Zamknij
REKLAMA

Patryk Stępiński: Są pytania, na które do dziś nie znam odpowiedzi [WYWIAD]

10:08, 06.03.2020 | Michał Wiśniewski
Skomentuj Patryk Stępiński w meczu o utrzymanie z Zagłębiem Sosnowiec, fot. Tomasz Miecznik/Portal Płock
REKLAMA

Patryk Stępiński w Wiśle Płock spędził ponad pięć lat i był jednym z trzech zawodników, którzy na boisku wywalczyli awans do Ekstraklasy w sezonie 2015/16. Jak to się stało, że Patryk w ogóle trafił do Płocka? Jest prawym, czy jednak lewym obrońcą? Jak układała się jego współpraca z kolejnymi szkoleniowcami, którzy przewijali się przez Wisłę? Jak zapamięta miasto? Zapraszamy do przeczytania wywiadu. 

W 2014 roku zamieniłeś I-ligowy Widzew Łódź na I-ligową Wisłę Płock. Jak wyglądały kulisy tego transferu? 

Patryk Stępiński: O zainteresowaniu Wisły słyszałem w okolicach lipca. Sprawy związane z transferem się przeciągały ze względu na to, że mój ówczesny pracodawca nie chciał mnie puścić. Sylwester Cacek, właściciel klubu, powiedział, że okej, mogę odejść, ale nie do klubu z tej samej ligi. Widzew miał swoje problemy, był świeżo po spadku. W Łodzi chcieli, żebym został, ale ja miałem swoje ambicje. Chciałem walczyć o wyższe cele, a widziałem, że w Widzewie będzie z tym problem. Dostałem sygnał z Wisły Płock i na szczęście 29 sierpnia 2014 roku podpisałem kontrakt. Dziś ta przygoda się już skończyła, ale trwała 5,5 roku. 

Bardzo chciał cię prezes Kruszewski czy przekonywał cię trener Kaczmarek? 

Słyszałem, że prezesi byli bardzo zdeterminowani. W przekonaniu, że Wisła mnie chce, utwierdziło mnie to, że sygnały pojawiły się w lipcu, a zdecydowali się na mnie poczekać na kilka dni przed końcem okienka. Wisła negocjowała, próbowała mnie wyciągnąć. To pokazywało, że na mnie liczono. Trener Marcin Kaczmarek wiedział o wszystkim i też był za moim dołączeniem do zespołu. Ciężko powiedzieć, kto dołożył największą cegiełkę, ale późniejsze lata pokazały, że bardzo na mnie liczyli. Fajnie się zaczęło układać od samego początku, bo tydzień po przyjściu do klubu zagrałem kilka minut w meczu ligowym. Dla zawodnika to nigdy nie jest łatwe, kiedy do nowego zespołu przychodzi już w trakcie sezonu. Szybko się jednak zaaklimatyzowałem i wszystko było okej. 

Byłeś ściągany jako lewy czy prawy obrońca? 

Z tego co wiem, to miałem być prawym obrońcą. Ciężko mi dziś odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że wylądowałem na lewej stronie. Przychodziłem do Wisły Płock jako prawy obrońca, a do tego młodzieżowiec. Takie były wtedy wymogi w I lidze, a ja miałem ten status jeszcze przez dwa sezony. W Wiśle młodzieżowcami byli wówczas Wojtek Zyska i Łukasz Kacprzycki. Zaczęło się od wejść z ławki za Łukasza Kacprzyckiego na lewe skrzydło. Na boisku musiał po prostu przebywać jeden młodzieżowiec i trener decydował się na mnie. 

Później w jednym z meczów pauzować musiał Fabian Hiszpański i trener przesunął mnie na lewą obronę. Wcześniej miałem już takie doświadczenie, ale to epizody. Przez większość swojej ówczesnej przygody byłem prawym obrońcą. Tak już jednak zostało, dobrze sobie rodziłem. Później wynikało to z tego, że ze wszystkich zawodników w klubie na lewej stronie defensywy radziłem sobie najlepiej. Trenerzy potrzebowali mnie z lewej strony i nie przestawiali mnie na prawo. 

W pamiętnym sezonie 2015/16 tworzyliście niezniszczalną defensywę 4S. Rzadko kto mógł sforsować Cezarego Stefańczyka, Przemysława Szymińskiego, Bartłomieja Sielewskiego i Patryka Stępińskiego. Udało się wywalczyć upragniony awans do Ekstraklasy. Jak wspominasz ten sezon?

Na pewno od początku nie układało się tak kolorowo, jak się skończyło. Mieliśmy mały problem na początku, przegraliśmy dwa spotkania. W pierwszym sezonie, w którym byłem w Wiśle, walka o awans wynikła w trakcie rozgrywek. Do końca biliśmy się z Zagłębiem i Termalicą. W kolejnym cel był jednak jasny: awans. Pokazywały to też wzmocnienia zespołu. Biliśmy się o awans i nie było żadnych wymówek. 

Początek był niepokojący, ale później zaczęliśmy w swoim stylu. Może nie zawsze były to efektowne zwycięstwa, ale jeśli walczy się o awans lub utrzymanie w lidze to ważne jest wygrywanie, kiedy coś nie wychodzi. Pamiętam, że było kilka takich spotkań. Przegrywaliśmy 0:1, ale udawało nam się wyciągnąć wynik na 2:1. Często też po prostu nie traciliśmy goli, a z przodu zawsze coś wpadło. Sporo było zwycięstw jedną bramką. Zdarzały się pojedyncze spotkania, które były bardziej okazałe. I tak wywalczyliśmy awans. 

Świętowanie awansu to jeden z najlepszych momentów w karierze?

To jedyny awans, który wywalczyłem. W Ekstraklasie awansować się już nie da, pozostaje zdobycia mistrzostwa Polski. Myślę, że dla wielu chłopaków to było jedno z większych osiągnięć. Ja też bardzo miło wspominam ten czas. 

W pierwszym sezonie byłeś pewniakiem do składu. Wyglądałeś dobrze, jesienią byłeś jednym z jednym najrówniejszych zawodników. 

To był dla mnie powrót do Ekstraklasy. Trzy lata wcześniej, w wieku 16 lat, zacząłem treningi z pierwszym zespołem Widzewa Łódź. Pierwsze dwa lata to była głównie gra w Młodzieżowej Ekstraklasie, ale w trzecim sezonie grałem już w I zespole. Dla Widzewa to był pechowy sezon, bo zakończył się spadkiem. Tamto doświadczenie pozwoliło mi jednak szybciej oswoić się z Ekstraklasą po awansie. Wiedziałem, z czym się wiąże gra szczebel wyżej.

Jesień była jedną z najlepszych rund w moim wykonaniu. Pamiętam, że było sporo wyróżnień indywidualnych. W tamtym sezonie rozegrałem 33 spotkania, czyli tylko w 4 nie wychodziłem w podstawowym składzie. 

Później trener Marcin Kaczmarek odszedł, a zastąpił go Jerzy Brzęczek. Na początku grałeś, ale po jakimś czasie szkoleniowiec doszedł do wniosku, że chce, aby lewy obrońca grał lewą nogą. Jak to wyglądało? Trener powiedział ci, że taka jest jego wizja i przechodzisz do walki z Czarkiem Stefańczykiem o grę na prawej stronie? 

Nie. Było dużo sytuacji w Wiśle, na które do dziś nie mam odpowiedzi i to była jedna z nich. Zacząłem sezon w wyjściowym składzie i do 9. kolejki się w nim utrzymywałem. Trener zdecydował się jednak, że wystawi Arka Recę na lewej stronie obrony. Taką miał koncepcję. Wydaje mi się, że jednak uczciwe by było, gdyby trener ze mną porozmawiał i powiedział mi jasno, że od dziś próbuje Arka na lewej stronie, bo to może być z korzyścią dla wszystkich, bo jest lewonożny i ma ku temu predyspozycje. Takiej rozmowy nie było. Po prostu przeszliśmy tak do porządku dziennego. Do końca sezonu rywalizowałem z Arkiem i Czarkiem Stefańczykiem. Miałem kilka rozmów indywidualnych z trenerem, ale nie dostałem jasnej deklaracji. Walczyłem o swoje. Wiele razy szkoleniowiec mówił mi, że jestem blisko składu. Jeszcze w dwóch spotkaniach wszedłem z ławki, a później już nie pojawiałem się na boisku.

Wiosną nękały cię kontuzje. W sparingu ze Zniczem Pruszków złamałeś rękę. 

Tak, to był sparing rozgrywany już po starcie ligi [9 lutego 2018 Wisła wygrała w lidze z Górnikiem Zabrze 4:2, 10 lutego rozegrano sparing ze Zniczem Pruszków – przyp. autora]. Złamałem rękę i trenowałem na własną odpowiedzialność. Zamówiłem sobie specjalne ortezę. Oczywiście nie byłem gotowy do grania w lidze, bo ręka na to nie pozwalała. Po 3-4 tygodniach czułem się jednak już dobrze i wiedziałem, że jestem gotowy. Trener mnie hamował i mówił, że nie jestem w 100% sprawny. Kontuzji doznał Arek Reca i to była dla mnie szansa, że wskoczyć do składu i walczyć o swoje na boisku, bo trening nigdy nie będzie takim sprawdzianem i możliwością pokazania swojej dyspozycji. Szkoleniowiec jednak się upierał, że nie jestem gotowy i na lewej obronie z konieczności zagrał Alan Uryga. Do końca sezonu nie grałem, bo później w innym meczu sparingowym podkręciłem kostkę. Zanim wskoczyłem na pełne obroty, sezon się skończył. 

Później był sezon, gdzie było aż trzech szkoleniowców. Przygotowania zaczynał jeszcze Jerzy Brzęczek, tuż przed startem ligi zastąpił go Dariusz Dźwigała. Później byli jeszcze Kibu Vicuna i Leszek Ojrzyński. Dla wszystkich sezon był rwany, bo taka rotacja szkoleniowców nikomu nie sprzyja. Dla ciebie to tylko 9 meczów w lidze, a to na pewno cię nie zadowalało. Nie miałeś wrażenia, że trochę się zasiedziałeś?

Trener Brzęczek rozpoczął i miał swoją koncepcję, po czym został selekcjonerem. Trener Dźwigała mógł się opierać tylko na poprzednim sezonie i opinii innych ludzi, bo nie widział nas w okresie przygotowawczym. Nie był na sparingach i nie wiem czy miał dostęp do takich informacji. Ustalił skład, a mnie w nim nie było. Później wywalczyłem sobie miejsce, zaczynałem kilka spotkań w podstawowym składzie. Nastąpiła jednak zmiana szkoleniowca i dla trenera Kibu Vicuny nie byłem pierwszym wyborem. Musiałem znowu walczyć o skład. Rundę zakończyłem w jedynce i wydawało mi się, że zimą dobrze wyglądałem w sparingach. Myślałem, że jestem w składzie, po czym na pierwszy mecz na wiosnę nie znalazłem się nawet w kadrze meczowej. To było dla mnie szokiem. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że może trzeba się spróbować gdzieś indziej. 

Przyszła oferta z norweskiego FK Haugesund. Dostałem zapewnienie, że dyrektor sportowy mnie chce i trener też mnie widzi w swojej koncepcji. Transfer nie doszedł jednak do skutku. Poinformowali  mnie, że szukają kogoś o lepszych warunkach fizycznych. Liga norweska jest bardzo fizyczna i rzeczywiście, przyszedł później zawodnik, który mierzył 190 cm. Haugesund grało w kwalifikacjach Ligi Europy, odpadli z PSV Eindhoven.

To już poważna, europejska piłka.

Tak, to mogła być dla mnie fajna przygoda. Byli na tak, ale to zawsze trener podejmuje decyzję. Z umiejętności czysto piłkarskich byli zadowoleni. Na testach potwierdziłem to, co widzieli na InStacie. Na przeszkodzie stanęły warunki fizyczne, ale na to już nie mam wpływu. To ich decyzja, ja wróciłem do Wisły. Znów byłem brany pod uwagę, ale za chwilę trener Vicuna odszedł i zastąpił go trener Ojrzyński. Scenariusz się powtórzył. Szkoleniowiec postawił na poprzedni skład, przyszło pasmo czterech zwycięstw. Przekaz był taki, że dopóki wygramy, to niczego nie kombinujemy. Graliśmy praktycznie jedną jedenastką. Bodajże tylko w meczu w Legnicy były jakieś roszady. To wynikało z tego, że za kilka dni mieliśmy ważny mecz z Arką Gdynia u siebie. Cały czas byłem w treningu, bo wiedziałem, że może przyjść mecz, w którym będę potrzebny i trener będzie chciał ze mnie skorzystać. 

W przedostatnim meczu w Zabrzu wszedłem na 30 minut, utrzymaliśmy ważne zwycięstwo z Górnikiem. Po całej rundzie, w której nie grałem, okazało się, że muszę wyjść w podstawowym składzie na mecz sezonu, który decydował o tym czy Wisła zostanie w Ekstraklasie czy nie. Zagrałem dobrze, a to niełatwe dla zawodnika, który tyle nie gra tyle czasu. Przekonałem trenera Ojrzyńskiego do siebie i myślałem, że będę inaczej odbierany. Nie pękłem. Dałem jakość, której zespół potrzebował. 

Z trybun mecz z Zagłębiem Sosnowiec wyglądał na bardzo nerwowy. Rozmawiałem z kilkoma zawodnikami i wszyscy powtarzali, że granie o utrzymanie to niesamowita presja i to ciąży. Spadek to często katastrofa dla klubu. Czy to najtrudniejszy mecz w jakim grałeś?

Wszyscy wiedzieli, że rozgrywa się sprawa ze stadionem. Nie do końca było wiadomo czy przetarg zostanie dokończony. Spadek Wisły sprawiłby, że wiele rzeczy mogłoby się potoczyć inaczej. Umowa na stadion mogłaby nie zostać podpisana. Teraz została podpisana i wszyscy wiedzą, że powstanie.

Wiadomo, że to był jeden z trudniejszych meczów pod względem psychologicznym. Jeśli się gra o najwyższe cele, też jest ciężko, ale to zupełnie inne mecze. Jeśli w grę wchodzi przyszłość klubu, to każdy czuje odpowiedzialność na sobie. Dźwignęliśmy ją, udało się zremisować. Wisła została w Ekstraklasie. 

Liczyłeś na to, że przekonałeś do siebie trenera, a tu znowu wywrotka. Przychodzi trener Radosław Sobolewski i po pół roku odchodzisz z klubu. Byłeś na stadionie, pożegnałeś się z trenerem, więc domyślam się, że nie ma urazu. Jak to wyglądało? 

Z trenerem Ojrzyńskim miałem rozmowę przed sezonem. Chciałem usłyszeć czy jestem w planach, bo miałem inne opcje. Było zainteresowanie klubów. Usłyszałem, że trener mocno na mnie liczy. Sezon na prawej obronie rozpoczął Kuba Rzeźniczak, a na lewej obronie był Angel Garcia, do którego dołączył Piotrek Tomasik, więc tamta strona była zabezpieczona przez zawodników lewonożnych. Z prawonożnych byłem jeszcze ja i Czarek Stefańczyk. Usłyszałem, że Czarek wraca po zawieszeniu, ale trener nie zgodził się na moje odejście. Powiedział, że na mnie liczy, ale ze względu na swoje doświadczenie sezon rozpocznie Kuba Rzeźniczak. Mówił, żebym dalej ciężko pracował, bo podobała mu się moja praca w okresie przygotowawczym. Trener niedługo jednak zrezygnował ze względów osobistych i przyszedł trener Sobolewski. 

Miałem rozmowę na początku. Trener powiedział, że na ten moment nie jestem pierwszym wyborem, ale żebym walczył, bo widzi mnie w zespole. Byłem w Wiśle praktycznie pięć lat i nie usłyszałem, że nie jestem w planach, więc zdecydowałem się zostać. Z perspektywy czasu może nie była to dobra decyzja. 

Normalnie pożegnałem się z trenerem Sobolewskim i całym sztabem, nie ma żadnego konfliktu. Trener nie ma z resztą konfliktu z żadnym zawodników. Do końca robiłem swoje, zasuwałem na treningach, bo czy to w Wiśle czy w innym klubie, chciałem być w jak najlepszej formie. Nie stroiłem fochów. Szanowałem wszystkich do końca, bo jestem profesjonalistą, ale nie powiem, że się ze wszystkimi decyzjami zgadzam. Nie jestem jednak trenerem. To trener jest szefem, ustala skład i podejmuje decyzje. My jako zawodnicy nie możemy z tym nic zrobić, tylko się dostosować. Jeżeli komuś się podoba, to zostaje w klubie, a jeśli nie, to musi szukać sobie miejsca w innym klubie, tak jak to zrobiłem teraz. 

Pamiętasz swoją pierwszą i jedyną bramkę strzeloną dla Wisły Płock?

Na Puszczy Niepołomice w Pucharze Polski. Z akcji miałem kilka sytuacji, zwłaszcza w pierwszym sezonie kiedy rozegrałem 33 mecze. Oddawałem strzały, miałem parę okazji, ale się nie udało. Na pozycji bocznego obrońcy, jeśli nie ma się lepszych warunków fizycznych, to tych goli się dużo nie strzela. Okazje były i  zawsze można coś zrobić lepiej, ale mnie musi zadowolić ten jeden gol strzelony w Niepołomicach. Udało się dorzucić kilka asyst i na tym zakończyłem swój dorobek w Wiśle. Mam 25 lat i niczego nie wykluczam. Może wrócę tu i zagram na nowym stadionie w barwach innego zespołu. 

Nie uważasz, że trochę cierpisz na tym, że sam nie wiesz czy się definiować jako prawy czy lewy obrońca? Naturalnie posługujesz się prawą nogą, więc z lewej strony takie zagrania jak dośrodkowanie w biegu wykonujesz swoją słabszą nogą lub uciekasz do prawej.

Występy na lewej stronie na pewno pozwoliły poprawić mi słabszą nogę. Zostawałem po treningach, pracowałem i by weszła na wyższy poziom, bo wiedziałem, że jestem traktowany jako lewy obrońca. Na początku był margines błędu, ale później zaczął on maleć i zaczęto ode mnie wymagać, żebym lewą nogą operował jak najlepiej. Z perspektywy czasu uważam, że lepiej mieć jedną swoją pozycję i się jej trzymać, niż być rzucanym po kilku. Był taki moment, że grałem na prawej obronie w sezonie 2016/17, ale nagle musiałem wrócić na lewą. Każdy kolejny trener argumentował to tak, że poradzę sobie tam najlepiej spośród zawodników, którzy są w kadrze. Uważam, że to zaburzyło trochę mój rozwój. To atut, że mogę zagrać na dwóch pozycjach, ale nie wywalczyłem sobie nigdy na stałe miejsca na prawej obronie ze względu na to, że w Wiśle Płock grałem właśnie z lewej strony. 

Jak czułeś się w Płocku?

Pochodzę z Łodzi, czyli większego miasta. Przed przyjazdem do Płocka spędziłem tam całe swoje życie. W przeciągu tych pięciu lat Wisła jako klub i Płock jako miasto bardzo się rozwinęły. Pamiętam, że jak przychodziłem to były dwie-trzy restauracje, gdzie można było pójść coś zjeść i tyle samo kawiarni. Wszystko się jednak rozwinęło. Powstały nowe osiedla, kawiarnie, restauracje. Nie ma co narzekać, że nie ma gdzie wyjść. Szczególnie w lato, bo bulwary nad Wisłą zostały przebudowane. Zawsze będę miał dobre wspomnienia z Płockiem. Mieszkałem tu ze swoją narzeczoną, która do mnie przyjechała. Przez tyle lat byliśmy tu razem i w przyszłości na pewno będę tu przyjeżdżał tu z uśmiechem na twarzy. Miasto odbieram bardzo pozytywnie, choć ostatnie dwa lata pod względem sportowym mnie nie satysfakcjonowały. 

W twoim kontekście mówiło się powrocie do Widzewa Łódź. Tymczasem trafiłeś do Warty Poznań, lidera I ligi. Jakie pierwsze odczucia? 

Atmosfera jest bardzo zbliżona do tej z Wisły Płock w I lidze. Wiadomo, że otoczka I ligi jest inna. Ekstraklasa jest ładnie opakowana jeśli chodzi o przekaz telewizyjny. Jest też dużo obcokrajowców. W Warcie jest jednak wszystko co potrzeba, żeby wywalczyć awans. Trenujemy w Poznaniu na własnych obiektach. Wszystko jest zapewnione. Prawdopodobnie do kwietnia/maja będziemy grać w Grodzisku Wielkopolskim, bo na stadionie Warty w Poznaniu nie są spełnione wszystkie wymogi. Jeśli je spełnimy, wrócimy na stadion. 

Macie nakreślone, że idziecie po awans?

Zespoły z góry tabeli często próbują tę presję od siebie odciągnąć i mówić, że patrzymy na każdy najbliższy mecz, zbieramy punkty i zobaczymy co się wydarzy. Tu nie ma czegoś takiego. Jasno powtarzamy cel na wiosnę. Jest pierwsze miejsce i mamy wygrywać każde kolejne spotkanie, żeby zwyciężyć w całej lidze i spełnić marzenia wielu zawodników, jakim jest powrót czy zaistnienie na poziomie Ekstraklasy. 

Nie mówisz więc „żegnam”, tylko „do widzenia”. 

Tak. Trzymam kciuki za chłopaków w Wiśle. Mam tam bardzo wielu kolegów, niektóre relacje weszły na stopę przyjacielską. Znam też wszystkich w klubie – od pań z księgowości, przez marketing, panią Magdę która zajmuje się sprzętem, kierownika, masażystów, fizjoterapeutów… wszystkich znam od początku i trzymam kciuki, żeby awansowali do ósemki. A jeśli się nie uda, żeby zdobywali jak najwięcej punktów i utrzymali się w lidze, żebyśmy się spotkali – o ile awansuję z Wartą. 

Fotografie w tekście: Tomasz Miecznik, Wisła Płock

(Michał Wiśniewski)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (1)

XerXer

7 0

Patryk wielkie dzięki za te blisko sześć lat w Wiśle, oraz życzenia zdrowia i wielu sukcesów sportowych.
Czy odejście Patryka świadczy, że był najgorszym z defensorów? moim zdaniem nie, potwierdzają to pośrednio stracone bramki i druga obecnie najgorsza obrona w lidze. Ale odejście Patryka wpisuje się w politykę transferową klubu. Przed sezonem odszedł Kuba Łukowski, w jego miejsce przyszedł Sahiti, czy takie zamiany mają jakikolwiek sens? Co dają drużynie, co w końcu decyduje, że przyjeżdża taki NN bez CV nic nie prezentuje na boisku i wskakuje do składu w miejsce chłopaka, który spędził tu kilka lat. 23:37, 06.03.2020

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA