Zamknij
REKLAMA

Tragiczne tajemnice. Co odkryli do tej pory?

21:27, 21.05.2015 | Karolina Burzyńska
REKLAMA
Skomentuj

Wejście do byłej katowni Gestapo i Urzędu Bezpieczeństwa to zejście w głąb tak mrocznych pomieszczeń, jak historia z nimi związana. - Ostatni świadkowie już odchodzą. Czy następne pokolenie w ogóle uwierzy w to, co działo się w budynku byłej komendy policji? - pytał prezes IPN-u, Łukasz Kamiński. Na dziedzińcu nikt nie ma pewności, po czym stąpa. Może po kościach dawnych bohaterów.

Prace badawcze prowadzone przez Instytut Pamięci Narodowej ruszyły 20 marca. Wówczas wydawało się, że na odsłonięcie kart z tragicznej przeszłości budynku na rogu ul. 1 Maja i Sienkiewicza starczą dwa miesiące. Dziś wiemy, że to mrzonki. Prace potrwają jeszcze długie miesiące,  a może nawet lata. O tym, jak dużo jest jeszcze do zrobienia niemal w każdej celi mówił historyk Jacek Pawłowicz, który wziął na siebie obowiązki przewodnika dla prezesa IPN, prezydenta Andrzeja Nowakowskiego, profesora Jerzego Eislera i grupy dziennikarzy.

Warto wiedzieć, że z okazji rozpoczętych w czwartek płockich obchodów 15-lecia IPN, w piątek każdy płocczanin będzie mógł wejść do środka komendy. Przekona się, jak bardzo jest tam ciemno, samemu spróbuje odszyfrować napisy i przeliczyć kreski w kalendarzykach na ścianach. Wyobrazi sobie tę przerażającą ciasnotę na kilku metrach kwadratowych, kiedy nie ma jak się wyprostować. Gdzie stropy są niskie, a mrok, który panuje w piwnicach, jest po prostu koszmarny. Dlatego pierwszy promień słońca tuż po wyjściu wydaje się czymś niesamowitym. A przecież wizyta trwa zaledwie kilkanaście minut. Dokładnie tyle trzeba, aby zwiedzić kilka cel i odkryty karcer.

Zaraz na wstępie wszyscy słuchają instrukcji. - Najpierw idziemy w lewo, później zawracamy i kierujemy się do celi kobiecej. W praktyce, aby wyjść z jednego z pomieszczeń, trzeba było otwierać, a następnie zamykać za sobą drzwi. Tylko w ten sposób można było przemieścić się w przeciwną stronę korytarza. Przy otwartych prześlizgnęłaby się co najwyżej mysz.

W piwnicznych celach przetrzymywano ludzi w latach 40. Na jednej ze ścian widnieje nawet data 1941 roku. - To pierwsze świadectwo z czasu, kiedy mieściło się tu Gestapo - wskazuje Pawłowicz. Obok kalendarzyk. Aby zatrzeć ślady, powierzchnie ścian otynkowano i dla pewności pociągnięto farbą olejną.

Zgodnie ze świadectwami ludzi, którzy byli przetrzymywani w byłej komendzie, aresztantów brutalnie spędzano z ciężarówek przy pomocy kolb karabinów. Pod naporem kopniaków zrzucano ze schodów. - Powtarzali mi: „Chwała, że te okazały się drewniane, a nie betonowe” - relacjonował Pawłowicz. Następnie trafiało się do pokoju przyjęć (obecnie zaaranżowanego), a tam biurko, lampka i telefon, aby wartownik wiedział,  którego więźnia należy z celi wyprowadzić.  To tu odbywała się rejestracja i rewizje. Rozbierano aresztantów do naga. Jeśli chciano komuś mocniej dokuczyć, w jednym z pomieszczeń dolewano wody, tak, aby siedzieli w błocie.

Wiele informacji przekazał Lesław Wojno, który należał do Ruchu Oporu Armii Krajowej i który przesiedział w ostatniej celi po lewej stronie korytarza kilkanaście dni. Ponoć mieściły się w niej dwa okna wychodzące na ul. Sienkiewicza. Obecnie oba są zamurowane. - Z tego ,,komfortu'' trafił do więzienia po dziesięciu dniach. Wspominał, że wtedy znalazł się w niebie - opowiadał Pawłowicz.  Ściany są tam przetarte. Zachowała się jedna litera ,, k'', jednak widoczna jest dopiero pod kątem. Z tych pomieszczeń wywieziono dwie wywrotki gruzu i śmieci, natomiast w celi mieścił się później policyjny magazyn.

W kolejnej celi, już po drugiej stronie tego samego korytarza, panował taki ścisk, że nie było jak się podłożyć, a jeśli nawet komuś by się udało, to nie było na czym. Przeważnie więźniowie musieli stać. - Należy sprawdzić te ściany centymetr po centymetrze - twierdził historyk i pokazywał kolejny kalendarzyk. Wskazywał na dziewięć dni. Są też nazwiska. Jedno kończy się na "kicki", reszta jest nieczytelna. Wszystko to trzeba odsłonić.  - Wapno łatwo zejdzie - zapewniał. - Spod przecierki wyłania się tekst pisany ołówkiem kopiowym. Mogą być nazwiska, fragment modlitwy.

Stamtąd wszyscy przechodzą do tzw. celi kobiecej. Wyryto w niej nazwisko Zanecka i datę, grudzień 1945 roku. Wśród innych nazwisk odczytano personalia Eugeniusza Nowaka. Mężczyzna zmarł kilka miesięcy temu. Na szczęście inny świadek jeszcze żyje. Pawłowicz chciałby go tu przywieźć. Trudno jednak namówić do wspomnień. Jak dotąd każdy z tych detali sfotografowano.  Nadszedł czas, aby odsłonić resztę tajemnic ukrytych pod tynkiem.

Obecny wygląd pomieszczeń na piętrze ma niewiele wspólnego z tym sprzed kilku dekad. Zamiast małego metrażu, były duże sale przydzielone rozsuwanymi drzwiami. - Według relacji Lesława Wojno, dokładnie pod tym pokojem, gdzie teraz stoimy, znajdowała się duża cela bez okien – opisywał pracownik warszawskiego IPN-u. - Brama wjazdowa do nieruchomości mieściła się od ul 1 Maja, natomiast pod schodami miało być wejście do piwnic -  relacjonował. Te ustalenia potwierdzają odnalezione w trakcie prac fragmenty dawnych, przedwojennych schodów z czarnej terakoty. Znaleziono nawet okienka pod podłogą w holu głównym.

W trakcie krótkiej konferencji prasowej Pawłowicz przekonywał, że podobne miejsca znajdują się w wielu innych miejscowościach powiatu. Chociażby w Płońsku, gdzie ofiary systemu chowano pod gnojem. Również w Płocku podobne prace mogłyby rozpocząć się w dawnym dworku na Winiarach. Znajdował się tam w połowie lat 40. obóz przejściowy tuż przed wysyłką w głąb Rosji. Dalsze badania na komendzie będą prowadzone w piwnicach. Georadarem zostanie sprawdzony dziedziniec. Historyk nie potrafi dokładnie określić, ile czasu mogą zająć badania. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy wykonano może z jedną czwartą, może jedną trzecią koniecznych prac.

Pracownicy IPN dotarli do świadków, w tym byłych uczniów Małachowianki. Jeden z nich wspominał o odkrytych kościach w 1978 roku przy okazji prac przy budynku na dziedzińcu. Wraz z każdym ruchem łopaty wychodziły kolejne. Być może wrzucono je do dołka obok. Może to Elżbieta Kozanecka pseudonim Basia, była uczennica Małachowianki, która wysadziła się granatem wraz z rannym narzeczonym w chwili, kiedy osaczały ich oddziały UB? A może Jan Bolesław „Zawieja” Jaroszewski? Z pewnością będą szukać pani Zaneckiej, której nazwisko odkryto na ścianie. - Dopiero zaczynamy – podsumował Pawłowicz. Przez cały czas pomagają także wolontariusze ze Stowarzyszenia Historycznego 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Prezes IPN Łukasz Kamiński chwalił też współpracę z miastem, podkreślając, że nieczęsto się zdarza, by to magistrat sam był zainteresowany prowadzeniem tego typu badań.

W piątek mieszkańcy mogą zwiedzić byłą siedzibę służb bezpieczeństwa między godziną 14.00 a 17.00. Uwaga, grupy powinny być małe, mniej więcej po pięć osób. Warto skorzystać z tej okazji z dwóch powodów. Po pierwsze, nie wiadomo kiedy nadarzy się kolejna taka okazja. I po drugie, można obejrzeć ciekawą rekonstrukcję historyczną.

Fot. Portal Płock

Więcej zdjęć w naszej galerii:

Czytaj też:

Fot. Portal Płock

(Karolina Burzyńska)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (1)

IndiaIndia

0 0

1-go Maja jest budynkiem ważnym, należy jednak pamiętać, że to Niemcy stworzyli jego przeznaczenie, te daty 1940, 41 to nie przypadek. A co z kobiecym obozem koncentracyjnym z Radziwia?
Co ze szczątkami odkrytymi w trakcie remontu ratusza?
To też historie nieznane większości i wymagające wyjaśnienia.
A zapomniałem, dotyczą biura podróży Wehrmacht Tur, po co zadrażniać stosunki... 08:02, 22.05.2015

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
© portalplock.pl | Prawa zastrzeżone