REKLAMA

Nawet jeśli masz rację, to co z tego, jeśli nie masz władzy

12:45, 23.10.2017 | Karolina Burzyńska
REKLAMA
Skomentuj
Fot. Waldemar Lewandowski

Płocki teatr nowy sezon zaczął dość przewrotnie, wystawiając widza na próbę. Próbę wiary, przekonań i cierpliwości, pozostawiając go wręcz z wrażeniem, posługując się testem piosenki, „ale to już było”. I co z tego? Czy tego chcemy, czy nie, polityka jest sferą kształtującą naszą rzeczywistość.

„Wróg ludu” Henrika Ibsena powrócił w minioną sobotę na teatralne afisze z pytaniem o jednostkę wkręconą w polityczną machinę. Jednostkę, która dostaje mocną lekcję przysposobienia do życia w społeczeństwie, aby się nie wychylać. W przeciwnym razie, kiedy tylko głoszona prawda staje się niewygodna, łatwo można zostać wyrzuconym na margines, stać się wrogiem ludu, chociaż jeszcze niedawno było się tego ludu przyjacielem.

Premierowy spektakl w reżyserii Andrzeja Waldena wystawia widza na próbę wiary, cierpliwości i przekonań. Wiary, czy to się aby uda, stawiając na konferencji prasowej poprzedzającej spektakl nową sztukę z afisza w jednym szeregu z „Procesem” Kafki (który był dobrym przedstawieniem, chociaż hitem się nie okazał) i kończącym poprzedni sezon „Nosorożcem” Ionesco (odniósł się do spektaklu nawet dyrektor teatru Marek Mokrowiecki w „Aktualnościach Teatru Płockiego” z pytaniem czy jeśli frekwencji nie podbijają nawet bilety za 500 groszy, to w takim razie mają być wystawiane jedynie same farsy, ostatecznie odpowiadając, że „nie tylko od tego jest teatr publiczny”). Teraz, już po premierze, można śmiało powiedzieć, że obecny początek zdecydowanie mocniej zabrzmiał i to nie tylko za sprawą późniejszych gromkich oklasków. Dodajmy, w pełni zasłużonych.

Walden w sztuce wystawia widza na próbę cierpliwości, ponieważ początek, samo wprowadzenie postaci, właśnie tego wymaga od widza, któremu i tak zaserwowano wersję skrojoną do XXI wieku. Przede wszystkim krótszą niż w oryginale. Na początek mamy kilkoro postaci w jednym salonie: zatrudnionego w sanatorium doktora Stockmanna (Szymon Cempura), jego żonę (Hanna Chojnacka-Gościniak), starszego brata, który jest burmistrzem miejscowości (Krzysztof Bień), córką Petrę snującą marzenia o otworzeniu własnej szkoły (Julia Chętkowska), a także kapitana statku (Mariusz Pogonowski) i młodego współpracownika gazety (Szymon Kołodziejczyk). Rozmowę niweczy pewien list, który staje się zalążkiem dalszych wydarzeń.

Tak dochodzimy do próby najważniejszej, próby przekonań. Wszystko zależy od naszego stosunku do polityki. W sztuce nikt nie może od niej uciec. Wszystko zaczyna się dość niewinnie, od wspomnianego już listu, który potwierdza obawy doktora. Wybudowane za duże pieniądze miejsce dla kuracjuszy okazuje się być dla ich zdrowia wręcz fatalne. Wszystko z powodu nieprawidłowo umieszczonego wodociągu i skażonej zanieczyszczeniami wody. Niektórzy zechcą te informacje odpowiednio wykorzystać. Jedni więc zaczną wzywać do rewolucji, inni obiecywać poparcie większości dla poprawy sytuacji (w imię własnego interesu) albo będą knuć za plecami, byle przezwyciężyć chwilowy kryzys. Miejsce, które miało być prozdrowotnym rajem i źródłem zysku, jeśli tylko ta informacja dotrze do opinii publicznej za sprawą lokalnej gazety „Gońca Ludowego” (w roli redaktora Piotr Bala, drukarza – Marek Walczak), błyskawicznie może stać się jednak najbardziej unikanym miejscem w okolicy. W tym wszystkim mamy jednostkę, doktora Stockmanna, który z początku zapewniony o „poparciu większości”, jest przeświadczony, że postępuje właściwie pisząc swój raport. Nie jest już młodzieniaszkiem. Niczym kolejna jednostka, tak wielokrotnie odzwierciedlana w wytworach kultury, zapalczywie walczy o swoje przekonania. Stawia na szali reputację, dobro swoje i najbliższych, intratną posadę. - Nawet jeśli masz rację, to co z tego, jeśli nie masz władzy – mówi do niego żona, prosząc, aby się opamiętał w swoim fanatyzmie.

Dla niego ważne jest, aby się „nie ześwinić” w społeczeństwie, które zaczyna z niego szydzić słysząc, że rozwiązanie problemu nie dość, że opiera się na dużych wydatkach i poważnych konsekwencjach dla miasteczka, to może historia o zatrutej wodzie nie jest prawdziwa? Co jest ważniejsze, pieniądze czy zdrowie? W tle rozgrywane są własne interesy, nadzieja na inną pracę, na lepszą pozycję społeczną, na uderzenie w politycznego konkurenta. Nie brakuje manipulacji, podjudzania kłamstwami pojedynczych jednostek i całego tłumu. Miłe miasteczko nagle okazuje się „zatrute” podwójnie, będąc siedliskiem głęboko skrywanych zadr. Nie ma znaczenia racja jednostki, istnieje racja ogółu, „zwartej większości”, liczy się władza i układ. A kto się wyłamuje z szeregu (nawet jeśli ma słuszność i szlachetne intencje), lecz nie ma sympatyków, mówi rzeczy niewygodne, staje się wrogiem społeczeństwa. Jaką lekcję z tego wszystkiego wyciągnie doktor Stockmann? Jeszcze niejedno go zaskoczy...

W sztuce gęsto są rozdawane razy. Obrywa się dziennikarzom za kreowanie rzeczywistości, a nie jej obiektywne przedstawianie, uzależnienie od władzy i pomijanie tego, co niewygodne, a także społeczeństwu, którym łatwo sterować, używającemu siły, tłamszącemu jednostkę, nie chcąc dopuścić jej racji (a kogóż w tym społeczeństwie, pyta dramaturg, może być więcej, mędrców czy głupców), wreszcie politykom za zapalczywość i nastawienie na własny interes, wchodzenie w układy, partiom tworzącym ludziom papkę z mózgu. Reżyser zastosował w drugiej części spektaklu trik mocniej wciągający widza w całą opowieść, dzięki czemu staje się uczestnikiem wiecu. Będzie więc głośno i ostro.

Scenografia jest po prostu oszczędna do granic możliwości, nikt tu nie pokusił się o współczesne dodatki, jak w wersji wyreżyserowanej przez Jana Klatę w Starym Teatrze w Krakowie. Walden zapytany o to, dlaczego nie pokusił się o pójście krok dalej, w stronę sztuki o Płocku, bo czy ktoś pamięta, że rok temu, 25 października część płocczan szła w proteście, mając ze sobą makietę dymiącego komina? Reżyser stwierdził w wywiadzie, którego udzielił Leszkowi Skierskiemu, że nie zna tak dobrze płockich realiów, aby się wypowiadać o sytuacji w mieście, ponadto wybrał inną wymowę sztuki. Według niego miał powstać spektakl „o pewnym mechanizmie życia politycznego, który wydaje się być, niestety, niezmienny”. Kilka razy na sali robi się ciemno, zostaje tylko snop światła oświetlający doktora Stockmanna, akcentując jego osamotnienie w tłumie. Pytanie o jednostkę w politycznych kleszczach w sztuce sprzed 135 lat, która musi wybrać sposób działania, jest bowiem uniwersalne. 

Bardzo dobrze dobrano muzykę, a już absolutne mistrzostwo to utwór Metalliki „Master of puppets” na zakończenie, kiedy aktorzy już się kłaniają. A skoro już o aktorach mowa, zaangażowano ich tu sporo i było to świetne posunięcie. Spektakl zwłaszcza „kradną” Szymon Cempura, Piotr Bała i pojawiający się epizodycznie Henryk Błażejczyk.

Jeśli ktoś oczekuje farsy, to z pewnością nie powinien wybierać „Wroga ludu”. Jeśli ktoś oczekuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie, i to od razu, to się rozczaruje. Jest raczej gorzko i nie można pozbyć się wrażenia, że jakoś tak znajomo. Możemy skonfrontować własne poglądy z sytuacją, w której znajdzie się główny bohater. Co my byśmy zrobili na jego miejscu? Ciekawa, dobrze skrojona i podana, warta polecenia pozycja w repertuarze w płockiego teatru. Nie pomijajcie „Wroga ludu”, poznajcie go!

(Karolina Burzyńska)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (1)

KarinaNKarinaN

2 0

Gorąco polecam. Bardzo dobrze wyreżyserowana i zagrana sztuka. 15:14, 24.10.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
© portalplock.pl | Prawa zastrzeżone | 2017