Zamknij
REKLAMA

Syn Olchy. Rozmowa z synem Wyklętego

16:45, 01.03.2016 | Małgorzata Rostowska
Skomentuj
REKLAMA

W dzieciństwie i młodości mówiono o nim: „syn bandyty”. Sąsiedzi rzucali w nich kamieniami. O swoim ojcu, żołnierzu wyklętym, który przeniknął do struktur UB, by ostrzegać chłopców z lasu przed akcjami katów, i który w stalinowskich więzieniach stracił młodość, zdrowie i majątek, opowiada jego syn, Lechosław Kisielewski.

Zanim oddamy głos synowi Olchy, przypomnijmy pokrótce, kim był por. Zdzisław Kisielewski ps. „Olcha”, „Wicuś”. Urodził się 15 stycznia w 1922 w rodzinie szlacheckiej w podpłockim Łężku, gdzie majątek ziemski miał jego ojciec, Bolesław, oficer w armii carskiej, peowiak i ochotnik w wojnie z bolszewikami w 1920 r. To on wychowywał jedynego syna - matka Jadwiga zmarła, gdy Zdzisław był  niemowlęciem. Przed wojną młody Olcha należał do harcerstwa, uczył się w Małachowiance. Gdy wybuchła II wojna światowa, miał 17 lat. Brał udział w kampanii wrześniowej, potem podczas okupacji był w wywiadzie Armii Krajowej - rozpracowywał środowiska komunistyczne, m.in. Armię Ludową, a po wojnie - struktury Urzędu Bezpieczeństwa. Gdy został zdekonspirowany, przyłączył się do 11. Grupy Operacyjnej Narodowych Sił Zbrojnych. Aresztowany w 1945 został skazany na osiem lat więzienia i katorżniczych prac w kopalniach na Śląsku. Po wyjściu z więzienia poznał swoją przyszłą żonę, po kilku latach zamieszkali w Płocku. Miał czworo dzieci. Jego syn Lechosław, który zgodził się opowiedzieć nam o ojcu, urodził się w 1953 r.

Portal Płock: Kiedy dowiedział się pan o wojennych i powojennych losach swojego ojca?

Lechosław Kisielewski: Późno, bo ojciec niewiele nam opowiadał. Ale od wczesnego dzieciństwa odczuwaliśmy skutki jego przeszłości. Ojciec nigdzie nie mógł dostać pracy, komuniści zabrali mu cały majątek. Pamiętam, że mieszkaliśmy w domu przy Lenartowicza 28 w sześć osób w jednym pokoju, chociaż  dom należał do mojego dziadka od strony ojca, który przed był wojną zamożnym człowiekiem. Z dzieciństwa pamiętam, że na podwórku wołali na nas „bandyci” albo „szlachta". Któregoś razu brat dostał kamieniem w głowę, o mały włos, a skończyłoby się to tragicznie.

Dziś historycy z podziwem wypowiadają się o pana ojcu, podkreślając przede wszystkim, że udało mu się przeniknąć najpierw do środowiska komunistów z Armii Ludowej, a po wojnie do struktur UB. Jak to wyglądało?  Jakie były zadania Olchy?

Ojciec miał rodzinę w Krajewicach w kierunku Sierpca i znał środowisko tamtejszych komunistów. Pochodził ze szlacheckiej rodziny, która zawsze była dobra dla chłopów. Oni nie wiedzieli, że jest w konspiracji, więc nic nie podejrzewani. Decyzją swojego dowódcy dostał rozkaz spenetrowania tego środowiska. Meldunki na ten temat przekazywał por. Stefanowi Bronarskiemu ps. „Liść”. To na jego polecenie po wojnie wstąpił jako funkcjonariusz w struktury UB. Wynosił broń, uprzedzał podziemie o szykowanych akcjach.

Ale został zdekonspirowany i musiał uciekać do lasu.

Tak, po wsypie uciekł z bronią w ręku i  dołączył do patrolu 11. Grupy Operacyjnej Narodowych Sił Zbrojnych dowodzonego przez por. Józefa Boguszewskiego ps. „Lew”. Był z nimi do momentu aresztowania 11 grudnia 1945 r. Wtedy oddając się w ręce oprawców, tak naprawdę uchronił od aresztowania swojego dowódcę, który działał jeszcze prze kilka lat.

Lista przewin, które mu zarzucano, jest długa: kradzież visa, przynależność do nielegalnej, najbardziej znienawidzonej przesz komunistów formacji, czyli NSZ, napad na funkcjonariusza PUBP, Stefana Salacińskiego i ograbienie go z broni i dokumentów...

Za to wszystko w kwietniu 1946 r. został skazany na osiem lat więzienia. Zanim sąd wydał wyrok, był bez przerwy maltretowany podczas przesłuchań na komendzie przy 1 Maja w Płocku i w Bydgoszczy. Oprawcy, a wśród nich m.in. Konopka, znęcali się nad nim, skakali mu po żebrach w ciężkich wojskowych butach, łamiąc kości, kopali po nerkach. Dziś myślimy, że mimo wszystko dobrze się stało, że aresztowano go tak wcześnie. Gdyby złapali go dwa lata później, w 1947, to może by nie przeżył - bo potem to już wszystkich mordowali.

Olcha spędził w więzieniu w Raciborzu i na robotach w kopalni uranu w Knurowie kilka długich lat.   Wyszedł jako schorowany człowiek, ograbiony z całego majątku i ojcowizny.

W więzieniu warunki były fatalne. Złe odżywianie, tylko lura i chleb, spanie na drewnianej pryczy albo gołej ziemi, szkodliwe pyły. To odbiło się na jego zdrowiu, zapadł na gruźlicę. Wyszedł z więzienia w 1952 r. w bardzo złym stanie. Chyba myśleli, że się wykończy. Nie było leków, nie było jedzenia.

Miał wówczas 30 lat.

Musiał zaczynać wszystko od początku. Do końca życia zostały mu słabe płuca. Potem, już w latach 60. obite, skopane podczas brutalnych przesłuchań nerki dały o sobie znać. Wtedy od śmierci uratowała go macocha. Druga żona dziadka pod koniec wojny zajęła się trojgiem niemieckich dzieci, które zagubiły się w wojennej zawierusze, gdy Niemcy uciekali na Zachód. Traktowała je jak swoje i gdy po wojnie za pośrednictwem Czerwonego Krzyża odnalazła je ich matka, nie posiadała się z wdzięczności dla babci. Przez wiele lat pisała listy, przysyłała paczki. Gdy ojciec zachorował na nerki, babcia poprosiła Niemkę o lekarstwa i to te zastrzyki go uratowały.

Pana ojciec zapłacił wysoką cenę za swoją walkę.

Stracił zdrowie i majątek, zostaliśmy dziadami, można tak nieładnie powiedzieć.

Mówił pan o szykanach, które jeszcze wiele lat po wojnie spotykały państwa rodzinę. Czy długo trwało to piętno?

Długo. Wyzwiska od sąsiadów skończyły się dopiero w połowie lat 60., gdy wyprowadziliśmy się do bloków na Skłodowskiej. Ale jeszcze gdy byłem w wojsku, słyszałem, że jestem z bandyckiej rodziny. Wtedy absolwentów szkół średnich, a ja byłem po technikum leśnym, wysyłano do szkół podoficerskich, by wykształcić kadrę dowódczą niższego szczebla. Dowódca batalionu powiedział mi wprost: „Ty nie idziesz, ty jesteś synem bandyty”. Mój brat Wojciech też mógł zapomnieć o szkole chorążych.

Ojciec tłumaczył wam, dlaczego tak jest?

Nam dzieciom, nic nie mówił, mamie też niewiele. Mama mówiła tylko: „ojciec dużo przeżył”. Również poza domem był bardzo ostrożny. Pamiętam, że niedaleko nas mieszkał pan rotmistrz Nowak, ale zachowywali się jakby się nie znali.

Jakby całe życie był w konspiracji.

Trochę tak było. Pamiętam, że w późniejszych latach, gdy zaangażował się w Solidarność, spotykał się z kolegami z opozycji na działce koło Mostostalu i tam rozmawiali. Nikt nie mógł słyszeć o czym. Nawet ja odchodziłem, stawałem z boku.

Mimo tych wszystkich doświadczeń również w dojrzałym życiu pana ojciec zaangażował się w opozycję antykomunistyczną. Od początku lat 80., gdy tylko powstała, tworzył płocką Solidarność.

Cała nasza rodzina włączyła się w działalność opozycyjną, bo mimo że ojciec nie opowiadał nam zbyt wiele, biologicznie wręcz nienawidziliśmy komunizmu.  Ale ja wtedy byłem już żonaty, miałem swoje życie. Najbardziej ucierpiała mama. Bardzo się bała o ojca i o nas, chociaż przecież wiele w życiu przeszła, bo przeżyła powstanie warszawskie.  Mimo to doświadczenia stanu wojennego, jak go zabierali, jak 13 grudnia stracił pracę w stoczni, jak ciągle robili rewizje w domu, szukając nielegalnych materiałów, to było dla niej źródłem ogromnego stresu. Zmarła w 1987 r.

Jakim był człowiekiem, ojcem?

Był surowy i ostry, ale bardzo szlachetny. Pomagał wielu ludziom. Gdy jako dziecko coś spsociłem, a już zwłaszcza gdy kogoś skrzywdziłem, to czekała mnie bura. Ale potrafił być dla nas ciepły. Wzbudzał respekt. Pamiętam, że byłem już dorosły, a jednak nie do pomyślenia było dla mnie, żebym sięgnął przy nim po papierosa. Wstydziłem się, no i nie wypadało. Ale że wiedział, że lubię palić, to mi podsuwał po cichu kilka sztuk.

Nie opowiadał wam, swoim dzieciom, o wojnie i powojniu, a czy mówił o ideałach?

Często. Chciał nam wpoić wartości i poglądy, które były dla niego ważne. Ważniejszy dla niego był na przykład Dmowski niż Piłsudski. Nie dbał o to, że stracił cały majątek, a cieszył się z jakiejś książki. Nigdy nie zhańbił się ani oszustwem, ani złodziejstwem, mimo że pracował w zaopatrzeniu i takie sytuacje wtedy nie należały do rzadkości.

Dziś wiele się mówi o Żołnierzach Wyklętych, wraca pamięć o nich. Zapomniani żołnierze odzyskują należne miejsce w historii. Cieszy to Pana rodzinę?

Tak, bardzo. Często trudno nam ukryć wzruszenie. Ojciec przeżył, ale wielu wspaniałych ludzi zginęło. To byli bohaterowie. Bardzo wiele dobrego zrobił w tym zakresie pan Jacek Pawłowicz. Mimo przeciwności, docierał wszędzie, przywracał pamięć o tych ludziach. To jemu ojciec wiele opowiadał na krótko przed śmiercią. Bez niego nie wiedzielibyśmy tego wszystkiego. Niestety, wciąż żyją ludzie, którzy ich nienawidzą i źle nam życzą.

Myśli pan, że są jeszcze tacy?

Oczywiście.  A my byśmy chcieli, żeby wszyscy Polacy, nie tylko pojedyncze środowiska, cieszyli się z tych bohaterów. Bo oni ginęli za całą Polskę.

 

Rozmawiała Małgorzata Rostowska

 

W ostatnich latach życia Zdzisław Kisielewski Olcha ciężko chorował na raka płuc. Zmarł 26 października 2000 r. na zawał serca. Dziś w Małachowiance odsłonięto portrety Olchy i Myśliwego. Relacja i zdjęcia wkrótce

Na zdjęciach: 1. Olcha w mundurze, który sam sobie uszył. Rogatywkę do tej pory przechowuje brat pana Leszka, Andrzej, fot. www.11go.pl,, 2. Lechosław Kisielewski na  tegorocznym Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych

(Małgorzata Rostowska)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (2)

lolekanaboleklolekanabolek

3 0

Chwała Bohaterom!! 22:11, 01.03.2016

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

dekdek

4 0

teraz mało takich ludzi 13:05, 02.03.2016

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA