Reklama

Festiwal na koniec lata. Jak wrażenia?

Opublikowano:
Autor:

Festiwal na koniec lata. Jak wrażenia? - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Summer Fall Festival wypalił niczym gromka salwa z armaty. Z każdym kolejnym koncertem było tylko lepiej. Na scenie m. in. Luxtorpeda, świętujący wydanie albumu „Scarlet” Closterkeller, energetyczni Włosi z Lacuna Coil i Wilki z dwójką Gawlińskich w składzie. Kręcono nawet DVD. Jedyne, czego brakowało, to czasu na bisy…

Summer Fall Festival wypalił niczym gromka salwa z armaty. Z każdym kolejnym koncertem było tylko lepiej. Na scenie m. in. Luxtorpeda, świętujący wydanie albumu „Scarlet” Closterkeller, energetyczni Włosi z Lacuna Coil i Wilki z dwójką Gawlińskich w składzie. Kręcono nawet DVD. Jedyne, czego brakowało, to czasu na bisy…

Czwarta edycja festiwalu żegnającego lato zebrała na płockiej plaży morze ludzi stopniowo napływających z różnych zakątków Polski. – Przyjechałem z Torunia specjalnie na Luxtorpedę i Lacuna Coil. Pierwszy raz tu u was jestem na Summer Fall Festival, ale warto było – mówił nam Darek, którego tuż przed północą czekał powrót do domu.

Pierwsi, najzagorzalsi fani koczowali na swoich muzycznych ulubieńców już o godzinie 15.00, kiedy pojawiła się na scenie płocka grupa Reszta Pokolenia. W sierpniu można ich było posłuchać na starówce w ramach „Akcji Animacji”. Po takiej dawce punkowych i zadziornych dźwięków odpowiednią rockową temperaturę podtrzymali panowie z Lipali. Zwolennicy ostrzejszego brzmienia musieli poczekać na pojawienie się formacji Alastor. Tłum przed barierkami zdążył już odpowiednio zgęstnieć. Gdyby ktoś nie zdołał przedrzeć się bliżej sceny, na boku umieszczono telebim.

Na dobry początek Luxtorpeda zagrał jeden z najbardziej znanych kawałków, „Mambałaga”. Nie obyło się bez wątków osobistych, a nawet religijnych. Zagrano utwór „Nieobecny nieznajomy”, będący dla Roberta Friedricha „Litzy” rozrachunkiem z ojcem. Litza, koncertujący również z Arką Noego, wystąpił w czerwonej koszulce z napisem „Know Jezus, know life”. Był też hołd dla bohaterów, którzy porzucili najbliższych, oddając dla sprawy własne życie. – Za wolność – wrzasnął do rozentuzjazmowanego tłumu ludzi. – Napiszę list otwarty do prezesa drogi mlecznej, co obiecał życie wieczne – zaśpiewał w refrenie.

Nie zabrakło również okupującego listę Marka Niedźwieckiego w Programie Trzecim Polskiego Radia kawałka „44 dni”, opowiadającego o dzieciach, którym nie dane było przyjść na świat. – Życie bywa często bez odpowiedzi, ale po czasie okazuje się, że było to potrzebne. Jednak na razie jest cierpienie – komentował. Z zaciekawieniem obserwował lecącego na paralotni Wojciecha Bógdała. – No ten, co tam leci, jest z pewnością niezalogowany – nawiązał do tytułu kolejnej piosenki. Na koniec znalazło się miejsce na „Hymn”, a wraz z nim na słynny refren „Wiara, siła, męstwo, to nasze zwycięstwo”. – Pochodzi jeszcze z okresu, kiedy na nasze koncerty przychodziło raptem 15 osób - przypominał. Niestety, nie dano im zagrać bisu, pomimo nalegań publiczności na kawałek „Autystyczny”.

Anja Orthodox wielokrotnie powtarzała już, że wydana jako czwarta płyta „Scarlet” nie należy do jej ulubionych w dyskografii Closterkeller. Nie jest wystarczająco gotycka, chociaż ma swoje najukochańsze utrzymane „w czarnym klimacie” piosenki, jak „A ona, ona” i „Dla jej siostry”. Specjalnie na płocki koncert założyła nawet koszulkę z okładką albumu wydanego 20 lat temu, uchodzącego mimo wszystko za najlepszy w ich dorobku (dostali za nią złotą płytę). To z niej pochodzą takie perełki, jak „Dlaczego noszę broń”, „California”, „Scarlett”, „Śniło”, „Owoce wschodu”, czy „Tak się boję bólu” pełne osobistych tekstów. Dla uatrakcyjnienia występu towarzyszyła im tancerka wirująca w obłędnym tiulowym stroju. Orthodox śpiewała z małymi czarcimi różkami we włosach.

– Jestem największym antytalentem gitarowym na świecie. Pamiętajcie o tym, bo kogoś takiego już nigdy nie usłyszycie, no chyba, że na naszej jesiennej trasie – po czym sięgnęła po czerwoną gitarę. – Miał tu zagrać Carlos Santana, ale jak  dowiedział się, że ja występuję, to wymiękł – i raźno zabrała się do gry, a stojący z tyłu muzycy wznieśli ręce do góry z uciechy. – Ale świnie z nich – śmiała się. Grupa rejestrowała płocki koncert, który pokaże się na DVD przy specjalnej reedycji płyty „Scarlet”. Na koniec zrobiła sobie wspólne zdjęcie na tle publiczności. Szykuje się jeszcze jedna gratka dla fanów w związku z dwudziestoleciem innego klasyka w ich wydaniu, płyty „Purple”.

Wraz z pojawieniem się dwójki wokalistów z włoskiej grupy Lacuna Coil, rozpętało się szaleństwo, aż Andrea Ferro dziękował ludziom za niesamowitą energię. Cała plaża wzniosła ręce w górę i klaskała zachęcana przez Christinę Scabbia. Metalowo-gotycka uczta wszystkim wybornie smakowała, szczególnie przy „Spellbound”, „Our truth”, „End of time” i coverze Depeche Mode „Enjoy the silence”. – Graliśmy już wcześniej w Polsce, ale jeszcze nie w tak pięknym miejscu – stwierdzili w czasie koncertu. Perkusista rzucił na koniec pałeczki w publiczność. Lacuna jako pierwsza grupa zagrała na bis jeden kawałek, zrobiła także pamiątkową fotografię z Płockiem w tle. Fani od razu ruszyli na poszukiwanie muzyków, aby załapać się na autograf. Można się tylko dziwić, czemu to nie oni grali jako gwiazda wieczoru…

Początek koncertu Wilków był raczej niemrawy, pomimo zagrania „Na zawsze i na wieczność”. Zaskoczyli nieco zmienioną aranżacją „Beze mnie o mnie”, pojawiły się także dwa kawałki z albumu „Watra”. Na szczęście po jakiś czterech, pięciu piosenkach było już tylko lepiej i bardziej przebojowo. – Fajne miejsce, taka plażowa atmosfera – chwalił Robert Gawliński do mikrofonu przystrojonego w pióra. Nie spieszyło mu się, aby zagrać „Baśkę”, pomimo nawoływań publiczności. – Baśka jest teraz w kiblu – i wybrał „O sobie samym”, „Jeden dzień w Dolinie Mgieł” i balladę „Moja Baby” z płyty „Przedmieścia”, aż w końcu sięgnął do repertuaru „4” z hitami „Baśka” i „Urke”. Na pożegnanie zabrzmiał niezapomniany „Son of the blue sky” i fragmencik „No woman no cry” zaczerpnięty od Boba Marleya.

– Mieliście cudowny dzień pełen muzyki – żegnał się i przedstawiał zespół. Wśród gitarzystów znalazł się jego 23-letni syn, Beniamin. Jednak nie mogli tak po prostu odejść. Wyszli na całkiem pokaźny bis.

Fot. Tomasz Miecznik / Portal Płock

Więcej zdjęć:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE