Reklama

Reklama

Przekroczyli czas, więc wykopali ich ze sceny. Ciągnąc za nogę!

Opublikowano: 27 września 2016 09:58
Autor:

Przekroczyli czas, więc wykopali ich ze sceny. Ciągnąc za nogę! - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Kultura Piosenki, które śpiewał, zna cała Polska. Z Ryszardem Wolbachem, płocczaninem, liderem legendarnego Harlemu, a także Babsztyla rozmawialiśmy o jego miłości do muzyki, splotach przypadków w życiu, zbliżającym się benefisie i o piosence o Płocku, którą skrywa w szufladzie.

Reklama

Piosenki, które śpiewał, zna cała Polska. Z Ryszardem Wolbachem, płocczaninem, liderem legendarnego Harlemu, a także Babsztyla rozmawialiśmy o jego miłości do muzyki, splotach przypadków w życiu, zbliżającym się benefisie i o piosence o Płocku, którą skrywa w szufladzie. 

Z Ryszardem Wolbachem spotykamy się w knajpce na płockiej starówce. Pytamy o przeszłość i teraźniejszość. Pytań jest sporo - do omówienia mamy w końcu 40 lat na scenie.

Portal Płock: Czuje się pan rockandrollowcem z krwi i kości?

Ryszard Wolbach: Tak. Od momentu, kiedy stałem się frontmanem w rockandrollowym zespole. Grzecznie nie było. Formułą zespołu Harlem był rockandrollowy luz, myśmy sobie nie żałowali niczego. Chodziło o to, aby być wiarygodnym, także na scenie. Nigdy nie uciekałem od ludzi.

Wróćmy zatem do początku. Gitara przydawała się do podrywania dziewczyn?

Cofnijmy się do końca lat 70., kiedy stałem się studentem Akademii Wychowania Fizycznego w Gdańsku Oliwie. Tam poznałem kolegę Zbyszka Hofmana obdarzonego pięknym głosem, który grał na gitarze. Ja też sobie brzdąkałem, jeszcze trochę nieporadnie. Zaczęliśmy wspólnie grać na schodach w akademiku. Zaraz robiło się zamieszanie, zgromadził się wianuszek dziewczyn, ale bardziej wokół Zbyszka. Przystojny był z niego facet, z wąsami. Występowaliśmy na różnego rodzaju przeglądach piosenki turystycznej. Na takie imprezy do Łodzi, Gdańska czy Lublina przyjeżdżało kilka tysięcy ludzi. Aczkolwiek my byliśmy ciągle amatorami, ale tak, ta gitara już gdzieś tam była obecna.

Promowaliśmy grupę Babsztyl w sposób bezpośredni, jadąc autobusem albo pociągiem. Spotykaliśmy ludzi i śpiewaliśmy nasze piosenki, a one już z nimi zostawały. Wspominali, że spotkali takich dwóch facetów z Gdańska, co się tak śmiesznie nazywają, Babsztyl i mają takie fajne piosenki.

Ale Babsztyl zaszedł dalej.

Właściwie stało się tak przez przypadek. Parlament studentów Politechniki Gdańskiej wytypował nas na eliminacje do Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Szczerze mówiąc dlatego, że nie mieli innych kandydatów. Ludziom spodobała się nasza piosenka "W siną dal", Ostatecznie ta grupa skołowanych studentów wpadła na estradę opolską, zobaczyła kamery, pot zaczął cieknąć po plecach. Wróciliśmy z nagrodą. Były liczne bisy. Czas antenowy został wielokrotnie przekroczony. Wykopali nas z tej sceny na siłę, ciągnąc - z tego co pamiętam - za nogę.

Jakby określił pan te 40 lat na scenie?

Różnie bywało, począwszy od stanów euforycznych, kiedy staliśmy się bardzo popularni za sprawą „W siną dal”. Z Harlemem też pamiętam czasy prosperity, chociaż nie ukrywam, że i porażki się zdarzały. Nie wszystko układało się zawsze, tak, jakbyśmy sobie tego życzyli.

W przeciwieństwie do innych artystów, chyba raczej nigdy nie starał się pan zaistnieć na siłę. 

Byłem i jestem wiarygodny od początku do końca. Celebrycki styl mi nie odpowiadał, pomimo że menadżerowie namawiali nas, abyśmy trochę bardziej zaszumieli w mediach i w tzw. show biznesie. To nie było w naszej naturze, a w mojej na pewno nie.

Wojciech Wojda z Farben Lehre przy okazji promocji książki o zespole „Bez pokory” powiedział, że chciałby grać tak długo jak The Rolling Stones. A pan?

Gra się, dopóki starczy sił i póki przychodzą ludzie, którzy chcą tego słuchać. To jest mój zawód. Czas się rzeczywiście rozciąga. Nie wiem, jak długo sam będę grał, ale z pewnością tak łatwo nie dam się z tej sceny ściągnąć.

Tylko muzyka się liczy czy coś jeszcze?

Strasznie lubię grać i komponować. Drugą pasją jest sport. W czasie olimpiady ciężko się ze mną skontaktować. Najgorzej, kiedy w trakcie olimpiady zawody zaczynają się o 4.00 czy 5.00 rano, wtedy wszystko w domu wywraca się do góry nogami. Jestem maniakiem w kwestii sportu. Potrafię ekscytować się zarówno piłką nożną, piłką ręczną, a w szczególności speedwayem, jak i mniej znanymi dyscyplinami. Chociaż akurat sporty samochodowe mniej mnie kręcą. Z tych motorowych liczy się tylko żużel. Staramy się jeździć na Motoarenę w Toruniu.

Jaką muzykę udało się stworzyć?

Nagrałem płytę solową, wcześniej pracowałem na konto moich przyjaciół lub różnych formacji. Nie ograniczam się stylistycznie do konkretnego gatunku muzyki. Sięgam do muzyki rockowej, bluesowej, są numery popowe czy folkowe. Przy okazji wydawnictwa „Kolory nadziei” autorstwa Basi Szafraniec stworzyłem płytę z piosenkami z przeróżnych gatunków muzycznych, którymi opowiadamy historię człowieka, który przechodzi przemianę. Przeprowadzamy go od stanu kompletnego załamania, po drodze docierają do niego różne pozytywne sygnały, aż dokonuje się w nim całkowita przemiana. Na końcu widowisko ma bardzo pozytywny przekaz. W marcu zagrałem w Słupnie pierwszy z jubileuszowych koncertów, później jechałem przez Polskę i grałem mniejsze koncerty akustyczne. Mam taki skład z Krzysztofem Misiakiem i Maćkiem Bieńkiem. Gramy głównie moje nowe utwory, ale wracamy również do piosenek Babsztyla i Harlemu. Pracuję też nad nowym materiałem. Sądzę, że ukaże się w przyszłym roku. Zawsze pisałem proste, melodyjne piosenki i wciąż tak będzie, natomiast w kwestii przekazu nowa płyta będzie bardziej dojrzała. Zamierzam ubarwić te piosenki różnymi dziwnymi instrumentami. Dwa nowe utwory zaprezentuję w trakcie benefisu.  

Niektóre napisane piosenki trafiają do szuflady?

Mam sporo napisanych tekstów, ale staram się każdy wykorzystać i wycisnąć jak cytrynę. W nieskończoność robię poprawki, ale kiedy mam już formę wówczas muzyka przykleja się niejako do tekstu. W tej szufladzie cienko jest. Raczej wszystko dzieje się na bieżąco.

Kiedy słyszy pan w radiu „Korę”, to przychodzi ochota, żeby ją zanucić czy wręcz przeciwnie, na przełączenie na inną stację?

[YT]https://youtu.be/zT3IZWtRsGM[/YT]

Nie, to nie tak. Bardzo kocham te piosenki. Żadna nie powstała w sposób przypadkowy, z każdą wiąże się pewna historia czy przeżycie. Te nieprzespane noce, godziny prób. Tony puszek po piwie, kiedy słuchało się kolejny raz tej samej piosenki. W Lublinie nagrywaliśmy utwór „Jak lunatycy” z Krzysztofem Cugowskim. Wszyscy poszli spać, a myśmy wzięli we czterech płytę do samochodu i puszczaliśmy tę piosenkę mniej więcej od 2.00 do 6.00 rano. Z każdą puszką piwa byliśmy coraz bardziej pełni zachwytu, nad ranem wypadliśmy z tego samochodu w stanie euforycznym. Dookoła były tylko same puszki. Aż sam się dziwię, że nie było kłopotów ze strażą miejską. Ja te piosenki kocham, one są moje, napisałem je, przeżyłem, mam w sobie. Wiele z nich napisałem wspólnie z Dżaworem. To była fajna spółka autorska. Jeśli ktoś mnie poprosi, abym którąś zaśpiewał, to tak robię. Lubię to.

Ale niektóre zespoły mają czasem dosyć śpiewania po raz setny swoich sztandarowych hitów. Na każdym koncercie publiczność prosi o te same kawałki.

Nie sadzę, aby mi się znudziły. Za dużo pracy włożyłem w ich stworzenie. Mogę je śpiewać do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej.

Nigdy nie doszło do takiej sytuacji, kiedy powiedział pan „dosyć, rzucam muzykę”?

Takich momentów nie miałem. Mogłem powiedzieć dosyć i odejść z zespołu, spróbować czegoś nowego już na własny rachunek. Przychodzi jednak moment, kiedy wyciąga się gitarę, nawet jeśli stała zakurzona dwa tygodnie w kącie. Nie muszę codziennie otwierać futerału. Zaczynam grać i niemal samoistnie kręci się film pod tytułem nowa piosenka.

Płock Cover Festival. Zamknięty rozdział, aczkolwiek dla niektórych nieodżałowany...

Postanowiłem odciąć się od tej sytuacji po odebraniu nam festiwalu. Jeździmy po Polsce, ludzie wciąż go pamiętają. Możemy tylko żałować, ładnie się rozwijał. Jako agencja IDO zyskaliśmy już zaufanie agencji brytyjskich i niemieckich. Zauważyły, że do Płocka przyjeżdża Therion, który nagle postanawia dać jeden jedyny występ w roku akurat w Polsce. Blind Guardian również zagrał pierwszy koncert w Polce na Płock Cover Festival. Byliśmy na etapie negocjowania kolejnych zagranicznych gwiazd, chociaż dysponowaliśmy stosunkowo niewielkim budżetem. Edguy to gwiazda muzyki metalowej, troszkę wbiliśmy się w ten charakter metalu w jego różnych odmianach, od power metalu po metal symfoniczny. Teraz jest nowa formuła rockowego festiwalu, takie typowe pożegnanie lata. Zbytnio nie śledzę losów Summer Fall Festival, bo to impreza jakich wiele odbywa się w całej Polsce. 

Mamy teraz Dolinę Charlotty. Nazwa tego festiwalu pojawia się w mediach ogólnokrajowych, w audycjach radiowych tylko z uwagi na wypracowaną renomę.

Dokładnie, to samo mogło zdarzyć się tutaj. Planowaliśmy z organizatorami Doliny Charlotty wymieniać się wykonawcami. Santana zagrałby i u nas. Wcale nie jest taki drogi, to było w naszym zasięgu. Negocjowaliśmy też z Manowar, Judas Priest.

Porozmawiajmy o benefisie 7 października. Zagra m.in. Piotr Bukartyk. W jaki sposób panowie się poznali?

Piotra znam od lat 80., pisał piosenki dla zespołu Babsztyl. Jestem jednym z nielicznych ludzi, którzy pamiętają go jeszcze z włosami. Piotr to cudowny, fajny facet, obdarzony sarkastycznym poczuciem humoru, niesamowicie dużo mówi. Kocham jego piosenki, niektórych sformułowań mu nawet lekko zazdroszczę.

Nie on jeden wystąpi podczas benefisu...

To prawda, wykonawców będzie cały wagon, a może i dwa! W pierwszej części zaplanowaliśmy widowisko „Kolory nadziei”, które śmiało można nazwać rock operą. Tancerze z Alternatywnego Teatru Tańca Luz tańczą do muzyki Kamila Szafrańca, to taki heavy metal w połączeniu z orkiestrą symfoniczną. Choreografię stworzyli Joanna i Bartek Woszczyńscy. Wraz ze mną zaśpiewają Kalina Kasprzak i Marcin Kołaczkowski. W drugiej części też będzie się działo. Zobaczymy Babsztyla w pierwszym składzie, co się pewnie prędko ponownie nie zdarzy. Udało się namówić Lecha Makowieckiego i Zbyszka Hofmana do zaśpiewania ze mną. Zaprosiliśmy także muzyków z zespołu Harlem w starym składzie. Będzie również płocka kooperatywa z Krzysztofem Misiakiem, zaśpiewa Vox Singers, wystąpi zespół Czerwony Tulipan. Benefis przygotowujemy od maja. To ogromna produkcja, 115 wykonawców na jednej scenie, wynajęte profesjonalne nagłośnienie i światło. Pojawi się młodzież z grupy teatralnej POKiS. Ściągamy grupę czołowych fryzjerów The Mystery Barbers, aby wykonawców odpowiednio wystylizować. Wesprą ich Iza Nakwaska i Grzegorz Chmiel Pierwsza niespodzianka czeka gości już w foyer, zaraz po wejściu do teatru.

Może to zbyt szumnie powiedziane, ale czy czuje się pan ambasadorem Płocka?

Zdecydowanie! Zawsze promowałem miasto. W wywiadach i na koncertach podkreślałem, że jestem stąd. Urodziłem się jednak Poznaniu, do Płocka przyjechałem w latach 70. Moi rodzice wyznawali trochę inną filozofię życia, nie akceptowali komuny, stąd te nasze częste przeprowadzki. Mieszkałem w Świdnicy, Tychach, w Rzeszowie, Inowrocławiu, Piotrkowie Trybunalskim. Kocham Płock, wielokrotnie o nim opowiadałem, bo jest przepięknym miejscem. Chociaż dobrze wiemy, że ma swoje ciemne strony. Wiemy, co nam w powietrzu lata i dlaczego nas głowa boli.

To jeszcze przydałaby się piosenka o Płocku...

Napisałem taką, chciałbym do niej wrócić. To jedna z tych, które zostały w szufladzie. Leży tak mniej więcej druga od góry. Mam na nią pomysł, bardzo możliwe że na tej nowej płycie ją znajdziemy. Nie będzie to hymn. Taki napisałem tylko raz dla piłkarzy ręcznych z Wisły Płock, ale już chyba więcej hymnów nie zamierzam pisać.

To jaki jest Ryszard Wolbach jako człowiek?

Jestem niepoprawnym romantykiem, taka typowa zodiakalna ryba. Wrażliwość strasznie mnie spala i powinienem się trochę bardziej na to uodpornić. Cenię sobie przyjaźń, bo coraz mniej takiej prawdziwej, zweryfikowanej przez życie. Wierzę w siłę miłości. A żeby tak się jeszcze mocniej dookreślić, aby nie było za słodko, to mógłbym trochę więcej pracować. Przydałoby mi się więcej samodyscypliny. Staram się z życia wyciągać chwile pozytywne i cieszyć się nimi. Wyznaję zasadę, że po każdej ciężkiej pracy musi być nagroda. Niekoniecznie finansowa, Coś się udało, zagraliśmy dobry koncert, to jedźmy w moje ukochane Bieszczady. Albo na żużel do Motoareny (śmiech). Jestem totalnym łasuchem i pewnych potraw nie potrafię sobie odmówić. A Basia gotuje po prostu genialnie. Jak ugotuje taką pyszną zupkę, to będę ją jadł dotąd, aż opróżnię cały ten wielki garnek. Najczęściej w ciągu jednego dnia.

Najdziwniejsza historia na trasie, jaka się przydarzyła. Opowie pan?

Z zespołem Babsztyl zjechaliśmy Skandynawię, zachodnią Syberię, graliśmy w tzw. demoludach, w NRD, Czechosłowacji, Węgrzech. W Szwecji, w Sztokholmie, graliśmy w dużym klubie muzycznym. Właściciel zakazał picia alkoholu. Mieli tam kompletnego świra na tym punkcie. Na dziesięć minut przed koncertem klub był pusty. Drzwi otworzyły się trzy minuty przed godziną 20.00 i wysypało się z 600 osób. Zajęli miejsca przy stolikach, wszyscy ubrani w koszule, coutrowe kapelusze, u kobiet falbany. Taki entourage niczym z Dzikiego Zachodu. Weszli pobudzeni, z czerwonymi nosami. Bawili się, śpiewali. Myślę sobie, skąd oni mają w sobie tyle energii. Po godzinie zorientowaliśmy się, że on są wszyscy już porządnie podchmieleni. Ale jak? Przecież prohibicja. Przyuważyliśmy, że faceci mieli takie kubłaczki przymocowane do pasków, jak niegdyś rewolwery. Co jakiś czas popijali z tej manierki, podawano ją następnemu. Później okazało się, że do każdej manierki wlano litr whisky. Po godzinie byli kompletnie pijani.

W latach 80. udało się pojechać jeszcze raz do Szwecji. Na jednym z koncertów domagali się, żeby zagrać polską piosenkę „Zachodzi słoneczko”. Zrobiliśmy to w formie takiego walczyka w stylu country, zaśpiewaliśmy na głosy. Takim się spodobało, że zawieziono nas do studia na nagranie. Wróciliśmy do Polski, a po miesiącu znajomi mówią, że to hit w rozgłośniach radiowych. Po dwóch, trzech miesiącach do drzwi puka listonosz z przekazem ze Szwecji. Mamy komunę, w klepach bieda na półkach, a tu do odebrania czekają tantiemy. Normalnie na poczcie nie wypłacali dolarów. Pełen nadziei zainwestowałem sporo pieniędzy w konto walutowe, gnam na tę pocztę i okazuje się, że przekaz był na całe 19 dolarów i 90 centów, czyli mniej więcej na tyle, ile wyniósł koszt założenia konta. Mimo to ucieszyłem się, pobiegłem do Pewexu i kupiłem sobie komplet strun do gitary. Komuna była szara i smutna, ale dzięki temu, że było się młodym, także łatwiej dawało się to wszystko przetrwać.

Pracował pan kiedyś w innym zawodzie?

Po studiach w Gdańsku Oliwie przez półtora roku pracowałem w szkole podstawowej nr 6 w Sopocie jako nauczyciel wychowania fizycznego. Jestem trenerem drugiej klasy ze specjalizacją w skokach. Nie udało mi się pogodzić sportu z zawodem muzyka, dorobiłem się tylko anemii. Były jeszcze SKS-y, wyjazdy z młodzieżą na zawody, aż w końcu nie było wyjścia. Stałem się muzykiem... Niedawno zapytano mnie, czy ponownie podjąłbym decyzję o zostaniu zawodowym muzykiem. Inni muzycy zapewniają, że od razu wybrali taki zawód. U mnie zadecydował przypadek, że zacząłem grać i śpiewać. Przez długie lata towarzyszyło mi poczucie, że czeka mnie coś innego w życiu. Na AWF poszedłem tylko dlatego, że chciałem zostać dziennikarzem sportowym, do czego był potrzebny tytuł magistra. Uprawiałem sport, więc wybrałem sobie takie studnia, które byłyby z tym powiązane. Skakałem w dal, później planowałem studia dziennikarskie, ale napatoczył się ten Hofman z gitarą na tych schodach akademika. Od tego czasu skomponowałem wiele utworów z tekstami ważnymi dla ludzi, z czego nie do końca zdawałem sobie sprawę. Piszą o tym do mnie. Wiem, że jestem jeszcze potrzebny.

Na 50-lecie pracy artystycznej kolejny jubileusz?

Coś wymyślimy.

 

Rozmawiała Karolina Burzyńska / Portal Płock

Benefis Ryszarda Wolbacha odbędzie się 7 października w płockim teatrze o godzinie 19.00. Sponsorami benefisu są: Urząd Miasta Płocka, POKiS, Orlen.  

Zdjęcia z energetycznego koncertu zobaczcie tutaj: Wolbach. Ten wieczór przejdzie do historii

[YT]https://youtu.be/psA_N39BUTA[/YT]

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (2)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.