Reklama

WYWIAD:Wódka i hej sokoły.Tylko rocka żal

Opublikowano: czw, 4 wrz 2014 12:19
Autor:

WYWIAD:Wódka i hej sokoły.Tylko rocka żal - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Krzysztof Misiak, gitarzysta, kompozytor, płocczanin. Niektórzy kojarzą go z zespołem Agnieszki Chylińskiej z czasów płyty „Winna”. – Przecież mógłbym zamiast grać sprzedawać ziemniaki – mówi o sobie, zapalając kolejnego papierosa. – A jednak jestem muzykantem.

Krzysztof Misiak, gitarzysta, kompozytor, płocczanin. Niektórzy kojarzą go z zespołem Agnieszki Chylińskiej z czasów płyty „Winna”. – Przecież mógłbym zamiast grać sprzedawać ziemniaki – mówi o sobie, zapalając kolejnego papierosa. – A jednak jestem muzykantem.

Spotykamy się w jego ulubionym pubie Rock’69, w którym przesiaduje z sympatii do ludzi. Rozmawiamy o nim. O Krzysztofie Misiaku, płocczaninie, jego twórczych zmaganiach, no i oczywiście o muzyce, jako wiecznej muzie. Towarzyszce, która prowokuje do mieszania gatunków, czego efektem jest ostatnia płyta „Nowe okoliczności”. Można ją chyba porównać do kilkuskładnikowego drinka wykonanego z rocka, jazzu i bluesa zagranego na gitarze. Pytam, bez czego Krzysztof Misiak nie mógłby się obejść. Wcale nie pada odpowiedź, że bez ukochanej gitary. Znacznie ważniejsze okazuje się … śniadanie.

Portal Płock: Co gra w duszy Krzysztofa Misiaka? Rockman, a może artysta?

Krzysztof Misiak: Jestem zdecydowanie bardziej zawodowcem niż artystą. Artysta to dla mnie ktoś, co to ma kocopoły w głowie. Bywa nieodpowiedzialny. Ale przejawy artyzmu miewam, tyle że z szaliczkiem nie chodzę. Staram się być na każdym polu zawodowcem. Przecież nie zawsze trzeba robić rzeczy artystyczne. Bywa i tak, że rzeczy z zupełnie innej półki przetrwają próbę czasu. Weźmy takiego Bacha. On codziennie do 12.00 siadał i pisał kolejne kompozycje. Ja jestem zbyt leniwy na coś takiego. Wpierw musi pojawić się jakaś wewnętrzna potrzeba. Taki zew, żeby upubliczniać emocje zawarte w dźwięku. Jeśli pojawia się jednak robota, to ją robię.


Zakorzeniony w kulturze

Krzysztof Misiak z pewnością ma swoich fanów, a czego lub kogo fanem jest on sam?

Wiele rzeczy mnie rozluźnia. Kino, rzeczy typowo offowe. Aktorów lubię, bo ja to z kolei leń, natomiast oni są pracowici, a przynajmniej ci, których znam. Kiedy zaczynam słuchać muzyki, szukam takiej z sensem, nowoczesnej z domieszką awangardy. Jazz mnie uspokaja. Sprawia, że natychmiast zaczynam się zastanawiać, jak to w ogóle jest możliwe, że ludzie tak pięknie grają. Szczególnie Patt Metheny. Interesują mnie też projekty Płockiej Galerii Sztuki w rodzaju tych, co to ostatnio robili z młodzieżą. Jakoś zakorzeniłem się w kulturze na całego.

Co porabia muzyk po godzinach?

Integruję się z ludźmi w Rocku (rozmowa miała miejsce jeszcze przed zakończeniem 17. edycji Rockowych Ogródków – przyp.). Staram się tu zaglądać przynajmniej raz na tydzień. Nie noszę się z zamiarem stałego wyjazdu, mimo że szału w tym kraju nie ma. Widocznie mam minimalistyczne podejście do życia.


Ulubiony kawałek drewna potrzebny do szczęścia

Gitara to przedmiot, źródło zarobku, praca, sentyment, pasja w życiu? Trzyma Pan jeszcze pierwszą w jakimś zakamarku szafy?

Gitara jest tym wszystkim po trochu. Może by mnie wcale tu nie było, gdyby nie ten kawałek drewna. Trzymam się go i jakoś mi to na razie wychodzi. Zacząłem w trzeciej klasie podstawówki. Już wtedy wiedziałem, kim zamierzam zostać. Nie zabiegam o poklask, jedynie kontynuuję swoją działalność z pogranicza edukacji i osobistej artystycznych wizji. Robię to, co lubię i czuję się szczęśliwy.

Pierwszej gitary od dawna nie mam. Albo ją sprzedałem albo zamieniłem. Już dokładnie nie pamiętam. To nie był zbyt rewelacyjny instrument, słabo wykonany. Dlatego rozstałem się z nim bez sentymentów. Dobry był tylko pod rozpałkę. Dopiero moja obecna gitara spełnia moje oczekiwania. Zamierzam na niej grać do końca życia.

Gitarzysta miewa przesądy?

- Oj tak. Ja na przykład nie wyjmuję instrumentu z futerału, żeby sobie na nim zagrać na co najmniej godzinę przed występem. W tym czasie nie wezmę gitary do ręki z obawy, że koncert może się nie udać. W zasadzie to nie mam pojęcia, czy był jakiś ku temu jakiś konkretny powód.

Co wierniej towarzyszy przed koncertem, spokój czy trema?

Mam tremę, tylko ją skrzętnie ukrywam. Dopiero w pewnym momencie, kiedy już jestem na scenie i zaczynam widzieć, że wszystko jest w porządku, ona powoli mija. W razie czego zostawiam sobie przygotowanego drinka. Granie muzyki jazzowej stanowi duże wyzwanie, bo nie gra się tu rzeczy ustalonych, ale za każdym razem inaczej. Wszystko zależy od towarzyszących muzyków, danego miejsca, nastroju. To niczym egzamin, choć algorytm, że coś się nie uda, jest na szczęście dosyć mały. Czy bywa negatywny odbiór? Nie. Może też nie wszyscy rozumieją tego typu muzykę? Może tylko kiwają głowami, że wszystko jest ok? Grając jazz, proponujemy trudne rzeczy. Jestem jednak przeświadczony, że naszą energię ludzie odbierają pozytywnie. To widać, czy mają do czynienia z gośćmi, którzy wiedzą co robią.


Płocking, czyli mistrzostwo świata

Czuje się Pan płockim bardem?

- Z pewnością nie bardem. Poetą też nie. Raczej ambasadorem kultury. Jestem jednoznacznie przypisany do tego miasta, co staram się akcentować w inteligentny sposób na każdej mojej płycie. Tytuł singla „Płocking” właśnie do tego się odnosi, łącząc nazwę miasta i angielskie słowo „king” (król), bo z racji położenia Płock to mistrzostwo świata. Miejsce, z którym się identyfikuję.

Trafia do Pana idea festiwalowego Płocka?

- Dla wszystkiego, co związane z kulturą, jestem na „tak”. Ofertę stworzono szeroką, więc niech każdy znajdzie coś dla siebie.


Gdzie się schowała muzyka rockowa...

Tłumy w amfiteatrze na disco, a na Rockowych Ogródkach zaledwie mikroskopijny ułamek z tej liczby. W Płocku króluje mainstream?

- Jazz i rock się gubią. Właśnie obserwujemy renesans muzyki popularnej. Przyznam też, że niczego innego nie oczekuję. Nie ma na to szansy. Nie obejdziemy się bez „Hej, sokoły”. Tacy jesteśmy my, Polacy, że pijemy wódkę i jemy ziemniaki. Lubimy biesiadę. Tym bardziej trzeba promować rockowe festiwale. Młodzi muszą mieć miejsce, gdzie mogą się zaprezentować. Tylko rachunek ekonomiczny stanowi problem.

Dawniej na Tumskiej istniało kilka sklepów muzycznych, sprzedawano tam jeszcze kasety magnetofonowe, później płyty kompaktowe, instrumenty. Nie brakuje tego Panu?

- Jurka Piegata, który prowadził „Harfę”, wykończyły wysokie czynsze. Pewnie, że nie ma już miejsca, gdzie ludzie się spotykali, kupowali, grali… Tumska wymiera i nie ma na nią dobrego pomysłu.

 

Niechętnie stoję w drugim rzędzie

Z muzyki jeszcze można się utrzymać?

- Coraz ciężej, a ja chcę robić akurat to. Pewnie, że wolałby wyłącznie grać albo komponować, ale jestem nauczycielem. Od września poprowadzę własne zajęcia w Młodzieżowym Domu Kultury. Zamierzam stworzyć minimum kwintet na gitary elektryczne.

Nagrywał Pan z Agnieszką Chylińską. Nie łatwiej robić karierę z wokalistką?

- Próbowałem, ale byłem zmęczony. Postawiłem na materiał solowy. Niechętnie stoję w drugi rzędzie. Człowiek jest wtedy na usługach. Zdecydowanie bardziej wolę robić swoje.

Pisze Pan recenzje. One nie zawsze bywają słodkie. Nie obawia się Pan ostrych słów pod adresem szóstej już w dorobku płyty pt. „Nowe okoliczności”?

- Tylko, że mnie to kompletnie nie interesuje. Gram własną muzykę, która przede wszystkim powinna odpowiadać moim upodobaniom. Sam złych recenzji nie piszę, nie rugam, ponieważ szkoda mi zespołu. Co innego, kiedy widzę coś fajnego, odkrywczego, to jak najbardziej. Nic się nie stanie, jeśli w jakimś numerze gazety mojego łamu zabraknie.


Ja jeszcze żyję

Po co ta płyta?

Aby przypomnieć o sobie. Powiedzieć, że jeszcze żyję. Zaprosiłem kolegów do współpracy. W Płocku mieszkają ludzie młodzi i zdolni, o których powinniśmy głośno mówić, jak Piotr Jędraszczak i Maciej Kuświk. Pierwszy zagrał na płycie, drugi zrobił mi sesję fotograficzną. Trzeba tylko wydobyć ich potencjał, pokierować, zintegrować konkretnymi działaniami.

Tytułowe „Nowe okoliczności”. Co to właściwie znaczy?

- Bo to są zupełnie nowe okoliczności. Wydaję płytę po latach fonograficznej nieobecności. Przez ten czas nie czułem w sobie potrzeby do upubliczniania tego, co się u mnie działo. Zapisywałem sobie jednak rozmaite pomysły. Z nich wybrałem te, które chciałem pokazać, aby się na nich skupić. Za chwilę będę miał 50 lat. Moje dzieci podrosły. Czasem syn chce, abym podzielił się z nim własnymi doświadczeniami. Tak powstała na przykład „Lekcja randkowania”. Coraz częściej dowiaduję się, że niektórzy rozpatrują moją muzykę na płaszczyźnie praktycznej. Ponoć dobrze się przy niej zasypia. Osobiście chcę, żeby do kogoś docierała. To najważniejsze. Nawet, jeśli ktoś ma kaprys słuchać jej w kiblu.


Dojrzewam muzycznie

 Czym jest „hate jazz”? Da się to jakoś prosto wytłumaczyć?

To moja ambiwalencja. Czasem jazz doprowadza mnie do szewskiej pasji. Ujmijmy to tak, „hate jazz” stanowi połączenie wyrafinowania muzyki jazzowej z dynamiką rocka. Na „Nowych okolicznościach” umieściłem kilka spokojnych kawałków z wokalizami, ale znajdą się także cięte, gitarowe riffy. Sporo bluesa. Najwyraźniej dojrzewam muzycznie.

Tytuły są chwytliwe. Co się za nimi kryje?

Tytuły mają dać do myślenia. „Odświeżając tożsamość” nawiązuje do mojej pierwszej i trzeciej płyty. Chodzi o stylistykę grania. Przy „Gadatliwym stomatologu” odnosiłem się do sytuacji, kiedy siedzę w fotelu, jestem bezustannie zagadywany, ale jak tu odpowiedzieć mając zapchane usta? Przecież się nie da, to niewykonalne! „Źródło emocjonalnych informacji” to taki ukłon w stronę wrażliwości człowieka. Chociaż każdy z tych numerów jest motywem instrumentalnym, myślę o nim jako o piosence. W każdym tkwi jakiś dobry temat do opisania. Bardzo amerykańska jest „Wiocha z pl-usa”, podążająca w kierunku folkloru, muzyki country. Ale wbrew pozorom country trudno się gra. Trzeba tu grać stylowo, stąd gościnny udział Dave’a Latchawa. Bawię się tu słowami. Gdyby przeczytać bez myślnika, otrzymamy „Wiochę z plusa”, czyli coś pozytywnego. Lubię takie tytuły.
 

Tworzę muzykę. Nie sprzedaję idei

Poza tytułami na płycie reszta opisów jest po angielsku. Zamierza Pan rozprowadzać płytę poza Polską?

- Płytę wydal Płocki Ośrodek Kultury i Sztuk, ale zamierzam ją rozprowadzać także w Stanach Zjednoczonych. Muzyka jest dobrem międzynarodowym. Czymś zrozumiałym dla wszystkich. Tu nie ma idei, jedynie kontemplacja estetyki muzycznej. A ta albo do kogoś trafia albo nie. Krótka piłka.

Krzysztof Miasiak jest bardzo zapracowanym człowiekiem?

- Właśnie nie. Interesuje go praca, ale sensowna. Dużo już rzeczy zrobiłem, więc już tak nie zabiegam, jak dawniej. Ucieszę się, jeśli płyta będzie miała swoich nabywców. Ale jeśli nie, to żadnego końca świata nie będzie.

W takim razie na jakim znajduje się Pan etapie w życiu?

- Doceniania czasu spędzonego z dziećmi. Z młodymi ludźmi, którzy dopiero zaczynają wchodzić w życie pełną piersią. Co potrzebują wsparcia, podpowiedzi, oczekują wzorca.

To czuje się Pan spełniony?

- Jeszcze muszę pojechać do Ameryki, do Fort Wayne na festiwal jazzowy. Może znajdę tam nowe inspiracje. Przynajmniej taki mam plan.

 

Czytaj też:

Fot. Rafael Dominik - premiera teledysku "Płocking" z płyty "Nowe okoliczności" na dziedzińcu Rock'69.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE