Reklama

Reklama

Gmyz: co Lis lub Olejnik wiedzą o Polakach?

Opublikowano: ndz, 28 wrz 2014 19:32
Autor:

Gmyz: co Lis lub Olejnik wiedzą o Polakach?  - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Katastrofa smoleńska, korupcja i fałszerstwa, donosy, nepotyzm, wybiórcze media i oderwani od rzeczywistości celebryci. Wszystko to – według Cezarego Gmyza – składa się na obraz współczesnej Polski i stało się tematem piątkowego spotkania w Cechu Rzemiosł Różnych.

Reklama

Katastrofa smoleńska, korupcja i fałszerstwa, donosy, nepotyzm, wybiórcze media i oderwani od rzeczywistości celebryci. Wszystko to – według Cezarego Gmyza – składa się na obraz współczesnej Polski i stało się tematem piątkowego spotkania w Cechu Rzemiosł Różnych.

Cezary Gmyz jest znanym dziennikarzem śledczym. Do afery z trotylem był związany z dziennikiem „Rzeczpospolita”, dziś - z tygodnikiem „Do Rzeczy” i „Gazetą Polską” oraz telewizją „Republika”. To on ujawnił aferę hazardową, po której kilku prominentnych polityków Platformy Obywatelskiej jak Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki pożegnało się ze stanowiskami. Gmyz ma dokonania również na płockim podwórku - to on jest autorem m.in. głośnych artytkułów dotyczących pedofilii wśród księży w diecezji płockiej i ich wysoko postawionych protektorów.

Podczas piatkowego spotkania w sali Cechu Rzemiosł Różnych wypełnionej tak szczelnie, że zabrakło krzesełek, nie rozmawiano jednak zbyt wiele o Płocku.

Prawda o Smoleńsku kontra rozmowa na śmietniku

Pierwsze pytanie zadane przez prowadzącego spotkanie senatora Marka Martynowskiego dotyczyło nośnej sprawy Smoleńska. Tekst napisany przez Gmyza w październiku 2012 roku wywołał prawdziwą burzę z piorunami, a sprawa ładunków wybuchowych, czyli trotylu, nitrogliceryny i C4, które według jego czterech źródeł, znajdowały się na tupolewie – nie znikała z czołówek gazet.

– Zaledwie kilka osób wiedziało, jaki tekst szykuję, więc nawet nie był planowany do tego numeru „Rzeczpospolitej”, w którym się ukazał - wspominał Gmyz. - Chociaż podejrzewałem, że coś więcej mogą wiedzieć Wiesław Władyka i Mariusz Janicki z tygodnika „Polityka”, ponieważ zaledwie dwa dni wcześniej przed ukazaniem się mojego artykułu na łamach gazety zadali pytanie, co by było gdyby znaleziono ślady użycia materiałów wybuchowych.

Dziennikarz przypomniał, że również redaktor naczelny dziennika, Tomasz Wróblewski uznał informatorów Gmyza za wiarygodne źródła. – Ale zastanawiał się, czy to aby nie jakaś prowokacja, dlatego chciał najpierw porozmawiać z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem i pojechał do niego na spotkanie. Ten wszystko potwierdził – ciągnął publicysta. – Powiedział do mnie po powrocie „no to jedziemy z tym koksem”.

Jednakże tekst można było przeczytać tylko w wydaniu warszawskim, nie w ogólnokrajowym. Dlaczego? – Kiedy Grzegorz Hajdarowicz przejął „Rzeczpospolitą”, postanowił sprzedać drukarnię. Gazeta od tego momentu była drukowana w tej samej, co „Gazeta Wyborcza”, więc baliśmy się dołączyć mój tekst do wydania krajowego, aby nie doszło do jakiegoś niekontrolowanego przecieku - wyjaśniał. - Do dziś nie rozumiem, w jaki sposób i za czyją sprawą 5 minut po północy na stronie internetowej pojawiła się ta informacja.  Zamieszanie zaczęło się rano, kiedy informacje zaczęły podawać inne media, nawet TVN24 pisał o „sprawie owianej dużą tajemnicą”. Ja byłem spokojny. Wiedziałem, że wszystko, co napisałem, było prawdą.

Prokuratorzy łgali. To ustawka na śmietniku

Gmyz nie pojechał na konferencję Wojskowej Prokuratury Okręgowej dotyczącej sprawy Smoleńska. Twierdził, że nie miał żadnych pytań, ale kiedy oglądał transmisję, oniemiał ze zdumienia. – Prokuratorzy wystąpili po cywilnemu i kłamali, łgali przed kamerami – opowiadał dziennikarz śledczy. W redakcji powstał rozdźwięk. Wydano nawet oświadczenie, w którym gazeta zaczęła wycofywać się z treści opublikowanego tekstu (wraz ze zwrotem „pomyliliśmy się”). – Oni swoimi kłamstwami tylko potwierdzali, że był to błąd ze strony dziennika – ocenił. – Tymczasem okazało się, że Grzegorz Hajdarowicz pojechał do swojego kumpla z Platformy Obywatelskiej, Pawła Grasia. Obaj panowie rozmawiali przy śmietniku. Mieli 12 godzin, by uzgodnić, w jaki sposób dalej postąpić.

Machina jednak poszła w ruch. Hajdarowicz zwrócił się do Gmyza o przedstawienie dowodów, na których oparł materiał. W tej sprawie zebrało się gremium. – Wśród nich znalazł się tylko jeden dziennikarz. W dodatku po 23 latach pracy w tym fachu, postanowił uczyć mnie rzemiosła, więc uprzejmie go pożegnałem. Zanim wręczono mi wypowiedzenie, redakcję już omiotła wieść, że jestem zwolniony. Razem ze mną odeszły cztery osoby.

Paweł Lisicki odmówił wyrzucenia dziennikarza z „Uważam Rze” (oba tytuły należą do jednego wydawcy, spółki „Presspublica”). – Oświadczył, że taka decyzja leży wyłącznie w gestii redaktora naczelnego i zapowiedział, że w gazecie pokaże się tekst o Smoleńsku. – Sprawa skończyła się na tym, że 95% załogi odeszło (w tym m. in. Jacek Karnowski, Bronisław Wildstein, Piotr Semka, Igor Janke, Rafał Ziemkiewicz, Piotr Zaremba, Robert Mazurek), natomiast „Uważam Rze” musiało przekształcić się z tygodnika w miesięcznik (spora ilość dziennikarzy przeszła do tygodnika „Do Rzeczy” pod redakcją Pawła Lisickiego).

Zmanipulowane miały być wyniki Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji odnośnie śladów materiałów wybuchowych na wraku tupolewa. Gmyz uznał, że sprawa Smoleńska nie zostanie wyjaśniona za rządów obecnej koalicji PO i PSL. – Po ich myśli jest promowanie wyłącznie wizji Jerzego Millera.

Sępy wokół profesora Kieżuna

Drugą sprawą, którą poruszył, były informacje dotyczące profesura Witolda Kieżuna, członka Armii Krajowej i uczestnika powstania warszawskiego. Chodziło o artykuł, który pojawił się w tygodniku „Do Rzeczy” we wrześniu tego roku pt. „Tajemnica „Tamizy” – o tym, jak profesor Kieżun współpracował z bezpieką, gdzie przyznał się do rozmów z SB.

– Zawaliła mi się postać pomnikowa, ale ma jeszcze szansę, aby wszystko skorygować. Wystarczy, aby poddał się autolustracji. Sam podobnie uczyniłem, kiedy wobec mnie wysunięto pomówienia – proponował dziennikarz. – W moim przekonaniu profesor był współpracownikiem służb od 1973 do 1980 roku. Inną kwestią jest to, czy to kontynuował w kolejnych latach i czy sam uważał siebie za konfidenta. Może tak skutecznie go osaczono, pompowano jego poczucie własnej wartości, a on sam chciał być jeszcze bardziej istotny niż faktycznie był? Mam do niego żal nawet nie o te donosy, ale o ten list wierno-poddańczy wysłany do generała Czesława Kiszczaka. Ale nie uważam się za osobę nieomylną.

Gmyz zaleca profesorowi wszczęcie procesu w najszybszym możliwym terminie (w przypadku Gmyza autolustracja potrwała pół roku) z racji sędziwego wieku.– Ale problem polega na tym, że on nie chce poddać się procesowi. To inna sprawa niż na przykład arcybiskupa Stanisława Wielgusa, byłego biskupa diecezji płockiej, któremu zarzucano współpracę ze służbami PRL i który z początku sam chciał skorzystać z takiej furtki, a później wycofał się na własną prośbą, kiedy okazało się, że nie da się procesu utajnić.

Były dziennikarz „Rzeczpospolitej” przyznał także, że sprawa profesora dzieli jego środowisko w poprzek i wywołuje gorący spór. – Według mnie argumenty, że sprawę profesora trzeba było ujawnić, ale już po jego śmierci, zakrawają o cynizm. Nie można czekać niczym jakieś sępy na czyjąś śmierć, kiedy oskarżony nie może się bronić. On, mimo swoich 95 lat, wciąż posiada umysł jak brzytwa. Dziennikarz jest od tego, aby sprawy ujawniać, a nie ukrywać (Gmyz twierdzi, że do teczki profesora zaglądało wcześniej kilku dziennikarzy), stąd uważam, że ten tekst był konieczny.

Jak łatwo sfałszować wybory

- Jestem przekonany, że wybory w Polsce są fałszowane, a zwłaszcza te samorządowe, gdzie leży realna władza – zawyrokował. – Sam oglądałem film, który nagrała poszkodowana osoba. Wystarczyło postawić kamerę przed lokalem wyborczym na cały dzień, aby udowodnić, że zjawiło się znacznie mniej ludzi niż oficjalnie podano, a głosy dosypano. Kiedy zgłosiła sprawę na policję, ta zaczęła straszyć. Wystarczy tylko dowieźć pijaczków i obiecać flaszkę wina - tłumaczył. - Bywało, że nawet 400 takich dostarczono. Również w polskich ambasadach nie prowadzi się list wyborczych. Tam się szalenie łatwo fałszuje wyniki. Jeśli nawet pojawią się jakieś oskarżenia, to szybko są umarzane.

Zmanipulowana opinia publiczna i niski prezes

Według opinii dziennikarza, opinia publiczna została zmanipulowana wręcz na gigantyczną skalę, ale nie tylko przez polityków, także przez media. – Niezależna trzecia władza w zasadzie nie istnieje. – W Gostyninie jak żona burmistrza znalazła swojego męża w ramionach kochanki, to ją później gołą po rynku ganiała, a media milczały. W Gostyninie skupiły się chyba wszystkie możliwe patologie. Pełno jest takich historii, w jaki sposób funkcjonują lokalne kliki, przez co ludzie pozbawieni są informacji.

Gmyz niektóre media postanowił wrzucić do jednego worka z napisem „reżimowe” (chociażby TVN), których przekaz uważa za zniekształcony i stronniczy. – Przekazem z konferencji Prawa i Sprawiedliwości odpowiednio się manipuluje, natomiast z konferencji Platformy pozytywnie podkręca. Kiedy oglądam relację z wydarzenia, w którym uczestniczyłem, wówczas nie mogę uwierzyć, że dotyczy tego samego spotkania. Bo niby dlaczego prezesa Jarosława Kaczyńskiego filmują od dołu? Przecież jak postawi się tak nisko kamerę, to zaczyna wyglądać jak rozdeptana żaba. Niestety za takie triki zarzutu nie da się postawić, pomimo jawnej manipulacji.

Z drugiej strony dziennikarz świetnie zdaje sobie sprawę, że nakład gazety musi się rozejść, a najlepiej, to sprzedać, zależnie od przyjętego modelu. – Jeśli ludzie mają do wyboru gazetę bezpłatną, choćby wydawał ją burmistrz, i płatną, to wybiorą tą pierwszą. Wolne media praktycznie już nie mają szans – dodawał.

Słyszał ktoś o podatku korupcyjnym?

- W Polsce płacimy cztery główne podatki, CIT, PIT, VAT i PK – wyliczał dziennikarz. - Ten ostatni to podatek korupcyjny, który uiszczamy wszyscy z naszych podatków. Bez niego Polska rozwijałaby się znacznie bardziej dynamicznie, bo niby dlaczego tyle kosztują inwestycje, skoro w wielu przypadkach dałoby się znacznie taniej – i właśnie dlatego istnienie Centralnego Biura Śledczego Gmyz uważa za w pełni uzasadnione. – Po tym, jak wyprowadzono w kajdankach doktora G., którego „Gazeta Wyborcza” tak mocno brała w obronę, wszyscy w szpitalu bali się wziąć cokolwiek od pacjenta. Moja mama była w tym czasie chora, więc sam obserwowałem skutki tamtej akcji.

Trzecie pokolenie potomków Bieruta

Gmyz postanowił poprosić w IPN o informacje dotyczące tego, ile dokładnie osób w resorcie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, do niedawna jeszcze kierowanym przez Radosława Sikorskiego, przyznało się do tajnej współpracy ze służbami w PRL. Okazało się, że aż … 222! – Tam pracują całe klany rodzinne, w tym już trzecie pokolenie potomków Bieruta. Teraz jednego z nich wysłano do Włoch, chyba do Mediolanu. Nazwiska powtarzają się stale te same, z ulicy nikt tam nie znajdzie pracy. Choćby znał biegle cztery języki obce. Drogę do awansu zablokował skrajny nepotyzm – mówił w piątek publicysta. Dodał jeszcze, że Polska nie jest wyjątkiem, ponieważ w rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa pracuje nie trzecie, ale już piąte pokolenie, wprowadzono więc zakaz nepotyzmu. – Nawet w Rosji Władimir Putin zdał sobie sprawę, jaki to hamulec – odrzekł dziennikarz. Zwrócił także uwagę, że w przypadku wielu stanowisk w Polsce nie istnieją ograniczenia odnośnie ilości kolejnych kadencji. – My też mamy starostę powyżej 60 lat, co nadal czuje się młodo – pozwolił sobie na mały przytyk Marek Martynowski.

Mieszkanie dla reżysera. W prezencie

Jeden z obecnych na sali słuchaczy zapytał dziennikarza co wie na temat samointernowania, czyli tak jakby na własną prośbę. Gmyz niezbyt wiele wiedział, ale za to przypomniał historię „pewnego znanego reżysera ze Śląska”, obecnie pod banderą PO, który zamiast przykładać się do działalności opozycyjnej, uwiódł żonę komendanta Milicji Obywatelskiej, za co ten ostatni wpisał filmowca na listę przeznaczonych do internowania. O reżysera jednak upomniało się środowisko filmowe, więc sprawa doszła do generała Kiszczaka, który w ramach przeprosin podarował mu całkiem spore mieszkanie w Warszawie.

Celebryci i zwykli ludzie, czyli za co kupić sushi

Ks. Kazimierz Kurek z płockiej Stanisławówki nie potrafił dostrzec w słowach dziennikarza śledczego żadnych pozytywnych, budujących przykładów. – Owszem, zetknąłem się z autorytetami w trakcie moich podróży i często bywają nimi księża – odpowiedział mu bohater piątkowego spotkania. – Nauczyłem się pokory. Pracując w ogólnopolskim medium stałem się facetem pracującym zza biurka, a w ciągu ostatnich dwóch lat nauczyłem się więcej niż na jakimkolwiek uniwersytecie. Co taka Monika Olejnik czy Tomasz Lis wiedzą na temat zwykłych Polaków, skąd czerpią wiedzę, od taksówkarza, fryzjerki, od innych lemingów? – pytał retorycznie. – Kiedy Kuba Wojewódzki ocalił robotę po aferze ze sprzątającymi Ukrainkami, z obiegu wyleciał Michał Figurski, który żalił się później w mediach, że nie ma na sushi. Za tyle, ile ono kosztuje w tych lokalach, w których on się stołuje, niejedna rodzina musi przeżyć przez co najmniej tydzień.

Fot. Adek Jasiński

Po więcej zdjęć zapraszamy do naszej galerii:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (6)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.