem? A sztuka produktem do sprzedaży, gdzie stosuje się promocje, bilety za złotówkę i oferty „2 bilety w cenie 1”?

Można go potraktować jak biznes. Problem w tym, że czuję się reprezentantem tego pokolenia, o którym mówił ś. p. Jan Skotnicki. Tego samego, które niewiele osiągnęło w sensie materialnym, ale pozostawiło po sobie szafy pełne książek i świadomość trudnych do oszacowania wartości niematerialnych. 

40 lat minęło, wmurowana tablica na cześć Jana Skotnickiego, nadanie imienia scenie kameralnej i to wszystko, koniec jubileuszu?

Niech to zostanie na razie niespodzianką, ale plany już mamy.

Nie czas powiedzieć sobie stop? Zamknąć za sobą drzwi gabinetu? Czy pan tak tylko lubi straszyć innych zapowiedziami odejścia na emeryturę?

Tak, myślałem o tym ze sto razy, ale mnie granatem od stołka odrywać nie trzeba (śmiech). Ciągle mam nowe pomysły. Zostaję dopóki Bóg rozumu i sił nie odbierze, więc kiedy to będzie? Nie wiem. Żadnej konkretnej daty nie planuję.

Czego życzyć teatrowi w Nowym Roku, tuż po takim jubileuszu?

Niezmiennie widzów.

 

Czytaj też:

Fot. Portal Płock

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (3)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.