Reklama

Reklama

Cezary Stefańczyk: do odejścia przygotowywałem się od dłuższego czasu [WYWIAD]

Opublikowano: wt, 4 sie 2020 18:46
Autor:

Cezary Stefańczyk: do odejścia przygotowywałem się od dłuższego czasu [WYWIAD] - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Sport Po 7 latach Cezary Stefańczyk żegna się z Wisłą Płock. Prawy obrońca został tak dobrze zapamiętany w Płocku, że kibice nawet zorganizowali petycję, domagając się przedłużenia kontraktu "Stefana". Były już zawodnik Nafciarzy opowiada o nam o relacjach z dyrektorem Markiem Jóźwiakiem, trenerami, wspomina 7 lat w Wiśle Płock, mówi o priorytetach w życiu i pomyśle na siebie po zakończeniu kariery.

Reklama

Po 7 latach Cezary Stefańczyk żegna się z Wisłą Płock. Prawy obrońca został tak dobrze zapamiętany w Płocku, że kibice nawet zorganizowali petycję, domagając się przedłużenia kontraktu "Stefana". Były już zawodnik Nafciarzy opowiada o nam o relacjach z dyrektorem Markiem Jóźwiakiem, trenerami, wspomina 7 lat w Wiśle Płock, mówi o priorytetach w życiu i pomyśle na siebie po zakończeniu kariery. 

Minęło już trochę czasu. Siedzą jeszcze w tobie emocje związane z odejście z Wisły Płock? 

Emocje były przy pożegnaniu z kibicami. Do tego, że odchodzę, przygotowywałem się od dłuższego czasu. Wiedziałem jaka jest sytuacja, że prowadzone są rozmowy z innymi zawodnikami, a ze mną nie. Jesienią dostałem informację od klubu o przedłużenia kontraktu, potem się z tego wycofano. Dowiedziałem się, że zablokował to dyrektor Marek Jóźwiak. Byłem przygotowany na to przynajmniej od pół roku, choć kiedy ostatnio wskoczyłem do składu pojawiła się taka iskierka, iskiereczka nadziei, ledwo się tląca. Myślałem, że może, może przedłużę, ale jednak nie było to zaskoczeniem. 

Możesz przybliżyć jak to wyglądało jesienią? 

Przyszedłem do biur zarządu w zupełnie innej sprawie. Przy okazji dostałem informację, że przy okazji przerwy na kadrę porozmawiamy o nowym kontrakcie. Przychodzi przerwa na kadrę, przychodzę i słyszę, że na maila powinienem dostać propozycję kontraktu. Nie dostałem. Czekałem, bo jak miałem dostać, to pewnie dostanę. Przyszedłem po tygodniu i usłyszałem “poczekajmy”. Wiedziałem już, że będzie ciężko. 

W końcówce sezonu okazało się, że jesteś jednak potrzebny. Musiałeś wskoczyć do składu i walczyć o utrzymanie. Jak się czułeś na boisku?

Pierwszy mecz po kilku miesiącach przerwy na Wiśle Kraków. 

To był specyficzny mecz. Pojechało tam 16 ludzi do grania. 

Zgadza się. Pod względem fizycznym nie czułem się super, ale dotrwałem do końca. Nie miałem jakichś ogromnych zastrzeżeń do siebie. Może z przodu mogłem bardziej pomóc drużynie, ale po 4-5 miesiącach bez gry pod koniec trochę już brakowało. Szafowałem siłami i skupiłem się na obronie. Później w statystykach biegowych wyglądałem słabo, ale w pojedynkach z lewym pomocnikiem Wisły na 8 pojedynków wygrałem 7. Uważam, że to przyzwoity wynik. 

Co czułeś, kiedy Dominik Furman w pomeczowym wywiadzie na pytanie o to, czy granie w Wiśle Płock sprawia mu przyjemność powiedział “pomidor”? Wytłumaczył to potem jakoś w szatni?

Byłem zaskoczony. Dominik był przecież liderem zespołu, bardzo szanowany przez kibiców, także to już w ogóle zaskoczenie. Trzeba by zapytać Dominika, dlaczego tak powiedział. Ja bym tak nigdy nie powiedział, bo gra dla Wisły to zawsze było dla mnie coś ważnego. Zawsze byłem dumny, że mogę grać dla tego klubu. 

Późniejsze mecze wyglądały już lepiej. 

To widać po wynikach. Wygraliśmy 4 mecze z rzędu, a odkąd wskoczyłem do składu, straciliśmy 2 bramki: rzut karny Kuby Błaszczykowskiego i samobójcza bramka Alana Urygi. Czułem się dobrze, drużyna chyba też dobrze się czuła kiedy wróciłem na prawą obronę. Zaczęliśmy wygrywać i przestaliśmy tracić bramki. 

Kiedy dowiedziałeś się, że nie pojedziesz do Bełchatowa na ostatni mecz z Rakowem Częstochowa? 

To w ogóle ciekawa sytuacja. Ostatni mecz z Koroną Kielce graliśmy u siebie. Zawodnicy podstawowego składu dostali dzień wolnego. Miałem stłuczoną nogę, a wiedziałem, że za chwilę jest ostatni mecz. Chciałem przygotować się do niego jak najlepiej, więc przyszedłem tego dnia do klubu i zrobiłem sobie zabiegi. Obłożyłem nogę lodem, trochę się porozciągałem. Kiedy wróciłem do szatni zobaczyłem, że mam nieodebrane połączenia od dyrektora sportowego i kierownika zespołu. Oddzwoniłem do Piotra Soczewki, a ten przekazał mi, że mam iść na górę do dyrektora. Poszedłem, dyrektor wręczył mi pismo, wyszedłem. Tyle. W piśmie było napisane, że mam zdać sprzęt i nie muszę już przychodzić na treningi. 

Mimo że miałeś jeszcze 2 tygodnie kontraktu. 

Tak, ale nie muszę już przychodzić na zajęcia, a jak chcę, to mogę zacząć treningi z innym zespołem. 

Nie doszło do żadnej przepychanki? 

Następnego dnia przyszedłem zdać sprzęt. Zapytałem trenera Nazaruka czy jestem przewidziany do treningu. Powiedział, że raczej nie. Zrozumiałem. Poszedłem na górę do trenerów, podziękowałem za rok pracy, przybiliśmy piątki. Poczekałem aż chłopaki skończą odprawę i wyjdą na trening, bo nie chciałem im przeszkadzać. Noga mnie cały czas bolała, więc owinąłem ją sobie lodem. Zabieg trwa może 12 minut. Już kończyłem i nagle do szatni wszedł Marek Jóźwiak. 

- Co ty tutaj robisz? Dostałeś pismo, ciebie ma tutaj nie być. 

Zrobiłem wielkie oczy, nie wiedziałem jak się zachować. Odezwałem się niezbyt ładnie. 

- Idź stąd człowieku, daj mi spokój. 

Coś w tym stylu. To dla mnie szok, że po 7 latach słyszę takie słowa, że ma mnie tu nie być. Chciałem sobie tylko ulżyć w bólu. Tego się nie spodziewałem. To jakaś abstrakcja. 

Więcej w budynku z szatniami twoja stopa już nie postała? 

Nie. Zabrałem rzeczy, ale następnego dnia w budynku klubowym dostałem jeszcze pamiątkową tablicę z podziękowaniem i zostałem ładnie pożegnany przez wiceprezesa Marca. Więcej na stadionie już się nie pojawiłem. 

Oglądałeś mecz z Rakowem? 

Tak i bardzo kibicowałem chłopakom. Lepiej zająć 9., niż 12. miejsce. Byłem smutny, kiedy drużyna w 84. i potem 95. minucie dostaje bramkę, bo wiadomo, że to są pieniądze. 

Cofnijmy się w przeszłość i powspominajmy. Trochę klubów w twojej karierze jest. W quizie na kanale Weszło podobno wymieniłeś wszystkie. Ile ich jest? 

Chyba około 10. Trzeba brać jednak pod uwagę, że Omega Kleszczów czy Warta Działoszyn to kluby pod Radomskiem. Byłem tam wypożyczany. Po skończeniu podstawówki poszedłem do szkoły mistrzostwa sportowego, a tam przyjeżdżałem tylko na mecze. Nie przypominam sobie, żeby w którymś z tych klubów odbył jakiś trening. Być może tak, ale przez cały ten okres nie było to więcej niż 5 jednostek, jestem przekonany. Chodziło o to, żebym nie grał w juniorach, tylko próbował sił ze starszymi. 

Poważne granie zaczęło się w Zawiszy Bydgoszcz. 

Tak, Zawisza był już w I lidze. Wcześniej zdarzały się II-ligowe. ŁKS Łomża był co prawda w I lidze, ale był w masakrycznej sytuacji finansowej. Podobnie było w KSZO Ostrowcu Świętokrzyskim. Na początku swojej przygody miałem szczęście, że trafiłem do klubów w fatalnej sytuacji finansowej. Suma sumarum upadały i dlatego tak często je zmieniałem. 

Liczysz jeszcze pieniądze których nigdy nie zobaczysz czy już przestałeś? 

Wiem jaka to kwota. Mógłbym w Płocku kupić za nie mieszkanie, ale takie jest życie. Nie odzyskam już tego i nie zawracam sobie tym głowy. Tak bywa, nie ma sensu do tego wracać.

Zawsze na uwagę, że nie masz bramki w Ekstraklasie odpowiadasz, że przecież masz. 

Tak, zawsze się z tego śmieję. W debiucie w ŁKS-ie, samobójcza, ale bardzo ładna! Kolega nabił, dostałem w udo, piłka fajnie przelobowała bramkarza. Piękna bramka! Ciekawostka jest taka, że w tym meczu Semir Stilić przyłożył bramkę z 25 metrów w okienko. Huh! Ładne bramki padały w tym meczu! 

Czego zabrakło Semirowi Stiliciowi żeby dłużej pograć w Płocku na dobrym poziomie? Trener Brzęczek doprowadził do go wysokiej formy, potem czegoś brakowało. 

Kurczę, nie wiem. Może właśnie potrzebował trenera, który mu w pełni zaufa. Zdaje się, że trener Dźwigała Semira Stilicia zaliczył do swoich największych porażek w Wiśle Płock. 

To mega zawodnik. Wyobrażam sobie środek pola Piotr Wlazło-Damian Szymański i przed nimi Semir Stilić. Wymiatamy! Jak na Wisłę Płock to pan piłkarz. Może nie biegał dużo, ale technicznie był fantastyczny. 

Jak miał formę, to lewą nogą wiązał krawaty. 

Widać to było za trenera Brzęczka. Pokazywał to.

Jak wyglądały kulisy twojego przyjścia do Wisły Płock?

To było proste. Miałem umowę z Górnikiem Łęczna. Mieliśmy przedłużać umowę, ale pojawił się trener Jurij Szatałow. Średnio się z nim dogadywałem, nie za bardzo chciał mnie w klubie. Miał inny pomysł na prawą obronę. Po wakacjach prezes mówił, że wie, że obiecał mi nowy kontrakt, ale trener mnie nie chce. Rozumiałem to, a nie chciałem podpisać umowy, żeby nie grać. Pożegnaliśmy się w dobrej atmosferze, podaliśmy sobie ręce.

Informacja o moim odejściu natychmiast pojawiła się na 90minut.pl i tego samego dnia miałem telefon z Chojniczanki Chojnice. Miałem tam iść, mieliśmy ustalone już wstępne warunki. Musiałem się jeszcze spakować i zabrać rzeczy z Łęcznej. Za 2-3 dni miałem przyjechać do Chojnic. Następnego dnia zadzwonił jednak wiceprezes Grzegorz Kępiński i zapytał, czy nie chciałbym przyjść do Wisły Płock. Szybko się dogadaliśmy, podziękowałem Chojniczance za zainteresowanie. Pieniądze te same, ale bliżej Radomska. Nie miałem dylematu, bo Płock to Płock. Nie zastanawiałem się nawet chwili.

Raz w życiu dobrze wybrałeś klub! 

Może nie raz. Ale to był strzał w 10. 

Jaką przed tobą roztaczano wizję w 2013 roku? Wisła była beniaminkiem I ligi. 

Zgadza się. Nie było jakiejś wielkiej wizji. Rozmawiałem z trenerem Marcinem Kaczmarkiem. Wtedy chciał być solidnym I-ligowcem, który nie bije się do końca o utrzymanie. Mieliśmy pograć dobrą piłkę, zrobić możliwie najwyższe miejsce, ale nie było w ogóle tematu awansu. Zajęliśmy bardzo przyzwoite 7. miejsce, a gdybyśmy wygrali ostatni mecz z GKS-em Katowice, skończyliśmy na 4. czy 5. To byłby super wynik, ale z 7. miejsca też wszyscy byli zadowoleni. 

A rok później? Były jakieś pomrukiwania o awansie? 

Tak, chcieliśmy powalczyć. Do przerwy prowadziliśmy z Termalicą… Odskoczylibyśmy na 5 punktów i już byśmy tego nie wypuścili. Piotrek Wlazło faulowany, Krzysztof Janus strzela z karnego. W drugiej połowie Marko Radić samobójcze trafienie, dobił nas Adrian Paluchowski, który chwilę wcześniej wszedł na boisko. Totalnie uszło z nas powietrze. 

Graliśmy jeszcze później u siebie z Chojniczanką. Akurat jedliśmy obiad w klubie, a w telewizji mecz Termaliki z Bytovią. Do przerwy Termalika przegrywa 0:2, ale skończyło się 3:2. Na drugą połowę wyszły zupełnie inne zespoły. Odskoczyli na 4 punkty, my zremisowaliśmy i było pozamiatane. 

Celem na sezon 2015/16 był awans. Jak to zostało przedstawione?

Trener po prostu powiedział, że gramy o awans. To było logiczne, bo w poprzednim sezonie zabrakło niewiele, a teraz skład został prawie bez zmian. 

Odszedł Jacek Góralski.

Tak, to był filar defensywy, ale zespół został wzmocniony. W jego miejsce przyszedł Maks Rogalski i w debiucie strzelił super bramkę w Sosnowcu. Wygrywamy ten mecz. Byli Wojtek Łuczak czy Damian Piotrowski. Przyszli naprawdę fajni zawodnicy. Zespół był bardzo dobry. W prasie nikt nie chciał pompować balonika. “Chcemy wygrać kolejny mecz”, “skupiamy się na najbliższym rywalu”, bla bla bla. W szatni ciśnienie było jednak duże, chcieliśmy awansować. Początek był bardzo słaby, w pięciu meczach trzy porażki. 

Po meczu z Pogonią Siedlce w 4. kolejce były głosy, żeby zwalniać Marcina Kaczmarka. 

Były, pamiętam, już w Kluczborku, kiedy przegrywaliśmy do przerwy [w 3. kolejce, skończyło się 2:1 dla Wisły - przyp. autora]. Na trybunach podobno było nerwowo, ale Mikołaj Lebedyński w 87. minucie po moim dośrodkowaniu strzelił bramkę. Później zaskoczyło, zrobiliśmy ligę. Początek był nerwowy, ale potem spokojnie graliśmy swoje do samego końca. Na trzy kolejki przed końcem przypieczętowaliśmy awans, 5:0 z Zawiszą. 

Ile pamiętasz z tygodnia pomiędzy 20 a 25 maja 2016 roku?

To ten po awansie? Dużo! W zasadzie wszystko. 

Krążą opowieści, że niektórzy świętowali legendarnie. 

Kurczę, szkoda, że w tym jakoś nie uczestniczyłem! Po ostatnim meczu szybko wyjechałem z rodziną do Zakopanego. Na urlopie też nie świętowałem za bardzo, bo mógłbym spaść (śmiech). 

Nie wierzę, że w niedzielę po meczu nie świętowałeś! 

Nie no, wiadomo! Ale z drugiej strony rodzina, dziecko. Nie jestem jakimś mega imprezowym gościem. Cieszyłem się w sobie, że udało się zrobić awans i tyle. Wiedziałem, że za chwilę ruszają przygotowania do nowego sezonu. Czekałem, jak to będzie wyglądało, bo to jakaś nowość.

Przychodzi Dominik Furman i jaka to jest wiadomość dla drużyny? Wow, gramy o coś więcej?

Nie, mieliśmy się po prostu utrzymać. To nie tak, że gramy od razu nie wiadomo o co, bo przychodzi Dominik Furman. Nie, mieliśmy się spokojnie utrzymać, a niewiele zabrakło, żebyśmy byli w górnej 8. 

Przez chwilę nawet świętowaliście! 

Pamiętam! Michałowi Ładzie [dziś rzecznik prasowy Wisły Płock- przyp. autora] nie zaktualizował się telefon. Komicznie to wyglądało w telewizji. Ludzie w domach wiedzieli, że nie awansowaliśmy, ale Michał krzyknął, że jesteśmy w 8 i wszyscy się zaczęli cieszyć. 

Szybko jednak załatwiliśmy temat, choć mecz z Górnikiem Łęczna był ciężki. Sezon był chyba taki, jaki powinien być. Przez cały sezon chyba ani razu nie byliśmy na miejscu spadkowym. Był okres, że nie wygrywaliśmy przez kilka kolejek, ale nie było jak za trener Ojrzyńskiego, że sytuacja jest podbramkowa. Pierwszy sezon był solidny. Może bez fajerwerków, ale solidny. Utrzymaliśmy się i taki był cel.

Później trzęsienie ziemi, odchodzi Marcin Kaczmarek. Niektórzy żartowali, że jesteś ulubieńcem trenera. 

Nie, to nie było tak. Grałem u niego wszystko, tak jak u większości trenerów w Wiśle. Teraz u trenera Sobolewskiego się to zmieniło.

Trudno powiedzieć. Ktoś może patrzy przez pryzmat tego, że przez 4 lata, które tutaj był, zagrałem chyba 90% meczów. Nie uważam jednak, żeby był ulubieńcem. 

Jakbyś był w pokoju z Dymitarem Ilievem to panowałaby cisza czy w końcu byś go rozgadał? 

Ciężko (śmiech). Mitko to naprawdę bardzo fajny gość, miło go wspominam. Szybko nauczył się polskiego, trzeba to szanować. Bardzo cieszę się z jego sukcesów, w Bułgarii jest bardzo szanowanym piłkarzem. Widać było, że ma duży potencjał. Cieszyłem się, że jest w naszej drużynie, a nie rywali. 

Śmieszyło cię to, jakim samochodem jeździł? [kilkudziesięcioletnie Renault - przyp. autora]

Szczerze? Mamy podobne podejście do kwestii samochodów. Ma mnie przewieźć z punktu A do punktu B. Po prostu kupił samochód za jakieś 2 tys. złotych, żeby tylko jeździć. No i jeździliśmy. [anegdotę o zakupie auta przez Dymitara Ilieva możecie przeczytać tutaj

Pamiętam jak wróciliśmy po obozie zimowym. Samochód stał na zaciągniętym ręcznym hamulcu. Chciał ruszyć, ręczny opadł, a jedno koło nie chciało puścić. Nie mógł biedny wyjechać. Mówię “dobra, wóz albo przewóz”. Huk, coś strzeliło, jeździł potem jeszcze pół roku na tym, nic nie robił. Jak Mitko wyjeżdżał, samochód poszedł na złomowanie. Dobrze mu służył i chyba ani razu się nie zepsuł. Chociaż wtedy był taki huk, że myślałem, że coś pękło. Służył mu jeszcze pół roku, jak przyjeżdżała do niego dziewczyna, teraz już chyba żona, to woził ich do Warszawy. 

Wracasz jeszcze do sytuacji z odejściem Marcina Kaczmarka?

Tyle już było powiedziane… To już dawne czasy. Forma rozstania z trenerem Kaczmarkiem mogła być inna. Uważam, że to była zła sytuacja dla wszystkich - trenera, Furmiego, klubu. Na tamtą chwilę nikt na tym dobrze nie wyszedł. Za chwilę jednak przyszedł trener Brzęczek i zrobiliśmy wynik, którego nikt się nie spodziewał. 

Czym trener Brzęczek was urzekł? Słyszałem, pół żartem pół serio, że jak wchodził do szatni, to stawaliście na baczność. 

Widać było, że grał w piłkę. Był w wielu szatniach, znał wielu trenerów. Czuć było od niego pewność. Pamiętam jak w pierwszym meczu z Lechią zagraliśmy słabo, przegraliśmy u siebie 0:2. Trener był z nami ledwo kilka dni. Chodził w kącie, podszedłem do niego i mówię: 

- Trenerze, spokojnie, jeszcze będziemy wygrywać. 

- Ja jestem jestem spokojny. Wiem, że będziemy wygrywać. 

Widać było jego pewność siebie. Wiedział jak się zachować, kiedy zażartować, kiedy krzyknąć. Jak na treningu nie szło, to potrafił zareagować, ale nie na zasadzie że zawodnik myślał “ojej, czepia się”. To było bardzo motywujące. 

Miał też świetnych ludzi w sztabie. To się rzadko zdarza. Tomek Mazurkiewicz, Leszek Dyja, Michał Siewierski - super ludzie. Jestem pod wrażeniem, że znalazł taką czwórkę. Każdy w każdy momencie wiedział, co robi. Jak trener Brzęczek miał gorszy humor, trener Mazurkiewicz potrafił rozładować atmosferę. Praca z nimi to wielka przyjemność. Pokazały to wyniki. Byliśmy blisko europejskich pucharów.

Gdyby tu siedział Wojtek Kowalczyk to powiedziałby ci, że nie byliście blisko europejskich pucharów, tylko eliminacji do europejskich pucharów. 

Zgadza się! Do grupy pewnie byśmy nie doszli, trzeba było przejść chyba 3 przeciwników

Ale w eliminacjach też można spotkać fajne drużyny. 

Na pewno. I rundę pewnie byśmy przeszli tak jak Górnik. To też pieniądze dla klubu, chociaż pal licho. To fajna przygoda. Mogła się zdarzyć, byliśmy bardzo blisko. Szkoda.

Długo w was siedział mecz w Białymstoku?

Tak, bo dla mnie to była jedyna szansa do zagrania w ELIMINACJACH LIGI EUROPY. Ta sytuacja się już u mnie nie powtórzy. Ja żałuję bardzo. Dominik Furman np. grał już w Lidze Europy, był na Zachodzie. Byli też inni doświadczeni zawodnicy w szatni. We mnie to bardzo długo siedziało. Nie potrafiłem się z tym pogodzić. Do tej pory jak czasami o tym myślę, to bardzo żałuję. Myślę sobie: co by było, jakby uznał tę bramkę. Może przegralibyśmy 2:4 albo wygrali 3:1. Nie wiemy tego, to gdybanie. Szkoda, że tak to się odbyło. Jakbyśmy przegrali normalnie, to nikt nie miałby pretensji. A tak, w takich okolicznościach… Jestem przekonany, że będę pamiętał ten mecz do końca życia. 

Mieliście uraz do VAR-u w kolejny sezonie? Rozmawialiście o tym  w szatni? Zwracaliście na to uwagę? 

We mnie to po prostu siedziało, do tej pory siedzi. Nadal mam żal, a kiedy doszło do sytuacji z sędzią Frankowskim była jeszcze złość. Każda sytuacja na niekorzyść Wisły działała na mnie jak płachta na byka. Myślałem sobie “A, VAR, znowu nam to robicie”. Duży żal, a wtedy jeszcze złość. 

Myślałeś wtedy “ku… co ja zrobiłem? Skończyłem karierę”?

Może nie karierę, ale tak, “głupku, co ty zrobiłeś?!”. To było naprawdę muśnięcie. Podejrzewam, że gdyby to był sędzia Kwiatkowski, zostałby przy żółtej kartce. To naprawdę było muśnięcie. Sędzia napisał w protokole, że go uderzyłem. Nie uderzyłem, bo nie chciałem go uderzyć. Głupia sytuacja, podszedłem blisko, sędzia sięgał po kartkę, schylił głowę i to było muśnięcie. Zasłużyłem na karę i cieszę się, że skończyło się na 13 meczach. Myślę, że to adekwatna pokuta. Trudna sytuacja, dla mnie i dla rodziny. W tym sezonie złapałem tylko 3 żółte kartki, a tamta była moją pierwszą bezpośrednią czerwoną kartką. W życiu miałem może ze 2 czerwone, ale to za 2 żółte. 

A jak wspominasz grę o utrzymanie do ostatniej kolejki?

Ja nie grałem, bo byłem zawieszony.

Ale byłeś w tej szatni, trenowałeś, czułeś te emocje. 

Na pewno i nie życzę nikomu takiego stresu. Wiadomo, że to tylko piłka nożna, ale dla zawodników to naprawdę duży stres. Grasz o swoją przyszłość, przyszłość klubu. Nie wiesz, co będzie dalej. Nerwy są bardzo duże. Na szczęście prezesi w odpowiednim momencie podjęli decyzję o zmianie trenera. Przyjście trenera Ojrzyńskiego to strzał w 10, nie mogli lepiej wybrać. Pokazali, że wiedzą, kogo wziąć. Udało się utrzymać po horrorze. Oglądałem go na trybunie honorowej. Nieprawdopodobnie mi się dłużył. 

Stanęło ci serce w 75. minucie, kiedy Dawid Ryndak strzelił w poprzeczkę? 

Tak. Jezu, ale fart! 

Ten mecz był dramatyczny pod względem poziomu.

To prawda. Pamiętam, że w jednej sytuacji fajnie zachował się Karol Angielski. Fajnie sobie poradził zwodem z rywalem, a potem skiksował ze strzałem. Nie wyszło mu. Ogromne nerwy do samego końca. Wiedzieliśmy, że na styku był mecz Wisły Kraków z Miedzią Legnica. Suma sumarum Miedź wygrała, więc przy naszej porażce spadaliśmy z ligi. Cieszyliśmy się z tego utrzymania, a następny sezon już tak nie wyglądał. 

Na jednym z filmików klubowych wspomniałeś, że “Karol Angielski to super napastnik i będzie strzelał dużo goli”. Podtrzymujesz to?

Tak. Karol jest bardzo pracowity, ale co chłopak ma pecha… Nie znam drugiego takiego zawodnika, który ma tyle pechowych kontuzji. W Olimpii Grudziądz strzelał tyle bramek, że chciało go pół ligi. Zawodnik kopnął go w głowę i złamał mu kość czołową. 

Zimowy okres przygotowawczy, mamy gierkę na sztucznej murawie. Wynik chyba 4:1, Karol strzela 4 bramki. Nagle zaczął padać śnieg. Karol biegnie na piłkę w kierunku Bartka Żynela. Żynel chce wybić futbolówkę, poślizgnął się, trafia Karola w głowę. Pęknięta kość. Później pęknięta piąta kość śródstopia. Wraca, pęka druga piąta kość śródstopia. Druga, u drugiej nogi! 

Podtrzymuję, że jest dobrym napastnikiem, ale ma po prostu  ogromnego pecha. Trudno od niego oczekiwać, że po tylu kontuzjach nagle wejdzie i zacznie strzelać bramki. Znając Karola, potrzebuje trenera który mu zaufa. Kiedy w 3-4 meczach nie strzeli, podejdzie i powie: “Karol, rób swoje, będziesz strzelał”. Jestem przekonany, że czy tu czy gdzie indziej Karol będzie strzelał regularnie. 

Ciąży ci gdzieś brak bramki w Ekstraklasie? Takiej strzelonej do bramki przeciwnika. 

Nie, kompletnie nie. Nie wiem co by to w moim życiu zmieniło. 1 czy 3 bramki. Tak musiało być i tyle. 

A to, że nie podniosłeś nigdy żadnego pucharu?

Trochę tak. Zawsze chciałem Puchar Polski czy coś takiego. Z Radomskiem byłem w półfinale okręgowego pucharu. Miałem 15-16 lat, siedziałem na ławce. Może za szybko byłem w półfinale? 

Żałuję sezonu, kiedy trenerem był Kibu Vicunia. Przegraliśmy na Puszczy Niepołomice. Gdybyśmy wygrali, bylibyśmy w ćwierćfinale, gralibyśmy z Miedzią Legnica. Droga do finału byłaby otwarta, a tam zagralibyśmy przy kilkudziesieciotysięcznej widowni… 

Dlaczego Wisła Płock co roku tak szybko kończy przygodę w Pucharze Polski?

Nie mam zielonego pojęcia. Kiedyś trener Kaczmarek dawał zagrać zawodnikom, którzy mieli mniej minut. Tak się składało, żeśmy zawsze odpadali w początkowych rundach. Przechodziliśmy 1, maks 2 rundy. Żałuję, że przez 7 lat nie udało się powalczyć bardziej.

Pamiętasz jak rozwoziliśmy świąteczne paczki? Pamiętasz, co powiedziałeś pod koniec? Jedno zdanie utkwiło mi w pamięci.

Kurczę, nie.

“Teraz to ja już nie mam problemów”. 

Faktycznie. Jako zespół chodziliśmy też do szpitala na mikołajki, odwiedzić chore dzieci. Niedawno powiedziałem w wywiadzie, że jestem w szoku, ile ja wiadomości dostaję, że odchodzę. Kibice zrobili dla mnie akcję, napisali petycję. Nie przypominam sobie, żeby gdzieś coś takiego robiono. Ja tylko gram w piłkę nożną! Dla kogoś jest tak ważne, żebym ja tu został… to najlepsza rzecz po tych 7 latach. Widziałem na ostatnim meczu, jedna dziewczyna płakała… nie wiedziałem jak się zachować. To tylko piłka i w ogóle nie spodziewałem się takiej wdzięczności. 

Pamiętam już, jak chodziliśmy z paczkami. Kurczę, jakie ja mogę mieć problemy? Że meczu nie wygrałem? Czy że skończył mi się kontrakt w klubie? Najważniejsze to być zdrowym, żeby bliscy też byli zdrowi i wtedy sobie poradzisz. My grając w piłkę mamy takie problemy, że to nie są żadne problemy. 

Masz już swoje lata. Jak się zapatrujesz na młodych, 17-18-letnich zawodników, którzy wchodzą do drużyny? Zachowują się inaczej niż wy, kiedy mieliście naście lat? 

Na pewno jest zmiana pokoleniowa. To zależy też od chłopaków, bo niektórym nic nie trzeba mówić. Pamiętam, jak w Radomsku zbiórka była pół godziny przed treningiem. Ja przychodziłem godzinę przed, bo musiałem powiesić siatkę na bramkach. Teraz wszystko jest gotowe. Jak trener powie, to 20 osób bierze 1 bramkę, siatki już na niej są. Ja musiałem przynieść, a kiedy miałem 15-16 lat, ta siatka po deszczu ważyła prawie tyle co ja! Musiałem ją założyć, umyć i napompować piłki. Teraz na pewno jest łatwiej. Sprzęt jest zawsze gotowy na szafce, nie musisz nic układać. Nie chcę mówić, że to wina bezstresowego wychowania, ale gdzieś jak komuś zwróci uwagę to jest czasami “nie rób tak”. Kurczę, jak ja miałem 18 lat to nie mogłem się odezwać do starszego. Raz, że się bałem, dwa, że był duży szacunek. Nie mówię, że teraz tego nie ma, ale to idzie do przodu. Młody zawodnik jest w szatni, jest twoim kolegą, bo tak oczywiście jest, ale podejście jest inne. Nie mówię, że to jest złe, ale da się odczuć różnicę. 

Jesteś pewny, że na przedramieniu nie masz przepisu na kurczaka po tajsku? Co oznacza twój tatuaż? 

To bardzo rodzinne. Jestem bardzo rodzinnym człowiekiem. Zobacz, na jednej ręce Julka, na drugiej Mikołaj. Robiłem z miesiąc temu. Zobaczysz jak będziesz miał swoje dzieci, jak się wtedy zmieniają priorytety. Kiedyś byłem tylko z Kasią we dwójkę, teraz jesteśmy we czwórkę. Przy zmianie klubu patrzysz przez pryzmat dzieci: przedszkola, szkoły. To one są teraz najważniejsze. Wszystko ukierunkowuję pod to, żeby im było dobrze. 

Nie, na pewno nie mam na przedramieniu żadnego przepisu kulinarnego. Sprawdzałem to dwa razy. Wszystko się zgadza! 

Polubiłeś to miasto?

Bardzo! Tu urodziła się dwójka moich dzieci. Płock zawsze pozostanie w mojej pamięci. Spędziłem tu najlepsze lata w seniorskiej piłce, najwięcej zawdzięczam temu klubowi. Osiągnąłem jakieś tam sukcesy. Wisła i RKS Radomsko zostaną dla mnie najważniejszymi klubami i to już się nie zmieni. Płock to super miasto. 

Znasz wszystkie zwierzęta w płockim zoo? 

Nie mam przy sobie, a bym pokazał, bo mamy roczne bilety! Moja Julka nie ogląda bajek, tylko Animal Planet. Bywało tak, że jak w wakacje było trochę wolnego, a byliśmy w Płocku, to w tygodniu trzy razy bywaliśmy w zoo. 

Któregoś razu jak były ferie i były fajne spotkania, byliśmy dwa razy. Weszliśmy dwa razy do środka tam, gdzie są pantery, a nie każdy tak może. Na co dzień tam nie wejdziesz. Mógłbym oprowadzać wycieczki po płockim zoo. 

Chcesz jeszcze rok, dwa pograć w piłkę, ale pewnie gdzieś zbliża się myśl, że zaraz koniec. Masz już pomysł na życie po życiu?

Takiego konkretnego to nie. Czas pokaże. Chciałbym zostać przy piłce, ale bardziej jako trener młodzieży. Nie wyobrażam sobie, że zostanę trenerem w piłce seniorskiej na takim poziomie, że będę musiał wyjechać z Radomska i znowu całe życie być poza domem. Niedawno powiedziałem, że szkoda mi życia na bycie trenerem. Po prostu szkoda. W wieku 15-16 lat wyjechałem z mojego miasta. Teraz mam 36 lat, czyli od 20 lat nie ma mnie w Radomsku. Chciałbym pomieszkać z rodziną, na stałe, u siebie. Mógłbym być trenerem młodzieży, ale gdzieś na miejscu. 

Z Radomska niedaleko do Częstochowy.

Na przykład. Jeśli na co dzień będę w domu. Ciężko byłoby mi wyjechać. 

Robisz coś w tym kierunku? Masz uprawnienia trenerskie? 

Teraz idę na kurs. Będę to robił, bo po prostu widzę się w piłce. Widzę się w tym i wiem, że mogę młodym zawodnikom przekazać jakąś wiedzę. Chciałbym się w tym realizować, ale czas pokaże. 

Z kolei z Radomska do Warszawy jest prawie 200 kilometrów. Jako ekspert telewizyjny byś się widział? 

Nie mówię “nie”, nie mówię “tak”. 

Łukasz Trałka właśnie awansował do Ekstraklasy, może będzie poszukiwanie prowadzącego Ligi PL. 

Możliwe! Jest to jakaś opcja, zobaczymy. Może nawet bym się widział, ale życie to zweryfikuje. 

Kiedyś na Michała Kucharczyka wylał się hejt kiedy powiedział, że piłkarze nie mają wolnych weekendów. Ludzie widzą to tak, że w tygodniu macie jeden trening, góra dwa dziennie. Kilka godzin w klubie, a potem “miacho”. Jak to wygląda z twojej perspektywy? 

Zawsze śmieję się z tego, jak w radiu słyszę “piątek, piąteczek, piątunio”. Chciałbym kiedyś to poczuć. U nas wygląda to tak, że jak mamy mecz w niedzielę to w sobotę jest trening, po treningu wsiadamy w autokar, jedziemy kilka godzin, wieczorem jesteśmy w hotelu. Załóżmy, że mecz jest o 18:00. Cały dzień jesteśmy w hotelu, do domu wracamy w poniedziałek o 3:00-4:00 nad ranem. Nieraz wchodziłem do domu, to było już widno. Weekendów nie mamy i grając w piłkę musisz się z tym liczyć. W tygodniu trenujesz od poniedziałku do piątku, w weekendy mecz. Zastanawiam się co będzie, jak już skończę grać. W końcu będzie ten piąteczek, piątunio! Zobaczymy jak odnajdę się w nowej rzeczywistości. 

Jak podchodzisz do tego, że kibice zapominają, że jesteście tylko ludźmi? Też was boli głowa, w nocy płacze dziecko, są problemy osobiste. Kibice dopytują, dlaczego danego zawodnika nie ma na boisku albo gra tak słabo. Nikt się nie zastanawia, że jest drugie dno.

Wiadomo, że tak jest. Wrócę jeszcze raz do tego, co mówiłem: ja gram tylko w piłkę nożną. Nie jestem lekarzem, nie ratuję życia. Mam zapewniać rozrywkę. Rozumiem to, bo kibic płaci za bilet, za inne rzeczy, kibicuje drużynie. Kiedy drużyna nie wygrywa, wylewa swoje frustracje. Podchodzę do tego normalnie, bo tak jest od zawsze i pewnie tak będzie. Kibic lubi sobie pomarudzić, a kiedy wygrywa, to się cieszy. To normalne, nie mam ze złością kibiców żadnego problemu. Od tego jest właśnie kibic. Każdy by chciał, żeby fani tylko klepali po plecach i mówili, że jest super. Ale jak nie jest super, to trudno żeby tak było. 

Okej, każdy ma swoje problemy, odpukać, z dzieckiem. Tak, jesteśmy tylko ludźmi. 

Jesteś wyluzowany, pogodny, ale czasami też marudny. Niektórzy cię nawet określali jako największą marudę w szatni. Kto tak mówił? 

Wiesz co, nie wiem. Na pewno miałem taki okres, że lubiłem sobie pomarudzić. Dużo ludzi tak ma. To nie są jakieś negatywne rzeczy, bardziej forma żartu, a nie na poważnie. 

Myślisz, że twój luz, pogoda ducha, spontaniczność pomagają czy przeszkadzają w karierze? 

Różnie. Myślę, że jakoś mega nie przeszkadzało. Z reguły jestem szczery i mówię to, co myślę. To mogło nie podobać się wszystkim. Niedawny wywiad dla Weszło, którego udzieliłem przed meczem z Koroną w klubie się nie spodobał. Nie mam sobie jednak nic do zarzucenia. Powiedziałem prawdę, w żadnym zdaniu nie skłamałem. Mogę sobie spojrzeć w oczy… hm, w lustro, bo inaczej będzie ciężko. Jestem zadowolony ze swojego zachowania. Mówię to co myślę, bo tak jest i dziwi mnie to, że ktoś może mieć pretensje o to, że powiedziałem prawdę. 

Są też pretensje o to, że ujawniłeś, że Hubert Adamczyk ma podpisać kontrakt. 

Okej. Szczerze? Możliwe, że jest w tym trochę racji. Hubert na dobrą sprawę miał podpisać kontrakt, niech będzie w środę, a ja w środę o 22:00 udzielałem wywiadu. Okazało się, że kontrakt podpiszą rano, bo musiał przyjechać menedżer. Nie wydaje mi się, żeby to miało jakiś wpływ. 

Dlaczego nikt nie miał do mnie pretensji jak po ostatnim meczu, kiedy awansowaliśmy do Ekstraklasy, powiedziałem że jestem przekonany, że Arek Reca zostanie w klubie i nie odejdzie? I tak też było. Odbieram to na tej samej zasadzie. 

Czytałem wywiad z panem dyrektorem. Mówił, że mi się wydaje, że coś mi się należy. To totalna bzdura. Zacytuję prezesa Kruszewskiego: nikt nie ma dożywotniego kontraktu z Wisłą Płock i ja się z tym w 100% zgadzam. Prosiłem tylko żeby klub wcześniej podał informację o moim odejściu. Gdyby informacja pojawiła się po meczu z Koroną czy Rakowem, kibice by mnie tak nie pożegnali. Chodziło tylko o to. 

To, co dyrektor opowiada, to bzdury, że uważałem, że coś mi się należy. Nigdy nie chodziłem, nie prosiłem o nowy kontrakt. Prosiłem tylko o jasną informację. Decyzję miałem dostać po obozie, potem po 30. kolejce, po jednym, kolejnym meczu. W końcu sam zdecydowałem, bo terminy były cały czas przesuwane. Pan Jóźwiak mówi, że nie rozumie mojej decyzji. Ja też wielu jego decyzji nie rozumiem i niech tak zostanie. 

Powiedziałeś, że “Marek Jóźwiak to fajny facet, ale lepiej żeby go w Płocku nie było”. 

Tak i podtrzymuję to. Skoro nie pozwolił mi kontuzjowanej nogi obłożyć lodem, kiedy byłem tu 7 lat. Z jakiej okazji mam go darzyć sympatią? Czytałem, że mówił, że jestem “fajnym facetem”. Jestem fajnym facetem, ale on to powiedział czysto kurtuazyjnie. Dużo ludzi mnie lubi. Gdybym nie był, ludzie by mnie tak nie żegnali. Nie zgadzam się z nim kompletnie. A ta kwestia, że mam się nie pokazywać w szatni… brak słów. 

Z prezesem Kruszewskim poszedłbyś na piwo? 

Tak. On ze mną chyba teraz nie za bardzo, ale ja jak najbardziej. Znamy się 7 lat, nic złego mi nie zrobił. Żył, żyje i będzie żył tym klubem. Wisła to dla niego naprawdę najważniejsza albo jedna z najważniejszych rzeczy na świecie. 

Nie jest chyba tajemnicą, że twoim najlepszym kumplem z szatni jest Piotrek Wlazło.

Tak, a teraz jeszcze Karol Angielski. Z wieloma zawodnikami mam dobry kontakt, utrzymuję kontakt także z tymi, którzy odeszli. Z Bartkiem Sielewskim jestem w szatni np. 7 lat.

Będziesz przyjeżdżał do Płocka na mecze? 

Na pewno tak. Będzie dobra droga, z Radomska do Płocka są 2 godzinki drogi. Do końca życia będę kibicował Wiśle. 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (19)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.