Zamknij
REKLAMA

Młody reżyser z Płocka kręci film [WYWIAD]

10:05, 26.07.2016 | Karolina Burzyńska
Skomentuj
Alek Pietrzak na planie, fot. Michał Charyton
REKLAMA

Ma 24 lata, jest płocczaninem i początkującym reżyserem, który na koncie ma już świetnie przyjęty film z mocną obsadą. Jak pracuje, czy na planie rozstawia znanych aktorów po kątach, jakie filmy lubi oglądać, a jakie kręcić, i o czym będzie jego najnowszy film pt. „Ja i mój tata”? O tym wszystkim rozmawialiśmy z Alkiem Pietrzakiem.

Jest płocczaninem, tu chodził do szkoły. Najpierw chciał polecieć w kosmos, ale zmienił zdanie i to ani nie pierwszy, ani tym bardziej ostatni raz. Bo zanim odkrył w sobie smykałkę do reżyserii, chciał zostać informatykiem, prawnikiem, a nawet aktorem. Później zrobił swoje pierwsze etiudy filmowe. Na studia wyjechał do Warszawy, często też wraca do rodzinnego miasta. W zeszłym roku mogliśmy zobaczyć jego film „Mocna kawa wcale nie jest taka zła” o skomplikowanych relacjach ojca i syna. W obsadzie m. in. Dorota Pomykała, Wojciech Mecwaldowski, Marian Dziędziel. W najnowszej produkcji zagrał Krzysztof Kowalewski i Łukasz Simlat, drugoplanowe role powierzono Agnieszce Żulewskiej i Tomaszowi Saprykowi. Przeczytajcie, jak mu się udało ich do tego przekonać.

Portal Płock: Reżyser stale czuwa, szukając dobrego tematu. A jeśli go nie dostrzeże?

Aleksander Pietrzak: No to czuwa dalej. Zauważyłem coś takiego, że nie mogę odpocząć. Kiedy tylko coś zobaczę, usłyszę czy przeczytam, od razu zaczynam wyobrażać sobie scenę, którą chcę zapisać. Prowadzę coś w rodzaju dziennika z inspiracjami. Zawiera także te rzeczy, które teraz mi do niczego nie pasują, ale kiedy już prowadzę pewien projekt, to sobie go otwieram, zaglądam do tych folderów i patrzę na te wszystkie zapisane kartki lub notatki w telefonie. Zawsze coś się przyda w trakcie pisania scenariusza.

Trochę mnie zaskoczyłeś. Kiedy przeczytałam, o czym będzie film, pomyślałam sobie, że będzie wtórnie. Podobnie jak w filmie „Mocna kawa wcale nie jest taka zła” po raz kolejny opowiadasz o skomplikowanych relacjach ojca z synem. I to kolejny raz w formie komediodramatu.

Wytyczam sobie w ten sposób ścieżkę i styl. A że film jest o ojcu i synu, to akurat zbieg okoliczności. To zupełnie dwa różne filmy, opowiadające o innych potrzebach i emocjach.

Czyli nie wyczerpałeś tematu za pierwszym podejściem...

Nie, absolutnie. Mógłbym nakręcić jeszcze dziesięć różnych filmów na temat relacji ojca z synem. Uważam, że nie ma tu limitów. W historii kina nakręcono milion historii na ten temat, w tym mój poprzedni film, a mimo to „Mocna kawa wcale nie jest taka zła” choć nie jest zapewne wolna od podobieństw do innych filmów, jest jednak inną opowieścią.

Jak przygotowywałeś się do najnowszego filmu?

Historię sklejałem z setek wywiadów z osobami chorymi, ze spotkań z rodzinami, ponieważ film dotyczy ojca chorego na alzheimera. Poznałem dyrektora ośrodka dla chorych cierpiących na tę chorobę, rozmawiałem z dyrektorami ośrodków pomocy społecznej, z terapeutami, neurologami, psychiatrami. Historie, które usłyszałem, pozbierałem, wybrałem i połączyłem w jedną całość. Później wymyśliłem bohatera, aby wszystko scalił i zbudowałem na tym scenariusz. Poza inspiracją niezbędny jest pewien schemat. Są tu konkretne podpunkty do wykonania.

A wracając do pytania o wtórność, to sobie pomyślałem, żeby wszystkim zrobić na złość, to wyreżyseruję jeszcze trzeci film o relacji ojca z synem. Będzie trylogia (śmiech).

To jakie cechy są potrzebne w pracy reżysera? Co jest najważniejsze?

Jeden powie, że najważniejsza jest dobra praca z aktorem, dla drugiego liczy się dobry kontakt z producentem. Trzeci wspomni o odwadze, czwarty postawi na oryginalność, a piąty chce dobrze opowiedzianej historii. Ja skłaniam się ku spójności w opowiadaniu z pomocą kamery, aby wszystkie elementy składowe filmu, jak scenografia, kostiumy, dźwięk, gra aktorów, castingi, połączyć w jedno ciało. Ważne, aby żadna ze składowych nie wzięła góry nad resztą. Aby nie było tak, że widz, który ogląda daną scenę, komentował „o, jaka fajna scenografia”, a po chwili dojdzie do wniosku, jak niefajnie zagrał dany aktor. Wszystko, co znajduje się w środku filmu, powinno być spójne. Reżyser musi wiedzieć, czego chce. Trochę jak trener na meczu, wytycza drogę. Musi grać z ludźmi na planie do jednej bramki. W przeciwnym razie spotkanie skończy się porażką.

Na planie rozstawiasz wszystkich po kątach?

Nikomu nie rozkazuję, raczej rozmawiam z ludźmi. Zadaję pytania scenografowi czy kostiumografowi, jak oni to widzą. Szukamy wspólnego mianownika, aby ostatecznie reprezentować jeden styl. Nie zapraszam ludzi, którzy są wyrobnikami, tylko bardziej doświadczonych ode mnie, którzy mogą mi pomóc coś wnieść do tej historii, o czym ja wcześniej nie pomyślałem. Na koniec to wypadkowa tych naszych spotkań i rozmów, a nie zabawa. Na planie nie ma jednak demokracji. Nie ma czegoś takiego, że są dwa pomysły i głosujemy. Absolutnie. Mogę popytać ludzi, którym ufam, słucham ich, zbieram rzeczy, ale na koniec to ja decyduję. Musi być ktoś, kto to wszystko prowadzi, ale też ktoś, kto słucha. Bez przeświadczenia, że tylko on wie najlepiej.

Nigdy nic nie wymknęło ci się spod kontroli?

Oczywiście że się wymykało i to wielokrotnie! Trzeba było łatać dziury, ratować montażem, wyrzucić jakąś scenę, zrobić dokrętkę, zupełnie inaczej zainscenizować scenę, bo wymyśliłem sobie, że będzie na dworze, a spadł deszcz, i trzeba ją zrobić w środku. Czasami aktor powie, że nie zagra czegoś tak, jak bym chciał albo to ja powiem aktorowi, że nie chcę, aby w taki sposób grał w danej scenie. Bywają też sprzeczki z aktorami. Plan filmowy to żywy organizm, który miewa swoje choroby, które trzeba szybko wyleczyć. Po to tam jestem.

Twój kolejny film powstał bardziej z presji czy wewnętrznej potrzeby?

Potrzeby, choć presja jest zawsze. Nie można spocząć na laurach i wołać „Hurra, zrobiłem jeden film”. Amerykanie mawiają, że zapamiętają cię tak, jaka była twoja ostatnia produkcja, a co wtedy, jeśli ta okaże się słaba? Teraz na jednego reżysera, któremu nie wyjdzie, dziesięciu czeka w kolejce, by zrobić swoje. Miałem już dość rozmów tylko i wyłącznie o „Mocnej kawie”. Steven Spielberg zrobił „Szczęki”, mając 28 lat. To jeden z jego lepszych filmów. Majstersztyk, jeśli chodzi o pracę kamery.

Opowiesz coś więcej o fabule filmu „Ja i mój tata”, który zobaczymy jeszcze w tym roku?

Historia dotyczy mężczyzny chorego na alzheimera i jego syna, który się nim opiekuje. Ojciec nie miał dobrego kontaktu z synem, ale nie dlatego, że nie sprawdził się w tej roli. Po prostu jego tata bywał bardzo rzadko w domu. Syn miał koszulki z wizerunkiem Kaczora Donalda, ale nie miał z kim pójść na mecz. Koledzy zazdrościli mu ubrań z amerykańską metką, a on z kolei im, że mają z kim pograć w piłkę, wybrać się na spacer albo na lody. A teraz, kiedy ojcem trzeba się zaopiekować, pojawia się taki moment, kiedy mogą sobie pogadać i pobyć ze sobą, ojciec zapomina, kim jest. To taka trochę walka o te wspomnienia, które się zacierają.

To bardzo trudna sytuacja. Osoba chora na alzheimera, która nie poznaje najbliższych, potrafi uciec z domu...

Dlatego starałem się opowiedzieć o tym w lżejszym tonie. Wykorzystałem narratora, fotografie. Forma będzie jednak krótka, 30-minutowa.

Poprzedni film trwał 48 minut, ten pół godziny, co będzie z następnym? Potrwa kwadrans? Widz, który pójdzie do kina, kupi bilet, może poczuć się oszukany, że będzie tak krótko.

Mam nadzieję, że to mój ostatni krótkometrażowy film. Nie ukrywam, że tak do trzydziestki chciałbym zrobić film pełnometrażowy do pełnej dystrybucji, a najlepiej dwa. Z drugiej strony ten film był o wiele trudniejszy niż „Mocna kawa”. Tu już nie 7, a 10 dni zdjęciowych. „Kawa” miała jedną lokację, a tu wyjechaliśmy do Gdyni, kręciliśmy w szpitalu, na komisariacie, w miejscu pracy, w domu. Miałem więcej aktorów, a czas filmu był zarazem krótszy. Paradoksalnie idę do przodu, skracając czas.

To nie będzie film komercyjny, pełnometrażowy, w kinach nie pojawią się plakaty zapowiadające produkcję. Zrobiłem film festiwalowy, do telewizji i do kin studyjnych. Swoim filmem nie zbawię świata, podobnie nie zawojuję kinowych rankingów. Chciałbym, aby pokazał moje umiejętności i zachęcił producentów do współpracy ze mną przy filmie pełnometrażowym. Reżyser nie może stać w miejscu, musi coś robić. Zmieniają się kamery, obiektywy, formaty, język opowiadania. Miałbym przez cztery lata tylko czekać na okazję? Jak mówił mi prof. Sławomir Kryński, a z kolei jemu prof. Jerzy Hass, zresztą wybitny polski reżyser, w tym zawodzie nie wolno tracić tempa, aby nie wypaść z obiegu. Reżyser musi ciągle pracować. Nieważne czy chodzi o kwadrans, czy jakiś teledysk albo o 15-odcinkowy serial.

Reżyser nie traci tempa, kiedy sam musi sobie szukać środków finansowych?

Mogę szukać pieniędzy na swój autorski projekt, ale w międzyczasie robię odcinek serialu albo program dla TVN-u i się tego nie wstydzę, choć dla kogoś oznacza to komercję. Trzeba pracować w zawodzie, nawet jeśli będę drugim reżyserem, członkiem ekipy przy dużych filmach.

Czemu po raz kolejny omijasz Płock?

Z prostego powodu - grający u mnie aktorzy mieszkają w Warszawie. Przykładowo o godzinie 18.00 grają w teatrze, a o 17.15 schodzą ode mnie z planu. Plan musi być dobrany, aby aktor zdążył dojechać. Pieniądze, którymi dysponuję, nie pozwalają mi na takie ruchy. Nawet w sytuacji, kiedy tak jak w tym przypadku - dostaję pomoc z Urzędu Miasta Płocka, co będzie zaznaczone w napisach i na plakatach. A jest to pomoc znacząca, pomaga mi skończyć obecny film, z drugiej strony nie jest to pomoc, która pozwoliłaby na przeprowadzenie całej produkcji do Płocka. Także scenariuszowo w tym przypadku byłoby trudno. Mimo wszystko korporacje mieszczą się w Warszawie. Jestem dumny z tego, że stąd pochodzę i otrzymuję wsparcie. Ta nominacja do „Płocczanina roku” to może nawet przegięcie, jeszcze nie zasługuję na taki tytuł. Nie wiem, może za 15 lat...

To po prostu oznacza, że zostałeś dostrzeżony.

No tak, z tego powodu jestem bardzo szczęśliwy. To, że wybieram takich aktorów, a nie innych, to wynika z danej historii. Jeśli będę miał taką, która będzie pasowała, wówczas skorzystam z płockich plenerów. Miasto mi pomogło finansowo, ale muszę znaleźć drugie tyle. Nie tak łatwo o pozyskanie dofinansowania na film młodego człowieka, w dodatku na film krótkometrażowy, nie na żaden potencjalny hit o potencjale zarobkowym. Na szczęście są ludzie wspierający podobne inicjatywy do tej mojej. Wierzę, że znajdę te pieniądze na swoje pomysły.

Trudno było namówić Łukasza Simlata i Krzysztofa Kowalewskiego?

Było troszkę łatwiej niż przy „Kawie”. Nie miałem dużych pieniędzy, które mógłbym im zaproponować. Przekonywałem scenariuszem i tym, co zrobiłem wcześniej i mogłem pokazać.

Czyli znanych aktorów nie kusi się wyłącznie gażą?

Nie, oni bardzo chcą grać, tylko trzeba ich zainteresować scenariuszem i wiedzieć, czego się chce. Spotkałem się wcześniej z każdym z aktorów. Niezależnie od tego, na jakim etapie swojej kariery będę, zawsze chciałbym wcześniej poznać się z aktorami, porozmawiać na różne tematy, a nie dopiero witać się z nimi na planie.

Kłóciliście się w trakcie pracy?

Czasem dochodziło do takiego przeciągania liny. Najpierw próbowaliśmy tak, jak aktor chciał, a później jak ja proponowałem. Już przy montażu czasem wychodziło na to, że to jednak aktor miał rację, a innym razem, że ja. Dobry aktor zadaje pytania, a później kombinuje po swojemu.

Co jeszcze zostało do zrobienia? Co jest najtrudniejsze?

Trwa etap postprodukcji, kończymy montaż i zaraz zaczynamy udźwiękowienie. Muzykę napisze Łukasz Targosz, ten sam kompozytor co przy „Kawie”. Raczej prostą, zagraną na fortepianie, nie żadna szczególnie wybijająca się. Później zrobimy korektę koloru i włożymy na plik typowy dla produkcji dla kin. Na koniec czeka mnie kolaudacja. Muszę pokazać całość producentom do akceptacji. Bez tego nie dojdzie do premiery. Planujemy ją w październiku albo w listopadzie. Wolałbym jak najwcześniej, aby jak najszybciej zająć się czymś nowym. Jedna z premier odbędzie się w Novymkinie Przedwiośnie.

Najwięcej siły tracę zaraz przed zdjęciami i na samych zdjęciach. Mało wtedy śpię, wszystko musi być pięć razy sprawdzone. Z ekipą na razie jeszcze się docieram, część z nich to nowi ludzie, ponieważ niektórzy mieli zajęte terminy. Konstruowanie ekipy na plan zdjęciowy jest prawie tak samo ważne, jak dobór aktorów.

Czego obawia się reżyser wchodzący na plan?

Obawiam się, że zepsuje się kamera, ale tak naprawdę to tego, co zaprezentują aktorzy. Jeśli dobrego aktora postawimy na tle białej ściany, takiego który potrafi zbudować postać, to jest w stanie obronić film. A jeśli aktor zawiedzie, co dotyczy także kasowych produkcji, już może być marnie. Trzeba znaleźć sposób na pracę z aktorem i jak mu pomóc poprzez inscenizacje.

Kiedy przychodzi moment ulgi?

Jest kilka momentów ulgi. Każdy chyba powie, że zaraz po zakończeniu zdjęć i to prawda, ale dla mnie taka faktyczna ulga przychodzi może ze dwa tygodnie po premierze.

A jak radzisz sobie z krytyką?

Myślę, że jak zrobię zły film, to sam będę to wiedział. Już nieraz ktoś mnie złoił od góry do dołu, że zrobiłem zły film. Na pierwszym roku studiów myślałem, że wylecę ze szkoły. Walczyłem o swoje, mam teraz grubszą skórę. Byli ludzie, którym „Kawa” kompletnie się nie podobała. Twierdzili, że to była kula w płot, zły styl, aktorzy źle zagrali. Wysłuchałem ich i nadal się z tymi ludźmi lubię. Nie musi podobać im się wszystko, co im się podaje i absolutnie to rozumiem. Niech tylko podadzą argumenty. Wiem, że „Kawa” zawiera błędy.

Poważnie, siedzisz na premierze własnego filmu i myślisz: „Kurczę, zrobiłbym to teraz inaczej”?

Oczywiście, że punktuję. Myśli się może przez pierwsze trzy seanse, ale jak się ogląda za dziesiątym, to już przestaje. Teraz już tylko oglądam film i dobrze go wspominam.

Jak wysoko ustawiłeś sobie poprzeczkę? A może już do niej doskakujesz?

Ja dopiero uczę się skakać. Przede mną długa droga. Mam w głowie pomysł na trzeci film, a nawet i na czwarty.

Jakie filmy chcesz oglądać? Jesteś w stanie obejrzeć film ot tak, dla przyjemności?

Wolę dobre filmy. Oczywiście, że potrafię. A jeśli przy oglądaniu myśli się o pracy kamery albo i innych składowych produkcji, to znaczy, że jest to zły film.

Trudno nie zapytać o twój ulubiony film...

A to zależy nawet od pogody, od tego, o której godzinie pytasz (śmiech). Tak na szybko „Cinema Paradiso” z 1988 roku, „Schmit” Alexandra Payne'a, uwielbiam filmy Christophera Nolana, „Prestiż”, „Incepcję”, fascynuje mnie „Mechaniczna pomarańcza”. „Full metal jacket”, z ostatnich lat to np. „Sicario”, czy „Rush”. Zauważyłem też, że filmowcy wstydzą się trochę mówić dobrze o Spielbergu, bo to takie oczywiste i ostatnio nie zachwyca może tak jak kiedyś, a mnie on fascynuje chyba najbardziej.  

Sądzisz, że masz talent?

Mówią, że mam. A ja myślę, że coś w tym jest. I że dobry film można zrobić chociażby na podstawie dobrej literatury, to świetny początek. Dlatego polskie kino było wielkie po wojnie, bo czerpało z literatury. Z twórczości Konwickiego i Andrzejewskiego.

Widzisz siebie za biurkiem, pod krawatem, w jakiejś korporacji? Odciętego od świata filmu. Masz plan B na życie? Opowiadasz o tym wszystkim z takim zacięciem...

Bardzo lubię świat filmu, ale oczywiście, że mam taki plan. Zawsze mogę uczyć gry na fortepianie, ukończyłem szkołę muzyczną. Mogę iść nawet do korporacji, jeśli będę miał szczęśliwą, fajną rodzinę i zaufanych ludzi, którymi mogę się otoczyć. Związki, nie tylko partnerskie, ale ogólnie, międzyludzkie, dają nam szczęście. Jeśli zamierzam oglądać mecz, to chcę to robić z przyjaciółmi. A czy od zawsze sądziłem, że pójdę w stronę reżyserii? Kiedyś bardzo chciałem polecieć w kosmos. Pojawił się nawet taki nagłówek w prasie, z którego śmiali się moi znajomi, „Chciał być kosmonautą, a został reżyserem”. Na razie ciężko mi sobie wyobrazić siebie za biurkiem.

Ta nagroda na festiwalu to najmilszy element wykonywanego przez ciebie zawodu?

Nie, najlepiej jest, kiedy ktoś do mnie podchodzi i mówi „stary, kawał dobrej roboty, mam podobnie, bo nie widziałem się z ojcem siedem lat i chciałbym do niego pojechać w przyszłym tygodniu”. To żadna spowiedź. Ludzie po filmie mają potrzebę powiedzenia, że w jakiś sposób ich poruszył. Nie robię tego dla siebie, tylko dla nich. Ale też dlatego, że to mój zawód. Bo to lubię, dobrze czuję się na planie. 

Fot. Michał Charyton 

(Karolina Burzyńska)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (5)

arekarek

2 1

Płocczanin roku hehe... wyjechał do warszawy i z Płockiem koleś nie ma nic wspólnego. 16:28, 26.07.2016

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

Anon krytyk filmowyAnon krytyk filmowy

1 1

po zdjęciach z planu i tytule sądzę, że to będzie tania podróbka filmów 'Mój rower" i "Moje córki krowy", widać, że zero oryginalności, ta śmieszna filmówka w Warszawie to wylęgarnia bananów i japiszonów co im od koki i alko we łbach się poprzewracało i co drugi chce być Jarmuchem albo Coppolą 21:07, 26.07.2016

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

AdaAda

0 1

Jak w temacie... 10:50, 27.07.2016

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

MickeyMickey

1 0

Osoby z Płocka to już nawet zazdrosne są o to, że ktoś wyjechał z ich grajdołu do Warszawy. 11:44, 27.07.2016

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

K.K.

1 0

No i super! Oby tak dalej! Wszystkiego dobrego i powodzenia! :) 13:32, 27.07.2016

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
REKLAMA