Reklama

Reklama

Seks, prochy i rock & roll. To wszystko?

Opublikowano: 11 kwietnia 2016 17:40
Autor:

Seks, prochy i rock & roll. To wszystko? - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości No i zagrali. Jeden na gitarze, drugi na harmonijce ustnej, w dodatku wystąpił w siedmiu wcieleniach. Obaj bawili widzów i sami bawili się świetnie, ponieważ panowie najwyraźniej czują nie tylko rocka, ale i bluesa. Tylko nie wiadomo, komu należą się większe brawa, artystom z płockiego spektaklu czy tłumaczowi tekstu za tak aktualne dodatki do wybornego tekstu Bogosiana.

Reklama

No i zagrali. Jeden na gitarze, drugi na harmonijce ustnej, w dodatku wystąpił w siedmiu wcieleniach. Obaj bawili widzów i sami bawili się świetnie, ponieważ panowie najwyraźniej czują nie tylko rocka, ale i bluesa. Tylko nie wiadomo, komu należą się większe brawa, artystom z płockiego spektaklu czy tłumaczowi tekstu za tak aktualne dodatki do wybornego tekstu Bogosiana.

- To jest tylko rock'n'roll. Najprostszy rytm. Coś w dur i w mol. I więcej nic. I więcej, więcej nic... - śpiewał w latach 80. Janusz Panasewicz z Lady Punk, którego można tu przywołać zgodnie z treścią monodramu autorstwa Erica Bogosiana „Seks, drugs i rock & roll”. Premiera odbyła się 9 kwietnia w płockim teatrze. Jedna z postaci wykreowanych przez Marka Walczaka snuje swoje niesamowite teorie odnośnie polskiej sceny muzycznej niczym z kultowego dla wielu serialu science fiction „Battlestar Gallactica”, i to z różnych, wręcz zupełnie przeciwstawnych, szufladek. Miejsce dla Lady Punk też w nich się znalazło. Nawet dla Violetty Villas.

Walczak chyba nie mógł wybrać lepiej. On nawet nie grał, tylko przepływał przez tekst Erica Bogosiana, odkrywając co chwila kolejne wcielenie. Jak kot, któremu przysługuje siedem żyć, tak i on pokazuje w każdej, co potrafi. Swój sceniczny popis rozpoczyna od postaci bezdomnego proszącego o datki. Wyciąga po nie rękę. wchodzi między widownię... - Dobrym ludziom czasem przytrafiają się złe rzeczy – wyjaśnia, ubrany w płaszcz i czapkę. Na wszystko ma usprawiedliwienie.

Dalej mamy krezusa zadowolonego z dużego basenu, który chętnie pożyje cudzymi marzeniami. Pojedzie do nowo otwartego hotelu i będzie zastanawiał się, czy lepiej kupić BMW piątkę i zaoszczędzić „kilka marnych tysięcy”, czy raczej BMW siódemkę, żeby przypadkiem nie pożałować decyzji po fakcie dokonanym. Przecież trzeba żyć, nikt za nas tego życia nie przeżyje.

Aktor zakłada co kilka minut zupełnie nową „skórę” i snuje te opowieści zaczerpnięte od Bogosiana z taką naturalnością, jakby każda była jego własną. Dzięki jego kolejnemu wcieleniu pojawia się mężczyzna z psem, który w przyszłości chciałby opatentować kolejną dietę cud polegająca na zjedzeniu kanapki z jajkiem raz na dwa dni. Już wypróbowana. On zaręcza o jej skuteczności. Inna postać żali się, że ludzie Boga nie rozumieją, tylko zanoszą modły do sprawcy wszystkich nieszczęść na ziemi, które są niczym innym, jak efektem nudy. Kolejny mężczyzna zuchwale przechwala się swoimi zdolnościami w uwodzeniu kobiet albo grilluje, tłumacząc, skąd w nim tak duża potrzeba posiadania broni.

Każda postać zdaje się być pogodzona ze swoim losem, bo przecież zawsze może być gorzej. Jaki los spotyka uchodźców albo mieszkańców Afryki? To fart, że się urodziliśmy w cywilizacji, gdzie w najgorszym razie jakoś udaje się związać koniec z końcem, w najlepszym kasy będzie jak lodu. Żyć trzeba, spełniać zachcianki i smażyć kolejne mięso z pomocą podpałki. Szukać szczęścia. Ilu ludzi, tyle jego definicji.

Wszystko niby tu ułożone i proste, i takie przerażająco puste. Chcemy być dobrzy w oczach innych. Wręczymy 2 zł („piątka” to już za dużo), aby móc sobie powiedzieć, że świat nie jest nam obojętny i pędzimy dalej, jedziemy na zagraniczne wakacje. Może po powrocie pochwalimy się znajomym, co widzieliśmy. Czasem zabawimy się kosztem innych i chełpimy relacjami z kobietami przypominającymi zawody sportowe. Odgradzamy drutami kolczastymi od reszty świata i domagamy się prawa do posiadania broni, ale jednocześnie nie sprawia nam żadnej różnicy, kogo właściwie zabijemy.

Niemal każdy jest tu samotny. Utkwił w życiu, które jest jego karykaturą.

Widz ma tu i komu współczuć, i z czego pośmiać. Ten drugi aspekt jest zasługą przekładu autorstwa Sławomira Michała Chwastowskiego, który tak sprawnie wymieszał polską i amerykańską rzeczywistość, aż granica zatarła się do tego stopnia, że przestała być zauważalna. Są fragmenty z kultowych komedii, naigrawanie z codzienności, nawet z aktualnej polityki. Będzie o tym, co mamy, aby w ogólnym rozrachunku wyszło, czego jednak w tym życiu brakuje. W to wszystko umiejętnie wpleciono nasze obawy i rozterki. Chociaż sztukę pisał Amerykanin, spektakl w swojej wymowie staje się tworem uniwersalnym.

Na plakacie, jeśli ktoś doczyta, znajdzie dopisek w nawiasie, jako zapowiedź tego, co go czeka. „Two man show”, przez co spodziewamy się popisu dwóch mężczyzn, lecz tak naprawdę pojawia się trio. Na saksofonie gra Piotr Jędraszczak, Walczak na harmonijce, a za gitarę chwyta Krzysztof Misiak (na małą rólkę też się załapał). Ten ostatni na potrzebę spektaklu dobrał utwory z trzech autorskich płyt. Monodram staje się czasem jego solowym popisem, innym razem jam session, który ożywczo wpływa na całą sztukę.

Obaj panowie, Misiak i Walczak, przede wszystkim czują muzykę. Jazz, rock, blues, wszystkiego tu po trochu. Właściwie ciężko stwierdzić, kiedy lepiej Walczak czuł się na scenie, czy w trakcie części dla melomanów, a może kreując postacie szukające szczęścia w jego namiastkach. Kompani ze sceny przeplatają nutami te monologi tak, że łatwo zapomnieć, gdzie się znajdujemy. Czy wciąż tkwimy w teatralnym pokoju, czy w pubie. Artyści zagrali koncertowo i doczekali się owacji na stojąco. Jeśli do czegoś faktycznie da radę się przyczepić, to do tego, że niektóre gitary służą wyłącznie za dekoracje.

Interesujący jest fakt, że te najciekawsze sztuki w płockim teatrze coraz częściej okazują się tymi dobranymi przez samych aktorów. A zatem „show musi go on”, przedstawienie niech trwa na afiszu jak najdłużej przy pełnej widowni. Ten naszpikowany dźwiękami spektakl to nie tylko „seks, prochy i rock & roll, lecz coś więcej. Dobry kierunek, aby pokazać niedowiarkom, że warto przyjść do teatru i dobrze się bawić.

Ponowne spotkanie z tekstem Erica Bogosiana 15 i 16 kwietnia (godzina 17.00), 30 kwietnia i 7 maja (godzina 19.00), 22 maja (godzina 17.00). Bilety w cenie 30 zł (normalny) i 20 zł (ulgowy).

Fot. Waldemar Lewandowski

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.