Zamknij
REKLAMA

Arek Reca już w Atalancie. Przeszedł drogę z nieba do piekła i z powrotem

12:29, 09.06.2018 | Michał Wiśniewski
REKLAMA
Skomentuj
Fot. Tomasz Miecznik/Portal Płock

Jeszcze rok temu nikt nie miał prawa się spodziewać, że Wisła Płock wytransferuje zawodnika za cztery miliony euro, a tym bardziej, że będzie nim Arkadiusz Reca. Dwanaście miesięcy w piłce nożnej to jednak szmat czasu, ale jak historia pokazuje - zdecydowały detale, a może nawet przypadek. 

Debiutanckiego sezonu w Ekstraklasie Arkadiusz Reca z pewnością nie może zaliczyć do udanych. Zaledwie kilka tygodni przed startem ligi kibice wybrali go najlepszym zawodnikiem sezonu, a eksperci upatrywali w nim potencjalnej gwiazdy rozgrywek. Była nawet propozycja z Cracovii, ale zawodnik odmówił. Zaczęło się nieźle, pierwsza bramka już w drugiej kolejce i to na boisku wicemistrza Polski. Potem było już tylko gorzej, a przebłysk nastąpił dopiero pod koniec sezonu. Z nieba trafił do piekła, ale jak niewiele brakowało, by w ogóle nie trafił. Nigdzie.

Jak to możliwe? Młodemu Arkadiuszowi treningów zakazywała... mama. Reca postawił jednak na swoim i stawił się na treningu w miejscowym klubie. Zaprezentował się na tyle dobrze, że został w Kolejarzu Chojnice. Juniorzy zostali potem wcieleni do Chojniczanki, ale w swoim rodzinnym mieście kariery nie zrobił. Do seniorskiej piłki przebijał się przez III-ligowy Koral Dębnica, aż w w wieku 19-lat trafił do Floty Świnoujście. Na Pomorzu grał na tyle dobrze, że kiedy klub się rozpadł, jego nazwisko zostało w niektórych notesach. Wskoczył na rozpędzającą się łajbę pod hasłem Wisła Płock. 

Do zespołu nie wszedł jednak z drzwiami. Debiut to blamaż całej drużyny w I rundzie Pucharu Polski z Bytovią Bytów. Reca zagrał tylko 45 minut na pozycji... lewego obrońcy. Marcin Kaczmarek uznał jednak, że 20-latek na drugą połowę już nie wyjdzie. Później były ogony w meczach z GKS-em Bełchatów i Zagłębiem Sosnowiec, aż przyszedł przełom. Raczej z przypadku, ale przecież szczęściu trzeba umieć pomóc. 

Jak doszło do tego, że Arkadiusz Reca znalazł się w wyjściowym składzie na mecz w Nowym Sączu? Do młodzieżowej reprezentacji Polski powołany został Patryk Stępiński, więc do jedenastki musiał wskoczyć zawodnik ze statusem młodzieżowca. Nafciarze mieli wówczas ich trzech - Stępiński, Reca i Łysiak. Do składu wskoczył skrzydłowy i odwdzięczył się szkoleniowcowi w najlepszy możliwy sposób. Zrobił po prostu to (od 44. sekundy): 

Marcin Kaczmarek nie mógł przejść obojętnie wobec takiego występu swojego zawodnika i od tej pory w wyjściowym składzie Nafciarzy grało już dwóch młodzieżowców. Reca stał się czołowym zawodnikiem drużyny, która płynęła prosto do celu, jakim była Ekstraklasa. Skrzydłowy w I-lidze miał po prostu niesamowitą lekkość w mijaniu obrońców rywali, w czym niewątpliwie pomagała szybkość. Sezon skończył z 28 występami (26 w pierwszym składzie) i 12 bramkami na koncie. Nic dziwnego, że kibice uznali go za najlepszego zawodnika Wisły.

Arek w Płocku znalazł nie tylko wysoką formę sportową, ale także miłość. Zaczął spotykać się... z Katarzyną Kruszewską, czyli córką prezesa Wisły. Koledzy żartowali nawet, że jeśli coś będzie trzeba załatwić dla drużyny, to na rozmowy do gabinetu z teściem pójdzie właśnie Reca. Kłóci się to z charakterem, bo skrzydłowy jest raczej nieśmiały. 

Pierwszego sezonu w Ekstraklasie zawodnik nie może jednak zaliczyć do udanych. Cała Wisła uczyła się gry w najwyższej klasie rozgrywkowej, a jednym z tych, który najsilniej zderzył się ze ścianą, był właśnie Reca. Ligę wyżej obrońcy ustawiali się już lepiej i skrzydłowy nie błyszczał tak w dryblingu. Brakowało szybkości, lekkości w grze. Na ile było to spowodowane przeciążeniem młodego organizmu i zbyt krótkim odpoczynkiem przed startem sezonu? Nie wiadomo. Faktem jest, że gwiazda Nafciarzy po prostu nie była sobą. Reca wyraźnie odżył dopiero w końcówce sezonu, kiedy to zapewnił drużynie zwycięstwa z Arką Gdynia i Górnikiem Łęczna. Mimo to pojawiały się pogłoski, że może warto byłoby wypożyczyć go do zespołu z I ligi. 

Tak się jednak nie stało. Zmienił się za to szkoleniowiec, którym został Jerzy Brzęczek. Zespół objął na kilka dni przed startem ligi, więc początkowo niewiele zmieniał po poprzedniku. To jednak trener, który szuka nowych rozwiązań. Efektem tego była nowa pozycja dla Recy. Szkoleniowiec doszedł do wniosku, że na skrzydle marnuje swój potencjał, bo rozpędzi się i za chwilę kończy się boisko. Cofnął go do defensywy, co nie spotkało się z aprobatą samego zainteresowanego. Nie ukrywał tego nawet prezes Kruszewski. Taka była jednak decyzja trenera i jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. 

Zaczęło się 25 września 2017 roku w wygranym 3:1 meczu z Cracovią i tak już zostało niemal do samego końca, z krótkotrwałymi powrotami na skrzydło. Większość sezonu Reca grał jednak za plecami atakujących i powoli uczył się tej pozycji. Wybitnym defensorem z pewnością jeszcze nie jest, ale trudno też przypomnieć sobie aby w jakiś spektakularny sposób "zawalił" bramkę. Wyjątek stanowi chyba tylko ostatnie spotkanie przy Łazienkowskiej. Poza tym braki w tej dziedzinie nadrabia nieprawdopodobną szybkością i wytrzymałością. Z czasem oczywiście się poprawił i w tym elemencie, a szczyt formy przypadł na rundę mistrzowską. Najlepsze mecze rozgrywał na stadionie Jagielloni - najpierw strzelił dwie bramki, a w ostatnim meczu sezonu po prostu łatał wszystkie dziury w defensywie. Przy wyjeździe na urlop celnicy na pewno dogłębnie sprawdzili jego kieszenie  i niewykluczone, że znaleźli tam Przemysława Frankowskiego. Skrzydłowy Jagi przedarł się bodaj raz, kiedy to celnie dośrodkował na głowę Sheridana. Niemniej na Podlasiu grał jak profesor. 

Kilka ostatnie miesięcy trzeba oczywiście zapisać na duży plus. Lewa obrona to deficytowa pozycja na rynku, a coraz częściej w nowoczesnym futbolu boczni obrońcy muszą uczestniczyć w atakach. Reca ma szybkość, wytrzymałość, strzał, a we Włoszech na pewno zrobi ogromny postęp w grze obronnej i rozumieniu taktyki. Atalanta Bergamo wydaje się idealnym zespołem na początek kariery na Zachodzie. Zagraniczne kluby niecodziennie wydają cztery miliony euro na polskiego zawodnika, a zwłaszcza na lewego obrońcę czy też wahadłowego. Włosi musieli dostrzec w nim niewątpliwy potencjał i z pewnością mają nadzieję go oszlifować i sprzedać z jeszcze większym zyskiem. A zarobi na tym także Wisła Płock, bo klub zagwarantował sobie procent od kolejnej transakcji. Arkadiusz Reca na razie podpisał czteroletni kontrakt, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, z pewnością go nie wypełni. Dziś w perspektywie ma mecze z takimi drużynami jak Juventus, Napoli, Roma czy Lazio, a jeśli tylko wskoczy do składu, z pewnością przykuje uwagę selekcjonera reprezentacji Polski. Kto wie - być może płoccy fani jeszcze niedawno oklaskiwali przyszłego lewego obrońcę naszych Orłów. 

(Michał Wiśniewski)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (3)

XerXer

15 0

Arkowi należy podziękować za wszystko co zrobił dla Wisły, oraz życzyć mnóstwa zdrowia i jak najszybciej pierwszego składu w nowym klubie. Co zaś się tyczy samego transferu to po prostu mistrzostwo świata. Gdybym był właścicielem, jeszcze dzisiaj podpisałbym z Panami Kruszewskim i Masłowskim, nowe bardzo, bardzo długoletnie kontrakty.

19:39, 09.06.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

Tak jestTak jest

8 0

Brawo Arek. Powodzenia i szlifuj obronę.
BTW. A Kante jak wraca do hiszpanii z powodów rodzinnych.....120 km na wschód ma trafić....do stolycy. To chyba tam szybciej do knajpki hiszpańskiej na jedzenie :-) Kasa misie kasa. *%#)!& mu odżyła bo w Płocku w niego wierzono i kilka bramek strzelił.... 21:54, 09.06.2018

Odpowiedzi:1
Odpowiedz

XerXer

3 0

Nie ma się co dziwić, Kante to tylko najemnik, tak jak i pozostali obcokrajowcy, przyjechali tu zarobić pieniądze i tyle. Odkąd kluby przestały się opierać na swoich wychowankach, legendach i historii, a zaczęły korzystać z wynajętych rzemieślników, nie można się dziwić, że lojalność tych ostatnich i przywiązanie do klubowych barw istnieją tylko w wyobraźni i naiwności kibiców. Wszystkie te gesty, wypowiedzi to wyuczone zachowania nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, to jeden z elementów ich zawodu. Przykre to i bolesne kiedy oklaskiwany jeszcze wczoraj idol, zasila szeregi znienawidzonego konkurenta. Czy jest we współczesnym zakłamanym świecie jakaś inna droga? Może akademia na poziomie Ajaxu i gra wychowankami pozwoliłaby uniknąć takich rozczarowań jak w przypadku Jose. 21:23, 10.06.2018


REKLAMA
© portalplock.pl | Prawa zastrzeżone