Reklama

Dwie nowe hale. Bomba ekologiczna?

Opublikowano:
Autor:

Dwie nowe hale. Bomba ekologiczna? - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Mieszkańcy Radziwia walczą z pomysłem budowy na terenie starej stoczni dwóch hal magazynowych. Twierdzą, że ktoś szykuje tam bombę ekologiczną, będą składowane butle z gazem i kto wie co jeszcze... Są pewni, że czeka ich gehenna z wciąż jeżdżącymi tirami, które zakorkują im ulice. A do tego hale zasłonią widok na Tumy.

Mieszkańcy Radziwia walczą z pomysłem budowy na terenie starej stoczni dwóch hal magazynowych. Twierdzą, że ktoś szykuje tam bombę ekologiczną, będą składowane butle z gazem i kto wie co jeszcze... Są pewni, że czeka ich gehenna z wciąż jeżdżącymi tirami, które zakorkują im ulice. A do tego hale zasłonią widok na Tumy.

O pomyśle budowy dwóch hal magazynowych na Radziwiu wbrew stanowczemu oporowi przynajmniej części mieszkańców już pisaliśmy. We wtorek odbyło się posiedzenie komisji inwestycji, rozwoju i bezpieczeństwa miasta. Radni zaprosili do auli obie strony konfliktu, mieszkańców i przedstawicieli inwestora, czyli firmy Wan 44, aby przedstawiły swoje argumenty.

W zasadzie po przeszło dwugodzinnej batalii niedużo wskórano. Na niewiele zdały się też tłumaczenia Bogusława Adamskiego z biura projektowego Ortech, odpowiedzialnego za koncepcję obu hal. Adamski zapewniał, że celem nadrzędnym jest uporządkowanie terenu. -  Jeden budynek będzie zbliżony do Wisły, drugi umiejscowiony tuż za istniejącym budynkiem biurowym od strony ul. Popłacińskiej – przedstawiał plany budowy.

Obie hale mają być przeznaczone do składowania towarów konsumpcyjnych, co, jak podkreślał, pozwoli poprawić tragiczną sytuację stoczni. Według informacji Ratusza z 6 lutego tego roku będą to: wyroby gospodarstwa domowego, artykuły papiernicze, szkolne, kosmetyczne, krawieckie i odzieżowe, części zamienne do samochodów i maszyn, wyroby przemysłu elektronicznego bądź spożywczego, przy czym te ostatnie w trwałych opakowaniach. Jeszcze nie wiadomo, kiedy inwestycja miałaby ruszyć, ponieważ na razie wszystko utknęło na etapie decyzji o warunkach zabudowy. W Ratuszu wciąż toczy się postępowanie w tej sprawie. Adamski próbował uspokajać, że jak dotąd nie stwierdzono negatywnego oddziaływania na środowisko.

Po nim głos zabrali mieszkańcy. Pierwsza mówiła Irena Barbara. - Zamierzają postawić ogromne hale z zapleczem technicznym na 3,5 hektara. Budowę zaplanowano parterową, ale wysoką na 16 metrów – grzmiała kobieta, która musiałaby pożegnać się z widokiem na panoramę miasta. Wspomniała o dodatkowym hałasie. - To może być bomba ekologiczna i terror psychiczny. Teraz mamy tu ciszę i strefę ochronną – i poprosiła aby przyjrzeć się całej sprawie ponownie. Tak, aby terenom z dzikim siedliskiem ptactwa nie groziła dewastacja. Kobieta miała też wątpliwości co do przyszłego najemcy hal. - Kto skontroluje składowane w nich towary? - pytała przerażona wizją identycznej sytuacji, jaka ma miejsce w Ciółkowie .

Według płocczanki, prezydent powinien chronić mieszkańców i przejąć tereny po byłej stoczni, chociażby pod potrzeby lokalnego biznesu. Na koniec zaapelowała o zrozumienie wyjątkowego charakteru tego miejsca. - Radziwie to nasza mała ojczyzna. Nie zakłócajcie naszego spokoju - prosiła. - Zrezygnujcie ze swoich planów.

Z kolei Teresa Kijek wspominała o zwiększonym hałasie wraz ze wzrostem liczby kursujących tirów. I to w dodatku tak blisko terenów mieszkalnych. Dopytywała o procedury. - Czy miasto będzie miało nad tym jakąkolwiek kontrolę i czy inwestor wybuduje drogę wewnętrzną? - mnożyła kolejne wątpliwości.

Bogusław Osiecki prosił o podanie przykładów innych magazynów ulokowanych na terenie miasta. Przygotował nawet wstępną wizualizację przestrzenną od strony ul. Popłacińskiej. Stwierdził, że hale zasłonią widok na Tumy. - Teraz jest cisza i spokój, które znikną wraz z najazdem tirów – mówił. - Od inwestora słyszymy, że ma działki i chciałby je uporządkować. To interesujący argument - dodawał ironicznie.

Butle z gazem i masa tirów

O kwestię butli z gazem dopytywał radny Tomasz Kominek. Z gazem nie ma żartów, może nastąpić wybuch. - Bo że dojdzie do zmiany krajobrazu i przybędzie ruchu samochodów ciężarowych tu nie mam wątpliwości – kontynuował. Drążył kwestię zatrudnienia w halach. - Dla kogo ono będzie? Czy dla mieszkańców czy jakiejś przejezdnej ekipy z Warszawy? - pytał, czemu zaprzeczył Adamski. - Wówczas najemca byłby ekonomicznie nierozsądny – podkreślał. Radny dowiedział się, że butle z gazem propan butan posłużą do ogrzewania obiektów. Zdecydowano się przyjąć właśnie takie rozwiązanie ponieważ kotłownia węglowa dymi ze szkodą dla środowiska.

Także radny Andrzej Aleksandrowicz nie mógł doliczyć się zapowiadanych 200 miejsc pracy, ale sprawę postanowił naprostować pełnomocnik firmy WAN 44, Łukasz Stefański, wskazując m.in. na firmę ochroniarską, która będzie musiała pilnować obiektów. - Jako firma pełnimy rolę dewelopera. Dopiero od nas jakiś podmiot od nas wykupi hale lub je wydzierżawi, więc nie możemy powiedzieć, czy wszystko odbędzie się za pośrednictwem agencji zatrudnienia – zapewnił również, że miejscowi znajdą pracę. - Dyrektor i wyższy szczebel co najwyżej dojadą z Warszawy.

Radny Aleksandrowicz zainteresował się już nie budową drogi wewnętrznej, ale kto zajmie się jej ewentualną naprawą. - Te hale mają zarabiać. Ruch będzie ciągły, co oznacza nawet 100 tirów dziennie.  Wjazd od ul. Kolejowej może Radziwie zakorkować.  Nie wierzę, że to nie spowoduje utraty wartości okolicznych działek.

Bogusław Adamski kontrargumentował i to z płockim akcentem. - Taki magazyn jest na wjeździe do Włocławka. Jego właścicielem jest płocka firma Budmat.  Ma 12 tys. metrów kwadratowych - zaznaczył. Co do gwarancji, tu już trzeba się zdać na przepisy prawa budowlanego, nakładającego konieczność kontroli dwa razy do roku. Dodawał, że betonową drogę wewnętrzną inwestor standardowo wybuduje na własny koszt, ale ta musi być dobrze utrzymana. Starał się również wytłumaczyć, że na składowanie materiałów radioaktywnych trzeba dysponować koncesją. Żaden z przechowywanych artykułów nie wiąże się jego zdaniem z zagrożeniem wybuchem czy pożarem. Wszystko to kwestia wymogów technicznych, a nie chęci inwestora. Inaczej budynki musiałyby być inaczej zaprojektowane.

Całą logistykę Adamski wyłuszczał jasno. - Do magazynu wchodzi kilkadziesiąt palet. Wszystkie z takimi samymi butami, ale do galerii trzeba dostarczyć buty płaszcze i kurtki, dlatego towar trzeba skompletować na miejscu i dopiero w następnej kolejności wywieźć.

Budynki miałby być wysokie maksymalnie na 16 metrów, ale w kalenicy, czyli w najwyższym punkcie. Generalnie chodzi więc o 15 metrów, czyli tyle, co mają istniejące już budynki na terenie stoczni, do których miałyby zostać dobudowane hale. Obecny na sali wiceprezydent Jacek Terebus przywołał postanowienia miejskiej komisji architektoniczno-urbanistycznej, która zarekomendowała zróżnicowanie wysokości. - Inwestor nie wyraził na to zgody ze względów ekonomicznych – zakomunikował, ale zapowiedział równocześnie, że miasto zamierza podtrzymać pierwotne stanowisko. Ratusz zamierza wnioskować o przebudowanie drogi krajowej nr 62, aby dodatkowy ruch nie zakłócił płynności przejazdu.

Nie kurzy, nie pyli, nie śmierdzi!

Gdyby hale powstały, stworzyłyby coś w rodzaju dwóch ekranów, ponieważ pomiędzy nimi w dalszym ciągu istniałaby możliwość ciężkiej, stalowej produkcji, typowej dla stoczni rzecznej. Zgodnie z pomiarami, hałas miałby nie przekroczyć 36 decybeli. Jednak im dłużej Adamski tłumaczył, tym mieszkańcy zaczynali głośniej krzyczeć, że oni nie zamierzają w ogóle pozwolić na powstanie hal. Wyjaśnienia zrozumieli jako próbę odtworzenia produkcji w stoczni. Szybko sprawę sprostowali przedstawiciele inwestora. Chodziło o pomoc funkcjonalną, nie pieniężną. Adamski jeszcze raz klarował, że planowane artykuły „ani nie kurzą, ani nie pylą, ani nie pachną”, ale najwyraźniej stracił cierpliwość. - To nie będzie składowisko odpadów, tylko magazyn. Duża hurtownia, ale jeśli chcecie wszystko utrudniać, protestujcie. W ten sposób zaoracie sprawę i nie będzie niczego – co zdenerwowało mieszkańców. - To szantaż – krzyknęli w jego stronę.

- Chcemy z tego terenu korzystać tak samo jak wy korzystacie z własnych nieruchomości – przypominał o przemysłowym charakterze omawianych terenów Łukasz Stefański, pełnomocnik inwestora. - Przez kilkadziesiąt lat trwała w tym miejscu produkcja ciężka. My chcemy ją połączyć z lekką, tak aby produkcja stoczniowa była kontynuowana. Pozwólcie nam ten teren wykorzystywać zgodnie z jego przeznaczeniem. Nie traktujcie niczym rezerwatu przyrody.

Na koniec starał się wszystko podsumować. - Traktowanie nas jako krwiożerczego inwestora, który chce tylko zarobić, to niewłaściwe podejście - apelował. - Tym bardziej że to Centromost nie płaci czynszu dzierżawnego od dziewięciu miesięcy, a my zamierzamy teren uporządkować z zyskiem dla lokalnej społeczności – ale na nic się to zdało. Z tej części sali, gdzie siedzieli mieszkańcy, dobiegła zapowiedź sformowania komitetu protestacyjnego.

Fot. Portal Płock

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE