Reklama

Fotografia bywa wojną na śmierć i życie

Opublikowano:
Autor:

Fotografia bywa wojną na śmierć i życie - Zdjęcie główne
Udostępnij na:
Facebook

Przeczytaj również:

Wiadomości - Pracę zawsze traktowałem jak hobby – twierdził fotograf, Henryk Malesa. Kiedy trzeba, nie pogardzi małym aparatem albo takim w telefonie, aby wrzucić zdjęcie do mediów społecznościowych. Najchętniej portretuje muzyków jazzowych, co bywa problematyczne z powodu rozmaitych zakazów i ochrony. A przy tym wszystkim los bywa wyjątkowo złośliwy...

- Pracę zawsze traktowałem jak hobby – twierdził fotograf, Henryk Malesa. Kiedy trzeba, nie pogardzi małym aparatem albo takim w telefonie, aby wrzucić zdjęcie do mediów społecznościowych. Najchętniej portretuje muzyków jazzowych, co bywa problematyczne z powodu rozmaitych zakazów i ochrony. A przy tym wszystkim los bywa wyjątkowo złośliwy...

We wtorek Towarzystwo Naukowe Płockie zaprosiło w pierwszą podróż fotograficzną. Były prezes TNP, Aleksander Maciesza także pasjonował się fotografią, więc nadaje się w sam raz na patrona nowego cyklu, który zapoczątkował w roli prelegenta Henryk Malesa. Fotograf współpracuje z „Jazz Forum” i Galerią B&B w Bielsku Białej. Współorganizował w tym mieście Biennale Fotografii Światowej. Jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików.

Malesa od wielu lat zajmuje się fotografią jazzową. Wszystko zaczęło się od jego podróży do Nowego Orleanu. Pojechał spędzić dziesięć nocy na południu Stanów Zjednoczonych, w stanie Luizjana. - Tam noc jest o wiele ważniejsza niż dzień – opowiadał. Jeszcze nie było cyfrowych aparatów. Przywiózł ze sobą do kraju 70 rolek filmu. - Zaraz po wywołaniu doszedłem do wniosku, że to nie było to, czego chciałem – i w ten sposób wszystko trafiło do szuflady. Zdjęcia leżały sobie schowane do 2005 roku, do czasu huraganu Katrina, który doszczętnie spustoszył Nowy Orlean. Mieszkańcy potracili dorobek całego życia. - Tuż po nim odezwano się do mnie, aby jednak te zdjęcia zaprezentować w formie wystawy. Tylko ja jakoś nie byłem co do tego przekonany. Wpadłem na pomysł, aby pokazać je w sepii.

Skupia się przede wszystkim na fotografii koncertowej, a ta, jak podkreślał, jest bardzo trudną sztuką. - Fotograf pracuje przy sztucznym, w dodatku niezbyt obfitym oświetleniu. Trzeba wyczekiwać „momenty”. Scena najczęściej spowita w czerni – wyjaśniał, ale nie to jest najtrudniejsze. Stres potęguje jeszcze dodatkowy fakt, kiedy zdjęcia wykonuje się na zlecenie redakcji. Największym utrapieniem fotografa jest ograniczony czas. Bywa, że na ujęcie wszystkiego przysługuje jedna, dwie, maksymalnie trzy piosenki czy kompozycje, później wkracza ochrona i potrafi wyprosić z sali przy złamaniu zakazu. - Los bywa jednak złośliwy i dokładnie po upływie tego czasu trafiają się odpowiednie warunki do zrobienia o wiele lepszego zdjęcia niż wcześniej – ubolewał. Raz poszedł fotografować muzyków z przyjacielem, który porusza się na wózku. Kiedy skończył się już wyznaczony czas na robienie zdjęć, zauważył że o wiele lepsze światło będzie miał za wózkiem. Kucnął za nim i włożył aparat pod zwisającą z góry marynarkę. - Chyba po trzecim zdjęciu wyprowadzono mnie bez możliwości powrotu na salę – przyznał. - Satysfakcja była, bo te trzy zdjęcia okazały się najlepsze.

A co w sytuacji całkowitego zakazu fotografowania? I na to zalazł sposób. - W Rotterdamie odbywa się Noord Zie Jazz Festival. Miał grać Gary Peacock. Ochrona zabierała cały sprzęt przy bramkach. Aparaty, telefony, wszystkie urządzenia nagrywające chowała do skrytek. Umówiłem się z kolegami, że wniesiemy aparat w częściach. Jeden rozkręciliśmy. U pierwszego kolegi ochroniarze znaleźli obiektyw. Tłumaczył, że przecież samym obiektywem nic nie zdziała. Na sali złożyłem aparat. Gary Peacock siadł przy swoim kontrabasie. Traci słuch, więc czego sam nie dosłyszy, to odbiera drganiem gryfu. Zdążyłem zrobić mu sześć zdjęć. A on, mając przytępiony słuch, usłyszał właśnie mój aparat i z tego powodu przestał grać. Wyprowadzono mnie i zabrano do biura, aby tam poczekać na jego managera. Koncert kosztował 50 tys. dolarów. Postraszyli mnie, że jeśli Pickock nie wznowi koncertu, to ja zapłacę całą sumę. Jednak zagrał.

Twierdził, że jeszcze się nie zdarzyło, aby nie udało mu się zachować zdjęć. Jednak jego koledzy mieli pecha i musieli oddać kartę od aparatu. Na nic zdały się tłumaczenia, że akurat z tego koncertu pochodzą tylko dwa zdjęcia, a cała reszta została wykonana w innych miejscach.

Zanim zaczyna fotografować muzyka, którego dotąd nie poznał, wyszukuje o nim informacje w internecie i słucha urywków koncertów. - W ten sposób mogę wyobrazić sobie jego sposób zachowania na scenie. To bardzo ułatwia pracę. Przy gwiazdach pod tą sceną kręci się ze 30, 40 fotografów. O możliwość wykonania zdjęcia trwa wojna na śmierć i życie. Przepychają się, szturchają. Lepiej jak najwcześniej zorientować się odnośnie najlepszego miejsca, z którego trafi się na najlepsze światło. Jedynie w klubach można fotografować tyle czasu, ile się w nich siedzi. Organizatorzy pozwolą na więcej przy zaprzyjaźnionych festiwalach. Zawsze warto spróbować dostać się na próbę.

Archiwum Malesy to dziewięć terabajtów. - Jakieś kilkaset tysięcy zdjęć – sądził. Przy pierwszym przeglądzie fotografii potrafi wyrzucić za jednym zamachem połowę. Z tego, co zostało, odrzuca kolejne. Z najlepszych festiwali zostawia jakieś 70 zdjęć lub dwie rolki filmu, jeśli zdarzy mu się skorzystać ze starego typu aparatu fotograficznego. Z koncertu nie więcej niż 30, 40. Bywa i tak, że ze 150 zdjęć zostaje mu 25. Tych gorszych nigdzie nie przechowuje, aby z sentymentem wrócić do nich po latach. - Dawniej zgrywałem je z komputera na płytę CD. Robiłem tak do momentu, aż zauważyłem, że już nie mam gdzie ich wszystkich trzymać. Trzeba tracić czas na opisywanie. Dałem sobie z tym spokój. Zdjęcia nie zrobią się lepsze od czasu ich przechowywania. Złe zdjęcie to złe zdjęcie i basta. Zostawiam tylko najlepsze. W ten sposób za 50 lat powiedzą, że Malesa to był ten facet, co robił tylko dobre zdjęcia.

Wciąż czeka na to jedno najważniejsze. Chciałby sfotografować Keitha Jarretta, który w latach 80. grywał z Garym Peacock'em i współpracował z Milsem Davisem. - Jest chory i gra może ze dwa koncerty w roku. A nawet i te potrafi odwołać – więc wyzwanie nie należy do najłatwiejszych.

Czytaj też:

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE