REKLAMA

Piotr Wlazło: Po trzeciej bramce trochę zwariowałem

06:21, 13.12.2016 | Michał Łada
REKLAMA

Fot. Tomasz Miecznik / Portal Płock

Sobotni mecz z Ruchem Chorzów kibice zapamiętają przede wszystkim z dwóch powodów. Pierwszy to ważne zwycięstwo po serii dziewięciu spotkań bez wygranej. Drugi – trzy trafienia Piotra Wlazło, w tym jedno z kategorii klasa światowa.

To był istny rollercoaster. W prawdzie Wiśle udało się wygrać, ale Ruch nie okazał się wcale łatwym przeciwnikiem. Podopieczni Waldemara Fornalika robili co mogli, by wywieźć z Płocka trzy punkty. Stracili bramkę już w 17. minucie, jednak zdołali szybko odrobić stratę i strzelić wyrównującego gola. Wisła znów wyszła na prowadzenie w 36. minucie za sprawą trafienia Arkadiusza Recy, jednak chorzowianie  nie dali za wygraną i jeszcze przed przerwą wyrównali. A już w pierwszych minutach drugiej połowy zdołali nawet sami wyjść na prowadzenie. Pomimo ambitnej postawy nie zdołali jednak wrócić do Chorzowa z trzema punktami. Wszystko za sprawą Piotra Wlazło, który wyrównał na 3:3 z rzutu karnego, a następnie strzelił gola, którego śmiało można nazwać trafieniem sezonu. Jak doszedł do tej sytuacji i skąd tyle odwagi, by próbować pokonać bramkarza z 52 metrów? Na to i wiele innych pytań odpowiedział nam sam bohater meczu.

Strzeliłeś już kiedyś hat-tricka?

Piotr Wlazło: Chyba kiedyś mi się to udało, ale to było jeszcze w czasach juniorskich. W seniorskiej piłce był to mój pierwszy hat-trick.

Trwa akcja w środku pola, odbierasz piłkę przeciwnikowi i stoisz ponad pięćdziesiąt metrów od bramki rywala. I strzelasz! Mało który piłkarz zdecydowałby się na tak odważny ruch.

Tę sytuację ciężko jednoznacznie wyjaśnić. Próbowałem już wcześniej w taki sposób zdobyć gola. Ostatnio chyba w meczu z Zawiszą Bydgoszcz, jeszcze w pierwszej lidze. Wydaje mi się, że podjąłem taką próbę również w Katowicach. Ale trafić się nie udało. Strzeliłem w bardzo podobny sposób w meczu drugiej drużyny Wisły. Chyba nawet z podobnej odległości. Staram się rozglądać po boisku w trakcie gry, sprawdzam czy bramkarz jest wysunięty i czy linia obrony przeciwnika jest akurat odpowiednio wysoko ustawiona. Tak było w tym przypadku. Zadziałał instynkt, działo się to bardzo szybko. Podjąłem decyzję, uderzyłem mocno i trafiłem czysto. Udało się.

Z drugiej strony mogłeś też podawać do Siergieja Krivca, który wychodził na pozycję.

Powiem szczerze, że spojrzałem do przodu aby ocenić, czy prostopadła piłka do Siergieja byłaby w tym wypadku dobrym zagraniem. Oczywiście mogłem podać, ale raczej nie było szans, żeby coś z tego wyszło, obrona była bardzo blisko. Wtedy zauważyłem wysuniętego bramkarza, stąd taka decyzja.

Potem była celebracja bez koszulki pod trybuną. Kibice oszaleli.

Wiadomo, że ja generalnie bramek nie strzelam. Rzadko się to udaje. Teraz trafiłem raz, potem drugi. Po trzeciej bramce, powiem szczerze, że trochę zwariowałem. Nie mam pojęcia jak wpadłem na taki pomysł, żeby zdjąć koszulkę. Samo wyszło. Niesamowite uczucie.

Zadedykowałeś komuś którąś z Twoich bramek?

Chciałbym te bramki zadedykować mojej narzeczonej i dwójce dzieci. Pierwsze moje bramki w ekstraklasie i akurat trzy. Dla każdego po jednej.

Jak oceniłbyś mecz z Ruchem w Waszym wykonaniu?

Kibicom mógł się ten mecz podobać. W końcu padło dużo bramek. Ale generalnie nie było to dobre spotkanie w naszym wykonaniu. Popełnialiśmy dużo prostych błędów, przez co traciliśmy bramki. Ale to teraz schodzi na dalszy plan, liczy się wynik, nie styl. Wcześniej graliśmy ładnie, a przegrywaliśmy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że czeka nas teraz dużo walki. Styl w tym meczu się nie liczył. Powiedzieliśmy sobie przed pierwszym gwizdkiem, że nie ważny jak, ale mamy po prostu w końcu wygrać.

Trzeba przyznać, że Ruch zawiesił Wam poprzeczkę bardzo wysoko.

W pierwszym meczu z Chorzowie nie miałem przyjemności grać. Śledziłem jednak ostatnie poczynania Ruchu i nie myślałem, że postawią aż tak ciężkie warunki. Grali wysoko, podchodzili pod nasze pole karne, nie dawali nam rozgrywać akcji. Trudny przeciwnik, prezentowali się bardzo dobrze.

Okazuje się, że Piotr Wlazło jest uniwersalnym żołnierzem Marcina Kaczmarka.

Można tak to określić. Marzyłem o grze w ekstraklasie od zawsze i powiedziałem sobie, że jeśli tylko się w niej w końcu znajdę, to będę dawał z siebie absolutnie wszystko. Żeby jak najdłużej na tym poziomie grać. W końcu mam już 27 lat. Trener wystawia mnie w środku, grałem też na skrzydle, czego nigdy dotychczas nie robiłem. Ale niezależnie od pozycji daje z siebie maksimum. Zawsze.

Nawet gdybyś miał grać na bramce?

Bez problemu mogę stanąć między słupkami! I na tej pozycji również dam z siebie wszystko, byleby pomóc drużynie.

Mieszkańcy Radomia zapewne są z ciebie dumni.

Sporo osób się odezwało. Radom to moje rodzinne miasto i wiadomo, że to miasto bliskie mojemu sercu. Dużo osób dzwoniło, pisało. Dzwonili dziennikarze z radomskich gazet, głośno było w mediach społecznościowych. Tam się wychowałem i nigdy tego nie będę ukrywał. Kto wie, może kiedyś jeszcze zagram w Radomiaku?

(Michał Łada)
REKLAMA

ZOBACZ TAKŻE
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy do artykułu, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
© portalplock.pl | Prawa zastrzeżone | 2017