REKLAMA

Kasia Szczucka ocenia film „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”

06:17, 11.08.2017 | Kasia Szczucka
REKLAMA
Skomentuj
Zdjęcia dystrybutora Kino Świat

Rozbuchany budżet, popularna piosenkarka w obsadzie, materiał w postaci kultowego komiksu i zapowiedź producentów, że to „wizjonerskie dzieło życia” reżysera, który ma na koncie „Piąty element”, „Nikitę”, "Lucy" czy „Leona zawodowca”, a teraz zaprasza do wizyty w Alpha, Mieście Tysiąca Planet. Oto jedna z filmowych propozycji dostępna dla widzów w płockich kinach.

Co tym razem zaproponował widzom filmowiec Luc Besson, a także czy wyszedł z tego obronną ręką? Przeczytajcie, co na ten temat sądzi miłośniczka X muzy, Kasia Szczucka.  

- Kasia Szczucka o filmie „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”

Na film „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” wybrałam się nie z powodu miłości do tej komiksowej serii, lecz z czystej ciekawości na co Luc Besson – reżyser i scenarzysta – wydał 208 milionów dolarów. Jest to rekordowy budżet, który udało się zgromadzić na produkcję zrealizowaną poza Hollywood. „Valerian” powstał we francuskiej wytwórni filmowej EuropaCorp będącej (a jakże) własnością reżysera. Besson przejął więc kontrolę nad całością przedsięwzięcia i zagrał va banque będąc pewnym przyszłych zysków. Niestety po trzech tygodniach od światowej premiery wyniki box office’a póki co są rozczarowujące.

Akcja filmu rozgrywa się w XXVIII wieku na gigantycznej stacji kosmicznej „Alfa”. Zamieszkuje ją ponad 100 gatunków różnych stworów żyjących ze sobą w pełnej harmonii i wzajemnym szacunku, dzieląc się wiedzą i kulturowym dorobkiem. Agenci specjalnego oddziału służb utrzymania pokoju: major Valerian i sierżant Laureline mają do wykonania tajną misję. Na gigantycznym wirtualnym targowisku muszą odnaleźć pewien przedmiot, który może zniszczyć lub uratować dotychczasowy porządek wszechświata. Przedmiot ów jest bezcenny i ma niesamowitą moc. Pierwotnie należał do plemienia humanoidów w bestialski sposób zgładzonych przez ludzi. Nieliczni ocaleni za wszelką cenę chcą odzyskać swoją własność i przywrócić utracony raj. Mamy więc klasyczną rozgrywkę dobra ze złem, tajemnicę, zbrodnię, pogoń za bogactwem i młodych, nieświadomych bohaterów, którzy mają wykonać rozkaz. Smaczku dodaje gra na emocjach tocząca się pomiędzy głównymi postaciami, bo Valerian i Laureline są nie tylko partnerami w pracy.

Luc Besson chciał przebić swoje dotychczasowe produkcje i stworzyć film jakiego jeszcze nie było w historii kina. Wziął na warsztat ukochany przez Francuzów komiks science-fiction i skąpał historię w morzu kasy. Stwierdzenie „spektakularne widowisko” nie oddaje nawet setnej części tytanicznej pracy speców od efektów specjalnych. Bowiem na ekranie, tuż przed naszymi oczami odbywa się prawdziwa wizualna orgia. Obserwujemy oszałamiającą kompozycję obrazu, ruchu, koloru i dźwięku.

Jednak w tym przypadku od nadmiaru głowa boli. Ilość bodźców bombardujących nasz mózg w niemal każdej scenie powoduje, że po godzinie projekcji zaczynamy czuć zmęczenie. Parada efektów przytłacza sens historii i przekaz filmu. Niesamowite jak przez ostatnie 8 lat technika poszła do przodu. Olśniewający niegdyś „Avatar” wygląda przy „Valerianie” blado, ale według mnie obraz Camerona wygrywa aktorstwem, czyli tym, co wciąż odróżnia kino od świata gier komputerowych.

Dane DeHaan i Cara Delevingne stworzyli piękny dla oka duet. Niestety tylko tyle. Oboje grają dość marnie, a momentami wręcz irytująco. Erotyczne napięcie między partnerami jest sztuczne i nieprzekonujące. Na tle tej dwójki zdecydowanie najlepiej wypada Rihanna. W epizodycznej roli pozbawionej osobowości striptizerki jest seksowna i wzruszająca. Szczerze mówiąc zaskoczyła mnie swoimi umiejętnościami i choćby po to, by ją obejrzeć warto się wybrać na „Valeriana”.

Film Bessona to głównie popis wizualnej wyobraźni twórcy. Scenariusz został potraktowany jako dodatek do efektów specjalnych. A szkoda, bo jest w nim kilka ponadczasowych wątków, które można było rozwinąć. Finalnie dostajemy prosty przekaz. Dla pewności, w końcówce powtórzony trzy razy. Brakuje miejsca na wyobraźnię i emocje.

„Valerian i Miasto Tysiąca Planet” przesunął granicę tego, co da się pokazać na ekranie i bezsprzecznie podniósł wysoko poprzeczkę kolejnym produkcjom swojego gatunku. Dlatego, mimo scenariuszowych niedociągnięć, warto zobaczyć go w sali kinowej.

Film prezentowany jest w Heliosie i NovymKinie Przedwiośnie.

(Kasia Szczucka)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
© portalplock.pl | Prawa zastrzeżone | 2017